„Remont przejadł wszystkie nasze oszczędności. Teraz mam luksusową kuchnię, ale nie mam czego włożyć do garnka”
„Najpierw okazało się, że instalacja wymaga poprawy. Potem podłoga nie pasowała do nowej zabudowy. Następnie wyszło, że trzeba wymienić drzwi. – Ada, to już przekracza budżet – powiedział któregoś wieczoru Nikodem, siedząc wśród próbek drewna”.

Jeszcze rok temu byłam przekonana, że remont kuchni to początek nowego etapu. Jasne fronty, kamienny blat i wielkie okno z widokiem na podwórko miały symbolizować świeży start dla mnie i Nikosia. Patrzyłam na katalogi i widziałam nasze wspólne śniadania, zapach domowego chleba, spokojne wieczory. Nie przewidziałam tylko jednego – że w tej pięknej kuchni zabraknie najważniejszego.
Marzyłam o takiej kuchni
Pomysł wyszedł ode mnie. Nikodem wzruszał ramionami, gdy po raz pierwszy rozłożyłam przed nim projekty.
– Ada, przecież ta kuchnia jest dobra – powiedział, mieszając herbatę. – Szafki się domykają, lodówka działa. Po co to ruszać?
– Bo ja już nie mogę na nią patrzeć – odpowiedziałam. – Chcę w końcu poczuć, że to nasz dom, a nie mieszkanie po kimś.
Westchnął, ale widziałam, że bardziej chce mojego spokoju niż nowej zabudowy.
– Dobrze. Zrobimy to raz, a porządnie.
To „raz, a porządnie” brzmiało wtedy jak obietnica stabilności. Mieliśmy odłożone pieniądze – oszczędzaliśmy kilka lat. Mówiliśmy o wakacjach, o wymianie auta, o spokojnej poduszce finansowej. Ja jednak coraz częściej zatrzymywałam się w drzwiach kuchni i czułam, jak coś mnie uwiera. Odpadająca okleina, nierówne płytki, światło, które wszystko postarzało.
Pierwsza wycena była wyższa, niż zakładałam.
– To standard przy takich materiałach – tłumaczył projektant, przesuwając palcem po wizualizacji. – Ale efekt będzie spektakularny.
Spojrzałam na Nikodema. Kiwnął głową.
– Skoro już zaczynamy, nie róbmy półśrodków.
Tak zaczęła się ta cała spirala. Najpierw okazało się, że instalacja wymaga poprawy. Potem podłoga nie pasowała do nowej zabudowy. Następnie wyszło, że trzeba wymienić drzwi, bo „gryzą się z koncepcją”.
– Ada, to już przekracza budżet – powiedział któregoś wieczoru Nikodem, siedząc przy stole wśród próbek drewna.
– Wiem – odparłam cicho. – Ale przecież nie zostawimy tego w połowie.
Z każdym tygodniem nasze konto topniało. Oglądałam powiadomienia z banku i czułam ścisk w żołądku. Tłumaczyłam sobie, że to inwestycja. Że będzie warto. Że potem odetchniemy.
Remont trwał trzy miesiące. Gotowaliśmy na prowizorycznej płycie w salonie, myliśmy naczynia w łazience. Byliśmy zmęczeni, rozdrażnieni, częściej się sprzeczaliśmy.
– Mogliśmy tego nie zaczynać – rzucił kiedyś Nikodem, gdy kolejna faktura wylądowała na blacie.
– Teraz już nie ma odwrotu – odpowiedziałam ostrzej, niż zamierzałam.
Wreszcie przyszedł dzień odbioru. Weszłam do kuchni i zamarłam. Była dokładnie taka, jaką sobie wymarzyłam. Jasna, przestronna, pachnąca nowością. Otworzyłam szuflady, przesunęłam dłonią po blacie. Uśmiechnęłam się pierwszy raz od dawna.
– No i co? – zapytał Nikoś, opierając się o framugę.
– Jest pięknie – wyszeptałam.
Przytulił mnie wtedy i przez chwilę naprawdę wierzyłam, że wszystko będzie dobrze.
Wieczorem usiedliśmy przy stole. W nowej lodówce stało kilka podstawowych produktów, resztki z poprzednich dni. Otworzyłam aplikację bankową, żeby zapłacić ostatnią transzę. Milczałam dłuższą chwilę.
– Ada? – Nikodem spojrzał na mnie uważnie. – Co się stało?
– Na koncie zostało niewiele – odpowiedziałam, próbując zabrzmieć spokojnie. – Prawie nic.
Przełknął ślinę.
– To przejściowe. Odbudujemy oszczędności.
Skinęłam głową, ale w środku narastał niepokój. Nowa kuchnia lśniła wokół nas, a ja po raz pierwszy pomyślałam, że może zapłaciliśmy za nią więcej, niż byliśmy w stanie udźwignąć. Następnego dnia stanęłam przed pustawą lodówką i poczułam, jak radość z pięknych szafek zaczyna blaknąć.
Zaczęłam liczyć każdy grosz
Pierwszy tydzień po zakończeniu remontu był jak zderzenie z rzeczywistością. Rano otwierałam szeroką lodówkę, która świeciła chłodnym światłem na niemal puste półki. Stały tam jajka, masło, słoik dżemu i karton mleka. W nowej, idealnie zaprojektowanej szufladzie na przyprawy było więcej przestrzeni niż zawartości.
– Może dziś zrobimy zakupy? – zapytał Nikodem, wkładając koszulę do spodni.
– Zrobimy – odpowiedziałam. – Tylko mniejsze niż zwykle.
W markecie pierwszy raz liczyłam w myślach każdą rzecz. Zamiast wrzucać do koszyka to, na co mieliśmy ochotę, porównywałam ceny, odkładałam produkty z powrotem na półkę.
– Ada, naprawdę musimy aż tak? – Nikoś spojrzał na mnie z nutą zmęczenia.
– Musimy – odparłam cicho. – Chciałam tej kuchni. Teraz musimy się zmieścić w tym, co mamy.
Wróciliśmy z dwoma torbami, które kiedyś starczyłyby na dwa dni, a teraz miały wystarczyć na tydzień. Wieczorem gotowałam prostą zupę. Kroiłam warzywa na nowym blacie, który jeszcze niedawno wydawał mi się symbolem spełnienia. Teraz brzmiał głucho pod nożem.
– Wiesz, że nie obwiniam cię za ten remont? – powiedział nagle Nikodem, siadając przy stole.
– Ale ja obwiniam siebie – odpowiedziałam bez zastanowienia.
Podniósł wzrok. Zapadła cisza. Słyszałam tylko bulgotanie zupy.
Kolejne dni przyniosły jeszcze większy niepokój. Okazało się, że w firmie Nikodema przesunięto wypłatę premii, na którą liczyliśmy. Miałam wrażenie, że grunt usuwa mi się spod nóg.
– To tylko miesiąc – tłumaczył, stojąc przy zlewie. – Poradzimy sobie.
– A jeśli coś się zepsuje? Jeśli przyjdzie jakiś większy rachunek? – zapytałam, czując, jak głos mi drży.
– Ada, nie możemy żyć w ciągłym oczekiwaniu na najgorsze.
Chciałam mu uwierzyć. Ale gdy następnego dnia przyszło powiadomienie o podwyżce czynszu, usiadłam na podłodze w nowej kuchni i się rozpłakałam. Nikodem znalazł mnie opartą o szafkę.
– To wszystko jest bez sensu – wyszeptałam. – Mamy piękną kuchnię, ale boję się, że nie będziemy mieli co włożyć do garnka.
Objął mnie mocno.
– Mamy siebie. I pracę. To nie jest koniec świata.
Dla mnie to jednak nie była tylko kwestia pieniędzy. To była świadomość, że za bardzo skupiłam się na wyglądzie, na wrażeniu, na tym, co zobaczą inni. Kiedy w weekend przyszła moja siostra, zachwycała się każdym detalem.
– Ada, jest jak z katalogu! – wołała. – Warto było.
Uśmiechałam się, nalewając herbaty.
– Warto – powtórzyłam, choć w środku coś mnie ściskało.
Gdy wyszła, Nikoś spojrzał na mnie uważnie.
– Nie musimy udawać przed światem, że wszystko jest idealne – powiedział.
– Wiem. Tylko nie chcę przyznać, że się przeliczyłam.
Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam i liczyłam w myślach wydatki. Nagle zrozumiałam, że jeśli dalej będziemy tylko czekać, aż „jakoś to będzie”, strach będzie rósł.
Następnego dnia usiadłam przy nowym stole z notesem i zaczęłam spisywać wszystko: dochody, rachunki, stałe koszty. Nikodem patrzył na mnie zaskoczony.
– Co robisz?
– Przestaję uciekać – odpowiedziałam. – Musimy coś zmienić.
Spojrzał na mnie dłużej, jakby widział mnie na nowo.
– Dobrze – powiedział w końcu. – To działajmy razem.
W tamtej chwili po raz pierwszy od tygodni poczułam cień ulgi. Kuchnia nadal była piękna, ale przestała być symbolem naszej lekkomyślności. Stała się miejscem, w którym musieliśmy nauczyć się odpowiedzialności.
Doszły kolejne koszty
Planowanie budżetu przyniosło chwilowe poczucie kontroli. Spisaliśmy wszystko co do złotówki. Ograniczyliśmy wyjścia, zrezygnowaliśmy z drobnych przyjemności, które wcześniej wydawały się oczywiste. Przez kilka dni czułam się nawet dumna, że wzięliśmy sprawy w swoje ręce. Do czasu, gdy zadzwonił telefon.
– Dzień dobry, ja w sprawie faktury końcowej za zabudowę – usłyszałam w słuchawce rzeczowy głos. – Została niedopłata wynikająca z różnicy w materiałach.
– Niedopłata? – powtórzyłam, czując, jak robi mi się gorąco. – Przecież wszystko zostało uregulowane.
– Zmiana blatu na wyższy standard oraz dodatkowe prowadnice. Wysyłaliśmy korektę mailem.
Zamarłam. Faktycznie, pamiętałam rozmowę z projektantem. „To tylko niewielka różnica” – powiedział wtedy. Nie sprawdziłam, ile dokładnie. Kwota, którą podał mężczyzna, była jak zimny prysznic.
Wieczorem podałam Nikodemowi kartkę z wyliczeniem.
– Ada… – usiadł ciężko na krześle. – My już nie mamy z czego tego zapłacić.
Siedzieliśmy naprzeciw siebie przy stole, który miał być symbolem wspólnych kolacji, a stał się miejscem rozliczeń.
– Sprzedam biżuterię – wypaliłam nagle.
– To pamiątka – powiedział twardo. – Nie zapłacimy za moje ambicje i twoje marzenia czymś, czego nie da się odzyskać.
Pierwszy raz od dawna zobaczyłam w nim złość. Nie krzyczał, ale w jego spojrzeniu było rozczarowanie.
– Może powinnam poszukać dodatkowej pracy – zaproponowałam cicho.
– A ja? Myślisz, że nie czuję się odpowiedzialny? – odpowiedział ostrzej, niż zwykle. – Zgodziłem się na to wszystko.
To była prawda. Oboje podjęliśmy decyzję. Tyle że ja ją rozpędziłam. Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta. Rozmawialiśmy rzeczowo, krótko. W kuchni, która miała być sercem domu, panowała cisza.
Następnego dnia zadzwoniłam do firmy.
– Chciałabym porozmawiać o tej korekcie – powiedziałam stanowczo. – Nie otrzymaliśmy jasnej informacji o ostatecznym koszcie. Proszę o szczegółowe rozliczenie.
Rozmowa była długa i nieprzyjemna, ale nie odpuściłam. Po kilku dniach wymiany maili okazało się, że część kwoty wynikała z błędnego naliczenia. Gdy przeczytałam nową wycenę, ręce mi drżały. Nadal była wysoka, ale o wiele niższa niż pierwotnie podana.
– Udało się coś ugrać – powiedziałam Nikodemowi, podając mu telefon.
Czytał w milczeniu.
– Jest różnica – przyznał. – Spora.
Spojrzał na mnie inaczej niż w ostatnich dniach. Jakby znowu widział we mnie partnerkę, nie tylko osobę, która pchnęła nas w kłopoty.
– Dziękuję, że to załatwiłaś – powiedział w końcu.
To „dziękuję” było ważniejsze niż pieniądze. Po raz pierwszy od tygodni usiedliśmy obok siebie, a nie naprzeciwko jak przeciwnicy. Nie oznaczało to końca problemów. Nadal musieliśmy spłacić resztę i żyć oszczędnie przez długie miesiące. Ale coś się zmieniło – przestaliśmy obwiniać się nawzajem.
Wieczorem ugotowałam prosty makaron z warzywami. Postawiłam garnek na środku stołu.
– Może nie ma luksusów – powiedziałam z lekkim uśmiechem – ale jest kolacja.
Nikoś nachylił się i pocałował mnie w czoło.
– To wystarczy.
Patrzyłam na naszą kuchnię. Nadal była piękna, ale dopiero teraz zaczynała być naprawdę nasza – z całym ciężarem decyzji, które podjęliśmy.
Kuchnia zapracowała na siebie
Najtrudniejsze przyszło miesiąc później. Żyliśmy oszczędnie, skrupulatnie pilnowaliśmy budżetu, a jednak wciąż miałam wrażenie, że stoimy w miejscu. Każda złotówka miała swoje przeznaczenie, a ja nauczyłam się planować obiady na kilka dni do przodu. W nowej kuchni gotowałam prosto, bez wymyślnych składników. Ku mojemu zaskoczeniu – zaczęło mi to sprawiać satysfakcję.
Pewnego wieczoru Nikodem wrócił później niż zwykle. Wszedł do kuchni i oparł się o blat.
– Rozmawiałem dziś z szefem – powiedział spokojnie.
Serce podeszło mi do gardła.
– Coś się stało?
– Nie. Właśnie przeciwnie. Zaproponował mi dodatkowy projekt. Więcej pracy, ale też dodatkowe wynagrodzenie.
Usiadłam powoli.
– Dasz radę?
Uśmiechnął się lekko.
– Dam radę. Ale pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Że już nigdy nie podejmiemy takiej decyzji bez dokładnego planu. Bez sprawdzenia wszystkiego trzy razy.
Podeszłam do niego i objęłam go w pasie.
– Zgoda. I ja też coś znalazłam.
Spojrzał pytająco.
– Zgłosiłam się do prowadzenia warsztatów kulinarnych. Raz w tygodniu. Niewielkie pieniądze, ale zawsze coś. A poza tym… – rozejrzałam się po kuchni – wreszcie ją wykorzystam.
Zaśmiał się cicho.
– Czyli ta kuchnia zacznie na siebie pracować?
– Może nie dosłownie – odpowiedziałam – ale przynajmniej przestanie być tylko drogą ozdobą.
Pierwsze zajęcia były stresujące. Stałam przy swoim idealnym blacie, a wokół mnie grupa kilku osób, które przyszły nauczyć się gotować tanio i prosto. Opowiadałam im o planowaniu posiłków, o wykorzystywaniu resztek, o tym, jak z kilku składników zrobić coś sycącego.
– Najważniejsze to nie wstydzić się prostoty – powiedziałam w pewnym momencie, mieszając w garnku zupę z soczewicy. – Dom to nie wystawa. To miejsce, w którym ma być ciepło.
Gdy wróciłam do stołu, zobaczyłam, że Nikodem obserwuje mnie z drzwi. Po zajęciach podszedł i ścisnął moją dłoń.
– Jestem z ciebie dumny – powiedział. Te słowa były jak zamknięcie pewnego rozdziału.
Minęło kilka miesięcy. Nadal nie mieliśmy takich oszczędności jak dawniej, ale powoli je odbudowywaliśmy. Co ważniejsze – nauczyliśmy się rozmawiać o pieniądzach bez wstydu i udawania. Nowa kuchnia przestała być symbolem pustego konta. Stała się miejscem spotkań, rozmów, czasem śmiechu, czasem poważnych ustaleń.
Któregoś dnia gotowałam rosół na niedzielny obiad. Para unosiła się nad garnkiem, a ja pomyślałam o tym pierwszym tygodniu, kiedy patrzyłam na niemal pustą lodówkę z poczuciem porażki. Nikoś podszedł od tyłu i zajrzał do środka.
– Co dziś mamy?
– To, co najważniejsze – odpowiedziałam z uśmiechem. – Spokój.
Może zabrzmi to banalnie, ale zrozumiałam wtedy, że do garnka wkłada się nie tylko produkty. Wkłada się decyzje, konsekwencje, czasem dumę schowaną do kieszeni. A przede wszystkim – współpracę. Remont przejadł nasze oszczędności. To prawda. Ale nauczył nas czegoś, czego nie kupiłby żaden blat ani szafka: że dom nie zaczyna się od idealnego projektu, tylko od rozmowy i wspólnej odpowiedzialności. Dziś w naszej kuchni nie ma nadmiaru, ale nie ma też strachu. A to znaczy więcej, niż sądziłam.
Adrianna, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż zbierał paragony do koperty, a później robił ze mnie darmozjada. Najtańsze perfumy to dla niego zbędny luksus”
- „Syn zamieszkał ze mną, żeby odłożyć na mieszkanie. Zamiast pieniędzy odkładał brudne skarpety, a ja robiłam za służącą”
- „Wzięliśmy kredyt na remont domu po dziadkach. Nasze małżeństwo zaczęło się sypać szybciej niż stare ściany”

