Reklama

Zanim zaczęliśmy remont, miałam poczucie, że wreszcie stoję na czymś stabilnym. Nie było luksusów, ale był plan i konto, na którym liczby nie straszyły. Igor śmiał się, że myślę za bardzo do przodu, ja z kolei wstydziłam się tego, jak bardzo boję się pustki. Mieszkanie miało być nagrodą i dowodem, że potrafimy coś zbudować razem. Już wtedy czułam jednak delikatne napięcie, jakbyśmy patrzyli w przyszłość, która nie miała być wspólna.

Remont nie dawał mi spokoju

Pierwszą decyzję podjęliśmy jeszcze w pustym mieszkaniu, stojąc na zimnej posadzce. Igor rozłożył ręce, jakby obejmował niewidzialny salon.

– Wyobraź to sobie. Jasne ściany, duże światło, wszystko proste, ale z charakterem – mówił z błyskiem w oczach.

Patrzyłam na obdrapane kąty i liczyłam w głowie. Nie metry, tylko złotówki. Wiedziałam, ile mamy. Wiedziałam też, ile powinno zostać.

Może zacznijmy spokojniej – rzuciłam. – Nie wszystko naraz.

Igor spojrzał na mnie z uśmiechem, który zawsze rozbrajał moje wątpliwości.

– Klara, to jest ten moment. Albo robimy to porządnie, albo będziemy poprawiać latami.

Pierwsze faktury jeszcze mnie nie bolały. Tłumaczyłam sobie, że to inwestycja, że przecież mieszkanie zyska na wartości. Kiedy wybieraliśmy płytki, Igor brał te droższe do ręki bez wahania.

– Różnica jest ogromna – przekonywał. – Zobacz, te są jakieś takie… nijakie.

Ale tańsze – odpowiedziałam cicho.

– Ty zawsze o tym samym – zaśmiał się. – Przecież dajemy radę.

Nie chciałam być tą, która psuje atmosferę. W sklepie, wśród próbek i katalogów, moje lęki wydawały się nie na miejscu. Podpisywałam kolejne zgody, kiwałam głową, gdy mówił: „to tylko trochę więcej”. Wieczorami siadałam z notatnikiem. Przeliczałam, skreślałam, dopisywałam nowe koszty. Igor w tym czasie oglądał wizualizacje.

– Będzie pięknie – mówił, obejmując mnie od tyłu. – Zobaczysz, zapomnisz o tych wszystkich tabelkach.

Chciałam mu wierzyć. Chciałam wierzyć, że kontrola może poczekać, że bezpieczeństwo da się odłożyć na później. Za każdym razem, gdy coś we mnie protestowało, uciszałam to myślą, że przecież robimy coś wspólnie, że to nasz start. Kiedy z konta zniknęła kolejna większa suma, poczułam ukłucie niepokoju. Igor machnął ręką.

– Jakoś to będzie – powiedział lekko. – Nie przesadzaj.

Uśmiechnęłam się, choć w środku coś nie dawało mi spokoju. Remont szedł do przodu, a ja razem z nim odsuwałam od siebie pytanie, które zaczynało mnie coraz częściej budzić w nocy.

Ostatnie pieniądze i cisza między nami

Pamiętam dokładnie moment, w którym zobaczyłam saldo. Stałam w kuchni, jeszcze bez frontów w szafkach, z telefonem w dłoni i zimną kawą na blacie. Liczba była tak mała, że przez chwilę myślałam, że aplikacja się nie odświeżyła. Zamknęłam ją i otworzyłam ponownie. Nic się nie zmieniło.

Tego dnia prawie nie rozmawialiśmy. Igor krążył po mieszkaniu, sprawdzając postępy ekipy, ja udawałam, że zajmują mnie drobiazgi. W głowie wciąż liczyłam: czynsz, rachunki, jedzenie. Każda myśl kończyła się ścianą.

– Wszystko idzie zgodnie z planem – powiedział wieczorem z zadowoleniem. – Jeszcze chwila i będziemy mieli to za sobą.

Spojrzałam na niego i zabrakło mi słów. Jaki plan? Ten, w którym „jakoś się ułoży”?

– Musimy na chwilę przystopować – odezwałam się w końcu. – Na koncie zostało naprawdę niewiele.

Igor westchnął, jakby mówiłam o czymś zupełnie nieistotnym.

– Teraz nie ma sensu się zatrzymywać. Jesteśmy już za daleko.

Od tej rozmowy w mieszkaniu zrobiło się cicho. Nie było kłótni, tylko unikanie. Ja siedziałam nocami, wpatrując się w sufit, nasłuchując każdego dźwięku telefonu. On wracał coraz później, zmęczony, drażliwy. Zaczęłam rozmawiać z Pauliną. Najpierw ostrożnie, jakby to była moja wina.

– Może przesadzam – mówiłam. – Może po prostu za bardzo się boję.

Paulina nie odpowiadała od razu. Zawsze miała ten zwyczaj, że najpierw patrzyła prosto w oczy.

– Klara, ty nie boisz się bez powodu – powiedziała w końcu. – Boję się raczej, że ty jesteś w tym sama.

Te słowa utkwiły we mnie głębiej, niż chciałam przyznać. Coraz częściej łapałam się na tym, że nie dzielę się z Igorem myślami. On nie pytał, ja nie naciskałam. Cisza była łatwiejsza niż kolejne tłumaczenia. Gdy ostatni przelew wyszedł z konta, poczułam fizyczne napięcie. Ściskało mnie w klatce piersiowej, jakby brakowało powietrza. Igor świętował koniec prac, a ja myślałam tylko o tym, że właśnie przekroczyliśmy granicę, zza której nie było już odwrotu.

Zostaliśmy bez grosza przy duszy

Igor wrócił wcześniej niż zwykle. Usłyszałam trzask drzwi i ciężkie kroki w przedpokoju. Stałam w nowym salonie, jeszcze pachnącym farbą, i przez chwilę poczułam irracjonalną dumę, że wreszcie wszystko wygląda tak, jak na wizualizacjach.

– Jesteś już? – zapytałam, wychodząc do niego.

Nie odpowiedział od razu. Zdjął kurtkę powoli, jakby każdy ruch wymagał wysiłku. Dopiero gdy usiadł na kanapie, podniósł wzrok.

– Zlikwidowali dział – powiedział cicho. – Dzisiaj dostałem wypowiedzenie.

Usiadłam naprzeciwko. Pierwsza była empatia, odruchowa i szczera.

– Boże… Igor, tak mi przykro.

Podeszłam, objęłam go. Przez moment byliśmy po tej samej stronie. Potem jednak coś we mnie pękło. Do głowy zaczęły wdzierać się obrazy: puste konto, rachunki, ten salon, który nagle wydał mi się absurdalnie wystawny.

– Jak to… teraz? – wyrwało mi się.

Odsunął się odrobinę.

– Co znaczy „teraz”?

– No… po prostu – zaczęłam, ale nie potrafiłam dokończyć, żeby nie zabrzmiało jak oskarżenie.

– Myślisz, że ja to zaplanowałem? – jego głos stwardniał. – Przecież coś znajdę. Zawsze sobie radziłem.

„Zawsze” zabrzmiało jak obietnica bez pokrycia. Poczułam, jak strach wypełnia mi serce.

Nie mamy żadnych oszczędności – powiedziałam w końcu. – Nic.

Zapadła cisza. Igor wstał i zaczął chodzić po salonie, dotykając ścian, jakby chciał sprawdzić, czy są prawdziwe.

– Nie zaczynaj teraz – rzucił. – Naprawdę nie teraz.

Ale ja już nie potrafiłam się zatrzymać. Każdy detal w mieszkaniu był dla mnie przypomnieniem decyzji, na które się zgodziłam wbrew sobie.

– Spójrz na to – powiedziałam drżącym głosem. – Mamy idealne wnętrze i zero poczucia bezpieczeństwa.

– To tylko pieniądze – odpowiedział szybko. – Przesadzasz.

Te słowa zabolały najbardziej. „Tylko pieniądze” były dla mnie wszystkim, co dawało spokój. Zrozumiałam, że patrzymy na ten sam problem z zupełnie innych stron. On widział przeszkodę. Ja widziałam przepaść. Tego wieczoru siedzieliśmy obok siebie, ale każdy osobno. Piękne mieszkanie milczało razem z nami, a ja po raz pierwszy pomyślałam, że może to nie utrata pracy była początkiem końca.

Nie umieliśmy być razem

Kłótnia wybuchła kilka dni później, zupełnie banalnie. O rachunek za prąd, który położyłam na stole jak dowód w sprawie. Igor nawet na niego nie spojrzał.

– Naprawdę musimy teraz rozkładać to na czynniki pierwsze? – zapytał zmęczonym głosem. – Szukam pracy, Klara.

– A ja próbuję ogarnąć rzeczywistość – odpowiedziałam ostro. – Bo ktoś musi.

To „ktoś” zawisło między nami ciężko. Igor uniósł brwi.

– Czyli znowu ja jestem tym nieodpowiedzialnym?

– A nie jesteś? – wyrwało mi się szybciej, niż zdążyłam to zatrzymać. – Wszystko było „jakoś to będzie”. Remont, pieniądze, przyszłość.

Wstał gwałtownie. Przeszedł się po salonie, po naszym dopieszczonym, wymarzonym salonie.

Zgodziłaś się – powiedział. – Byłaś tu. Podpisywałaś umowy.

– Bo nie chciałam być tą, która ciągle marudzi – odpowiedziałam. – Oddałam spokój, żebyś ty mógł zrealizować swoją wizję.

Zapadła cisza. Igor spojrzał na mnie inaczej niż zwykle, jakby pierwszy raz naprawdę słuchał.

– Myślałem, że jesteśmy zespołem – powiedział cicho.

– Ja też – odpowiedziałam. – Ale zespół to plan, a nie improwizacja.

Wtedy padły słowa, których żadne z nas już nie mogło cofnąć. O tym, kto kogo nie rozumie. O tym, że dla mnie bezpieczeństwo to fundament, a dla niego ograniczenie. Każde zdanie odsłaniało coś, co było w nas od dawna, tylko przykryte entuzjazmem i świeżą farbą. W pewnym momencie Igor usiadł ciężko na kanapie.

– Może po prostu nie umiemy być razem w trudnych momentach – powiedział.

Te słowa zabolały, bo były prawdziwe. Po raz pierwszy pomyślałam, że problemem nie jest brak pieniędzy ani nawet utrata pracy. Problemem było to, że mówiliśmy różnymi językami i żadne z nas nie chciało się już tłumaczyć. Stałam w salonie, który miał być dowodem naszej wspólnej siły, i czułam, jak coś się we mnie kończy.

Muszę odbudować siebie

Zostałam sama w mieszkaniu kilka dni później. Igor nie trzaskał drzwiami, nie było dramatycznych scen. Spakował kilka rzeczy, powiedział, że potrzebuje przestrzeni. Skinęłam głową, jakby to była rozsądna decyzja, choć w środku wszystko krzyczało.

Cisza, która po nim została, była inna niż wcześniej. Już nie napięta, nie wroga. Raczej pusta. Siadałam wieczorami na kanapie, patrzyłam na równe ściany, idealne kąty, starannie dobrane kolory. Wszystko było dokładnie takie, jak miało być. Tylko ja czułam się nie na swoim miejscu.

Zrozumiałam, że ten remont był moją zgodą na życie w ciągłym napięciu. Że oddałam coś ważnego w zamian za chwilowy spokój, za brak konfliktu. Myślałam, że bezpieczeństwo da się nadrobić później, ale ono nie wraca na zawołanie. Rozmawiałam z Tomaszem, bratem Igora. Bez ocen, bez wyrzutów. Powiedział tylko jedno zdanie, które zapamiętam na długo:

– Pieniądze to nie wszystko, ale ich brak zawsze coś obnaża.

Obnażył nas. Różnice, które wcześniej dało się zagadać. To, że dla mnie plan był formą troski i bezpieczeństwa, a dla Igora ciężarem i ograniczeniem. Nie wiem, czy jeszcze będziemy razem. Wiem natomiast, że muszę odbudować coś w sobie – poczucie, że moje potrzeby i odczucia nie są przesadą. Piękne ściany nie ochroniły mnie przed lękiem. Ale może stały się początkiem decyzji, by już nigdy nie mylić miłości z rezygnacją z siebie.

Klara, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama