„Remont domu po dziadkach pochłonął wszystkie moje oszczędności. Jednak nie był to najgorszy problem, który napotkałam”
„Moja czujność została uśpiona. Byłam zmęczona, samotna i przerażona kosztami. Perspektywa darmowej pomocy, nawet od kuzyna, z którym nie miałam więzi, wydała mi się zbawienna. – Jasne, wpadaj. Każda para rąk się przyda – zgodziłam się, nieświadoma, że właśnie otwieram drzwi koniowi trojańskiemu”.

Myślałam, że pusty portfel to najgorszy scenariusz, jaki może mnie spotkać podczas renowacji starego siedliska na wsi. Byłam naiwna, wierząc, że jedynymi demonami w tym domu są wilgoć w fundamentach i korniki w belkach stropowych. Kiedy kurz po skuciu tynków opadł, a moje konto bankowe zaświeciło pustkami, okazało się, że mury tego domu skrywają coś znacznie gorszego niż pleśń. To była historia, która miała zniszczyć moje wyobrażenie o rodzinie i wystawić moją wytrzymałość na próbę, jakiej nie przewidział żaden kosztorys.
Zamiast sielanki zastałam ruinę
Wszystko zaczęło się od marzenia, które pielęgnowałam w sobie przez lata pracy w szklanym biurowcu w centrum Warszawy. Dom dziadków, położony na skraju malowniczej wsi pod Lublinem, zawsze jawił mi się jako azyl. Pamiętałam zapach drożdżowego ciasta babci i szorstkie dłonie dziadka, który uczył mnie strugać łódki z kory. Kiedy odeszli, jedno po drugim w krótkim odstępie czasu, a w testamencie zapisali posiadłość mnie, poczułam, że to znak. Znak, by zwolnić, by wrócić do korzeni.
Sprzedałam kawalerkę, wzięłam urlop bezpłatny w korporacji, który w mojej głowie był już wstępem do wypowiedzenia, i ruszyłam na wieś. Rzeczywistość uderzyła we mnie niemal natychmiast po przekroczeniu progu. To, co w dzieciństwie wydawało się tajemniczym zamczyskiem, teraz było po prostu starym, zaniedbanym budynkiem. Dach przeciekał w trzech miejscach, a podłoga w salonie uginała się niebezpiecznie pod każdym krokiem.
– To będzie studnia bez dna, pani Alicjo – powiedział pan Józef, miejscowy majster, którego poleciła mi sąsiadka. Obchodził dom dookoła, stukając młotkiem w elewację, a każdy taki stukot brzmiał jak wyrok na moje oszczędności.
– Dam radę – odpowiedziałam, choć w gardle czułam gulę. – Mam budżet, mam plan. Chcę przywrócić temu miejscu duszę.
– Duszę to on ma, tylko żeby się ta dusza na głowę nie zawaliła – mruknął, ale przyjął zlecenie.
Przez pierwsze dwa miesiące żyłam w tumanach pyłu. Wstawałam o świcie, by pomagać ekipoie, nosiłam gruz, skuwałam kafelki, które pamiętały czasy Gierka. Każdy dzień przynosił nowe, kosztowne niespodzianki. A to instalacja elektryczna, która groziła pożarem, a to rury, które rozsypywały się w rękach. Moje konto topniało w zastraszającym tempie. Zaczęłam przeliczać każdą wydaną złotówkę na godziny mojej dawnej pracy, zastanawiając się, czy nie popełniłam życiowego błędu. Ale to wciąż były tylko problemy techniczne. Problemy, które można rozwiązać przelewem. Nie wiedziałam, że prawdziwa burza dopiero nadciąga.
Zupełnie straciłam zaufanie
Kryzys finansowy nadszedł w połowie listopada. Było zimno, szaro, a dom wciąż nie miał sprawnego ogrzewania. Siedziałam w kuchni, jedynym w miarę ogarniętym pomieszczeniu, ogrzewając ręce o kubek z herbatą, kiedy zadzwonił telefon. To był Paweł, mój kuzyn. Nie mieliśmy bliskiego kontaktu. Nasze drogi rozeszły się jeszcze w liceum; on został w miasteczku powiatowym, ja wyjechałam na studia. Wiedziałam tylko, że imał się różnych zajęć i rzadko odwiedzał dziadków.
– Cześć, Ala – jego głos był nienaturalnie miły. – Słyszałem, że robisz rewolucję na starych śmieciach.
– Cześć, Paweł. Tak, próbuję to jakoś doprowadzić do porządku – odpowiedziałam ostrożnie. – A co tam u ciebie?
– A wiesz, różnie. Ciężkie czasy. Słuchaj, tak sobie pomyślałem... może wpadnę w weekend? Zobaczyłbym, jak ci idzie. Może pomogę? Znam się trochę na budowlance.
Moja czujność została uśpiona. Byłam zmęczona, samotna i przerażona kosztami. Perspektywa darmowej pomocy, nawet od kuzyna, z którym nie miałam więzi, wydała mi się zbawienna.
– Jasne, wpadaj. Każda para rąk się przyda – zgodziłam się, nieświadoma, że właśnie otwieram drzwi koniowi trojańskiemu.
Paweł przyjechał w sobotę rano. Nie wyglądał na kogoś, kto chce pracować. Ubrany w czystą, markową kurtkę, wysiadł z samochodu, który zdecydowanie lata świetności miał już za sobą, ale wciąż próbował robić wrażenie. Przeszedł się po domu, krytycznym wzrokiem oceniając postępy.
– Dużo włożyłaś – stwierdził, bardziej stwierdzając fakt niż pytając. – Kupa kasy.
– Wszystko, co miałam – przyznałam szczerze. – I jeszcze trochę brakuje.
Usiadł przy stole, na którym rozłożone były faktury.
– Wiesz, Ala... Dziadkowie zawsze mówili, że ten dom ma zostać w rodzinie. Żeby wszystkim służył.
Poczułam dziwny niepokój.
– No i służy. Jestem rodziną – odparłam, starając się, by mój głos brzmiał pewnie.
– Tak, tak... Ale wiesz, dziadek kiedyś mi obiecał, że ta działka za stodołą będzie moja. Że będę mógł tam postawić warsztat. Nigdy tego nie zapisali, bo wiesz, jak to starsi ludzie, bali się notariuszy. Ale słowo to słowo.
Zamarłam. Działka za stodołą była kluczowa. To tam planowałam w przyszłości ogród warzywny i małą szklarnię, o której marzyłam. Poza tym, w księgach wieczystych wszystko należało do mnie.
– Paweł, w testamencie jest jasno napisane... – zaczęłam.
– Papier wszystko przyjmie – przerwał mi, a jego ton zmienił się z przymilnego na roszczeniowy. – Dziadek mi to obiecał przy świadkach. Przy wujku Staszku. Nie możesz tak po prostu wszystkiego zagarnąć dla siebie.
Wtedy zrozumiałam. Nie przyjechał pomagać. Przyjechał po swoje, albo raczej po to, co uważał za swoje.
Cienie na rodzinnym portrecie
Przez kolejne dni Paweł stał się moją zmorą. Nie wyjechał. Rozbił się w pokoju gościnnym, który był w trakcie malowania, i zaczął zatruwać mi życie. Krytykował robotników, podważał moje decyzje, a wieczorami snuł opowieści o tym, jak to on opiekował się dziadkami, gdy ja robiłam karierę w stolicy. To bolało najbardziej. Uderzał w moją czułą strunę – poczucie winy, że faktycznie rzadko tu bywałam w ostatnich latach.
– Ty myślisz, że pieniędzmi wszystko załatwisz? – pytał retorycznie, obserwując, jak nerwowo sprawdzam stan konta po opłaceniu kolejnej dostawy cementu. – Dziadkowie byli samotni. Ja im zakupy woziłem. Ja im węgiel zrzucałem. Należy mi się ta część ziemi jak psu buda.
Zaczęłam wątpić. Może faktycznie miał rację? Może byłam tą złą wnuczką, która przyjeżdża na gotowe? Pan Józef widział, co się dzieje.
– Pani Alu – zagadnął mnie pewnego dnia, gdy Paweł pojechał do sklepu po papierosy. – Niech pani nie słucha tego gadania. Znam Pawła od małego. To kombinator. U dziadków bywał, jak mu emerytury brakowało, żeby pożyczyć.
– Ale mówi, że wujek Staszek może potwierdzić obietnicę dziadka – powiedziałam drżącym głosem. Byłam na skraju załamania nerwowego. Remont stał w miejscu, pieniądze się kończyły, a ja czułam się intruzem we własnym domu.
– Staszek potwierdzi wszystko, co mu się opłaci – skwitował majster i splunął w trociny. – Niech pani poszuka. Dziadek Antoni był skrupulatny. Wszystko zapisywał. Może coś zostawił.
Ta uwaga zapadła mi w pamięć. Dziadek faktycznie miał manię notowania wszystkiego w małych notesach. Gdzie one mogły być? Przeszukałam już większość domu. Został tylko strych nad dawnym chlewem, który teraz służył za magazyn starych mebli.
Odkrycie w stercie kurzu
Wspięłam się na strych z latarką w ręku. Było tam zimno i pachniało starym sianem. Wśród połamanych krzeseł i starych ram okiennych stała drewniana skrzynia, zamknięta na kłódkę. Nie miałam klucza, więc użyłam łomu, który został po robotnikach. Drewno trzasnęło, wieko odskoczyło. W środku nie było złota ani biżuterii. Były papiery. Mnóstwo papierów. Rachunki za prąd z lat osiemdziesiątych, świadectwa szczepień krów, listy od rodziny z Ameryki. I czarny, gruby notes z napisem „Rozliczenia”.
Usiadłam na zakurzonej podłodze i zaczęłam czytać. Dziadek zapisywał każdą pożyczkę, każdą darowiznę. Data, kwota, cel. Przewracałam kartki, aż natrafiłam na nazwisko Pawła.
12 marca 2018 – 5000 zł dla Pawła na spłatę długów”. „5 lipca 2019 – 3000 zł dla Pawła na naprawę auta”. „20 grudnia 2020 – 10 000 zł dla Pawła. Mówi, że to na rozkręcenie interesu. Obiecał, że to ostatni raz. W zamian zrzeka się wszelkich roszczeń do ziemi po naszej śmierci. Podpisano.
Serce zaczęło mi bić jak młot. Pod notatką widniał koślawy, ale wyraźny podpis Pawła. Obok leżała teczka z luźnymi kartkami. Znalazłam tam oświadczenie, napisane ręcznie przez Pawła, w którym potwierdzał odbiór pieniędzy i rezygnację z jakichkolwiek praw do spadku. Data zgadzała się z wpisem w notesie.
Zrozumiałam, że moje problemy finansowe przy remoncie to nic w porównaniu z emocjonalnym szantażem, którego ofiarą padłam. Paweł nie tylko kłamał. On próbował okraść mnie z dziedzictwa, za które dziadkowie już mu zapłacili. Czułam wściekłość, ale też ulgę. Miałam dowód. Zeszłam na dół, trzymając notes jak tarczę. W kuchni siedział Paweł, jadł moją zupę i przeglądał coś w telefonie.
– Smakuje? – zapytałam chłodno.
– Może być. Trochę mało słona – mruknął, nie podnosząc wzroku.
Rzuciłam notes na stół. Huknął głośniej, niż się spodziewałam. Paweł drgnął.
– Co to? – zapytał, a w jego oczach mignął cień niepewności.
– Twoja pamięć – odpowiedziałam. – Otwórz na stronie z grudnia 2020 roku.
Obserwowałam go uważnie. Zobaczyłam, jak blednie, jak jego pewność siebie ulatuje niczym powietrze z przebitej opony. Próbował jeszcze grać.
– To... to jakieś bzdury. Dziadek pewnie coś pokręcił. Zmusili mnie – zaczął się jąkać.
– Masz godzinę na spakowanie się – powiedziałam spokojnie, choć w środku cała dygotałam. – Jeśli nie wyjedziesz, dzwonię na policję. Mam oświadczenie z twoim podpisem. To próba wyłudzenia.
– Ala, no co ty... Rodzinie to zrobisz? – próbował zmienić taktykę na litość.
– To ty chciałeś okraść rodzinę. Wynoś się.
Całkiem nowa perspektywa
Kiedy samochód Pawła zniknął za zakrętem, usiadłam na schodach ganku i rozpłakałam się. Nie ze smutku, ale z nadmiaru emocji. Przez ostatnie tygodnie żyłam w potwornym stresie, martwiąc się o pieniądze na dokończenie dachu, a okazało się, że największe zagrożenie siedziało przy moim stole.
Remont trwał jeszcze trzy miesiące. Musiałam sprzedać samochód, żeby zapłacić za wykończenie łazienki i podłóg. Zadłużyłam się u przyjaciółki. Było ciężko, czasem jadłam ryż z jabłkami przez trzy dni z rzędu. Ale atmosfera w domu się zmieniła. Zniknął ciężar niedomówień. Ściany przestały być wrogie.
Pewnego popołudnia, gdy malowałam ostatnią ścianę w salonie na kolor szałwii, odwiedził mnie pan Józef. Przyniósł słoik miodu od swojej żony.
– Słyszałem, że pogoniła pani tego nicponia – uśmiechnął się pod wąsem.
– Musiałam. Inaczej by mnie zjadł – odparłam, schodząc z drabiny.
– Dziadek Antoni byłby dumny. On zawsze wiedział, że pani ma charakter, tylko miasto go trochę przykurzyło.
Te słowa znaczyły dla mnie więcej niż nowa elewacja. Dziś siedzę w swoim salonie. Ogień trzaska w kominku, który kosztował mnie tyle nerwów i pieniędzy. Dom nie jest idealny. Wciąż brakuje listew przypodłogowych w korytarzu, a drzwi do spiżarni skrzypią. Moje konto bankowe dopiero powoli podnosi się z ruin. Ale to nie ma znaczenia.
Najważniejsza lekcja, jaką wyniosłam z tego remontu, nie dotyczyła budowlanki. Nauczyłam się, że dziedzictwo to nie tylko mury i ziemia. To także prawda o naszych przodkach i o nas samych. Oszczędności można odbudować. Zaufania i godności – nie zawsze. Straciłam pieniądze, ale odzyskałam coś cenniejszego – poczucie, że jestem tu u siebie, nie tylko na papierze, ale i moralnie.
Patrzę przez okno na ogród. Tam, gdzie Paweł chciał stawiać warsztat, rosną już młode drzewka owocowe. Posadziłam je sama, tydzień po jego wyjeździe. To mój symbol zwycięstwa. Każde z nich ma imię. Jedno nazwałam Antoni, na cześć dziadka i jego skrupulatności, która uratowała mi skórę.
Nigdy nie sądziłam, że walka o dom będzie walką o moją tożsamość. Ale wygrałam ją. I choć w portfelu wciąż bywa pusto, to serce mam pełne spokoju. A to jest waluta, której nie da się przecenić.
Alicja, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Liczyłam, że w te walentynki mąż wreszcie mnie zauważy. Zamiast romantycznej kolacji, wybrał remont u kumpla”
- „W tłusty czwartek zamiast pączków najadłam się wstydu. Nigdy nie zapomnę tego, co zrobiła mi teściowa”
- „Perfumy od teściowej zepsuły mi humor i wieczór. Później odkryłam sekret, który odmienił mnie na zawsze”

