Reklama

Wszyscy mówili, że remont to największy test dla związku. Machałam na to ręką, uznając te słowa za zabobony ludzi, którzy po prostu nie potrafią się dogadać. My byliśmy inni. Zgrani, zakochani, z wizją wspólnej przyszłości pachnącej drewnem i świeżą lawendą. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że zrywając kolejne warstwy starej podłogi, będę odzierać mojego męża z resztek złudzeń, jakimi go darzyłam. Zamiast zapachu farby, w naszym życiu zagościł chłód, którego nie ogrzałby nawet najdroższy kominek, o który tak zaciekle walczyliśmy.

To miał być raj na ziemi

Pamiętam dzień, kiedy dostaliśmy klucze. Stary dom na obrzeżach miasta, z duszą – jak określiła to agentka – choć dla każdego trzeźwo myślącego człowieka była to ruina wymagająca kapitalnego remontu. Ale ja widziałam potencjał. Widziałam wysokie sufity, wielkie okna wychodzące na sad i przestrzeń dla naszych przyszłych dzieci. Tomek też wydawał się zachwycony, choć z perspektywy czasu widzę, że jego entuzjazm był jedynie bladym odbiciem mojego. Cieszył się, że ja się cieszę. To był nasz mechanizm, działający bez zarzutu przez pięć lat małżeństwa: ja wymyślałam, on akceptował.

– Zrobimy tu sobie gniazdko, kochanie – powiedział wtedy, obejmując mnie w pustym, zakurzonym salonie. – Będzie tak, jak sobie wymarzyłaś.

Wtedy te słowa brzmiały jak obietnica raju. Dziś wiem, że były zapowiedzią katastrofy. Mieliśmy oszczędności, harmonogram i siebie. Ustaliliśmy, że większość prac wykonamy sami, zatrudniając fachowców tylko do instalacji. Tomek, uchodzący za złotą rączkę, miał zająć się wykończeniówką. Uznałam, że położenie gładzi czy paneli to dla niego pestka.

Pierwsze tygodnie były ekscytujące. Zrywanie tapet, wywożenie gruzu, pizza na podłodze przy świetle latarki. Czułam się jak w romantycznym filmie. Ale romantyzm kończy się tam, gdzie zaczyna się prawdziwy pył gipsowy, który wchodzi w pory skóry i nie daje się zmyć.

Rysa na idealnym planie

Problemy zaczęły się od wylewki w kuchni. Tomek obiecał przygotować podłoże w weekend, by w poniedziałek weszła ekipa. W piątek wieczorem, zamiast zakasać rękawy, usiadł przed telewizorem w naszym starym mieszkaniu.

Jestem padnięty po robocie – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu. – Zrobię to jutro rano. Wstanę o szóstej.

Zacisnęłam zęby. Wiedziałam, że on nie wstaje o szóstej w soboty. Nigdy. Ale nie chciałam być tą zrzędzącą żoną. Uśmiechnęłam się i poszłam spać. Oczywiście wstał o dziesiątej. Praca, która miała zająć cztery godziny, przeciągnęła się do późnego wieczora, a efekt był daleki od ideału. Ekipa w poniedziałek przyjechała, popatrzyła i pojechała, kasując nas za dojazd i stracony termin.

– To nie moja wina, że beton był twardszy niż myślałem! – bronił się, gdy próbowałam spokojnie zapytać o brak przygotowania. – Czepiasz się. Przecież to tylko kilka dni opóźnienia.

Tylko kilka dni. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że te „kilka dni” zamieni się w tygodnie, a potem w miesiące. Zaczęłam dostrzegać u Tomka cechę, którą wcześniej ignorowałam: brak decyzyjności zmieszany ze słomianym zapałem. Zapalał się do pomysłu – na przykład renowacji starych drzwi – kupował drogi sprzęt, pracował godzinę, a potem zostawiał rozgrzebany warsztat na dwa tygodnie.

Dom zamieniał się w poligon. Wszędzie narzędzia, worki z cementem, niedokończone instalacje. Kiedy próbowałam rozmawiać o harmonogramie, Tomek przewracał oczami.

Przestań mnie kontrolować – rzucał. – To nie korporacja, to nasz dom. Ma być przyjemnie, a nie pod linijkę.

Dla mnie życie w chaosie nie było przyjemne. Byłam zmęczona godzeniem pracy zawodowej z byciem kierownikiem budowy, zaopatrzeniowcem i sprzątaczką, podczas gdy mój mąż bawił się w „pana na włościach”, spędzając czas na oglądaniu instruktaży w telefonie zamiast na pracy.

Do akcji wkroczyła teściowa

Jakby mało było napięć, na scenę wkroczyła Krystyna, matka Tomka. Uznała, że jej syn jest ofiarą moich wygórowanych ambicji. Przyjeżdżała na budowę z termosami i ciastem, co teoretycznie było miłym gestem, a w praktyce – pretekstem do inspekcji.

– Agatko, czy ty naprawdę musisz mieć te kafelki z Hiszpanii? – pytała, gładząc Tomka po ramieniu, jakby był skrzywdzonym dzieckiem. – Zobacz, jak Tomek się zaharowuje, żeby zarobić na twoje zachcianki. W markecie budowlanym są podobne za połowę ceny.

– To nie są zachcianki, mamo – odpowiadałam, starając się zachować spokój. – To jest gres techniczny, który przetrwa lata. Te z marketu popękają po roku. A Tomek nie musi na nie zarabiać, bo dokładam się do budżetu po równo.

– Oj, ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo – wzdychała, zwracając się do syna: – Zjedz serniczka, synku, mizernie wyglądasz. Ta budowa cię wykończy.

Najgorsze było to, że Tomek nigdy nie stanął w mojej obronie. Jadł sernik i potakiwał, zapominając, że sam wybierał ten gres, zachwycając się jego fakturą. W obecności matki stawał się ofiarą, którą zła żona zmusza do katorżniczej pracy. Moja wizja partnerskiego remontu legła w gruzach. Zamiast drużyny, mieliśmy dwa obozy: ja kontra oni. Każda decyzja – od fug po gniazdka – była polem bitwy. Tomek zaczął stosować bierny opór. Jego „zaraz” nigdy nie następowało.

Pieniądze zaczęły znikać

Remont starego domu okazał się studnią bez dna. Więźba dachowa do wzmocnienia, wilgoć w piwnicy – koszty rosły lawinowo, a oszczędności topniały. Zaczęłam brać nadgodziny i zlecenia na weekendy, by uniknąć kredytu. Byłam wykończona: wstawałam o piątej, pracowałam do szesnastej, potem jechałam na budowę, a wieczorami ślęczałam nad dodatkowymi projektami.

Pewnego dnia wróciłam wcześniej. Tomek miał wolne i obiecał zająć się montażem stelaży podtynkowych w łazience, bo następnego dnia wchodził hydraulik. Spodziewałam się hałasu wiertarki i widoku męża w roboczym ubraniu. Zastałam ciszę. Weszłam do salonu służącego za tymczasową sypialnię. Tomek leżał na materacu, grając na konsoli, otoczony pustymi opakowaniami po jedzeniu.

– Co ty robisz? – zapytałam, czując, jak wszystko we mnie kipi.

Podskoczył jak oparzony.

– O, już jesteś? Zrobiłem sobie przerwę. Należało mi się chwila relaksu.

– Przerwę? – Mój głos drżał. – Tomek, jest siedemnasta. Stelaże nawet nie są rozpakowane. Hydraulik przychodzi jutro o ósmej.

– Zdążę! – warknął, rzucając padem. – Przestań nade mną stać jak kat! Cały czas tylko wymagasz i wymagasz. Myślisz, że łatwo jest wszystko ogarniać?

– Ja ogarniam pracę na dwa etaty, zakupy, harmonogram i jeszcze twoją matkę! – krzyknęłam. – A ty nie potrafisz przykręcić czterech śrub, chociaż masz wolny dzień?

– Bo mnie to przytłacza! – wrzasnął, wstając. – Nienawidzę tego domu! Nienawidzę tego remontu! To był twój pomysł, nie mój! Ja byłem szczęśliwy w bloku!

Zamilkłam. To było jak uderzenie w twarz. Przez lata powtarzał, że marzy o domu z ogrodem. Okazało się, że kłamał dla świętego spokoju, a nasza wspólna wizja była tylko moją, którą on ledwie tolerował.

Między nami wszystko runęło

Mimo kłótni, remont musiał trwać. Nie mogliśmy mieszkać w gruzach. Ale coś między nami pękło. Rozmawialiśmy tylko technicznie: „Kup klej”, „Kiedy drzwi?”, „Zapłać fakturę”. Spaliśmy na jednym materacu, ale dzieliła nas przepaść.

Ostateczny cios nadszedł dwa miesiące później. Wyjeżdżałam na trzydniową konferencję – pierwszy raz od pół roku opuszczałam plac budowy. Tomek dostał jedno zadanie: pomalować sypialnię. Ściany były gotowe, farby stały w kącie.

– Proszę cię, zrób tylko to – powiedziałam przed wyjściem. – Chcę wrócić i wstawić tam łóżko. Chcę wreszcie spać w normalnych warunkach.

– Zrobię to. Jedź i odpocznij – obiecał, patrząc mi w oczy ze szczerością, której dawno nie widziałam. Uwierzyłam mu. Chciałam mu uwierzyć.

Kiedy wróciłam, w domu panowała podejrzana cisza i czystość. Wbiegłam na górę z nadzieją w sercu. Otworzyłam drzwi sypialni. Ściany były białe – to był zwykły grunt. Farba w kolorze szałwii stała nienaruszona. Na środku pokoju pysznił się nowy, ogromny telewizor, wciąż w kartonie.

Tomek wszedł za mną.

– Wiem, co powiesz – zaczął szybko. – Ale była niesamowita promocja na ten sprzęt, a stary przecież ledwo działa. A z malowaniem nie zdążyłem, bo przyjechał Marek i pomógł mi wnieść ten telewizor, a potem się zagadaliśmy...

Patrzyłam na niego i nie czułam już złości. Czułam pustkę. Totalną obojętność. Zrozumiałam, że przede mną stoi obcy człowiek, którego priorytety są na innej planecie. Wolał kupić telewizor za pieniądze odłożone na schody i zmarnować trzy dni, wiedząc, jak bardzo zależy mi na końcu życia w pyle. Nie chodziło o farbę, ale o szacunek. O dotrzymywanie słowa. O to, że miał moje zmęczenie gdzieś.

– Wynoś się – powiedziałam cicho.

– Co? – zrobił wielkie oczy. – O co ci znowu chodzi? Przecież pomaluję to w weekend!

– Nie chodzi o malowanie – odwróciłam się do niego, a mój głos był zimny jak stal. – Chodzi o nas. Nie ma już nas. Nie chcę z tobą mieszkać, nie chcę z tobą remontować, nie chcę z tobą być. Spakuj się i jedź do matki.

– Oszalałaś? Przez niepomalowane ściany wyrzucasz męża z domu? – Zaśmiał się nerwowo.

– Wyrzucam cię, bo zostawiłeś mnie samą w tym związku na długo przed tym, jak kupiliśmy ten dom. Ten remont tylko odsłonił prawdę. Jesteś dużym dzieckiem, a ja nie chcę być twoją matką. Mam już dość.

Cisza głośniejsza niż wiertarka

Wyprowadził się dwa dni później. Był w szoku, obrażony na cały świat. Jego matka dzwoniła, krzycząc, że jestem histeryczką, że niszczę sakrament małżeństwa przez „głupie ściany”. Zablokowałam jej numer. Zostałam sama w wielkim, niedokończonym domu. Pierwszej nocy usiadłam na podłodze, otworzyłam wino i płakałam. Nie za Tomkiem, ale nad sobą, nad straconym czasem i marzeniami, które okazały się ułudą. Płakałam z ulgi.

Cisza była niesamowita. Nikt nie grał na konsoli, nikt nie rzucał brudnych skarpetek, nikt nie składał pustych obietnic. Następnego ranka wypiłam kawę i chwyciłam za wałek. Pomalowałam sypialnię na szałwiowy kolor. Zajęło mi to cztery godziny. Było idealnie.

Wieczorem, zamiast szukać inspiracji na taras, wpisałam w wyszukiwarkę: „wzór pozwu rozwodowego bez orzekania o winie”. Nie chciałam wojen. Chciałam wolności. Pisałam kolejne punkty, patrząc na świeżo pomalowaną ścianę. Remont miał nas zjednoczyć, stworzyć dom. I stworzył go – dla mnie. Dom, w którym odzyskałam kontrolę nad życiem. Zrozumiałam, że przez lata ciągnęłam ten wózek sama, a Tomek był tylko pasażerem narzekającym na wyboje.

Dom sprzedałam rok później. Był za duży, a każda rysa przypominała o kłótniach. Kupiłam małe mieszkanie w centrum, niewymagające remontu. Wprowadziłam się z jedną walizką, czując, że wreszcie jestem u siebie.

Dziś, gdy znajomi planują budowę, uśmiecham się tajemniczo. Wiem, że przetrwają tylko ci, którzy potrafią trzymać wałek razem. Moja historia skończyła się rozwodem, ale paradoksalnie była to najlepsza „renowacja” mojego życia. Zburzyłam zgniłe fundamenty, by zbudować na nich pewność siebie i spokój. A to jest warte więcej niż najpiękniejsza tapeta.

Agata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama