„Remont domu był prawdziwym testem dla naszego związku. Okazało się, że to nasze małżeństwo potrzebuje renowacji”
Zawsze myślałam, że remont to test dla związku. Taki banał, prawda? Wszyscy to mówią. Przetrwacie remont, przetrwacie wszystko. Ale nikt ci nie mówi, że ten test nie polega na sprawdzeniu, czy potraficie zgodnie wybrać kafelki do łazienki.

- Redakcja
Stojąc pośrodku salonu, który wyglądał jak pobojowisko po wybuchu bomby, z wałkiem ociekającym farbą w dłoni, czułam, jak drży mi każda komórka ciała. To nie była złość. To była czysta, skondensowana rozpacz. Patrzyłam na mojego męża, człowieka, z którym dzieliłam łóżko i kredyt, i nagle zdałam sobie sprawę, że kłótnia o kolor ścian to tylko wierzchołek góry lodowej. Mieliśmy wybrać farbę do sypialni. Zamiast tego, zdrapaliśmy z siebie lata udawania.
Przetrwacie remont, przetrwacie wszystko
Zawsze myślałam, że remont to test dla związku. Taki banał, prawda? Wszyscy to mówią. "Przetrwacie remont, przetrwacie wszystko". Ale nikt ci nie mówi, że ten test nie polega na sprawdzeniu, czy potraficie zgodnie wybrać kafelki do łazienki. Ten test polega na sprawdzeniu, czy potraficie na siebie patrzeć, gdy jesteście brudni, zmęczeni, głodni, a wasze wyobrażenia o idealnym gniazdku rozbijają się o twardą rzeczywistość krzywych ścian i rosnących kosztów robocizny.
Byliśmy w fazie wykończeniowej naszego "wymarzonego" mieszkania. Siedemdziesiąt metrów kwadratowych w nowym budownictwie, blisko centrum, z widokiem na... cóż, na inne bloki, ale pod odpowiednim kątem widać było park. Kredyt na trzydzieści lat ciążył nam na karkach jak mokry, wełniany płaszcz, ale wmawialiśmy sobie, że to jest to. Dorosłość. Stabilizacja. Prestiż. Tomek siedział na drabinie, próbując zamontować karnisz. Ja stałam przy oknie, wpatrując się w próbnik farb przyklejony do ściany taśmą malarską.
– Agata, podaj mi śrubokręt. Ten krzyżakowy – rzucił, nie odwracając głowy.
W jego głosie słyszałam to specyficzne napięcie, ten ton, który pojawiał się zawsze, gdy coś szło nie po jego myśli. Ton, który kiedyś ignorowałam, a który teraz działał na mnie jak papier ścierny na otwartą ranę.
Zobaczyłam w jego oczach to zmęczenie
Podałam mu narzędzia. Wzięłam głęboki oddech. W powietrzu unosił się zapach gładzi szpachlowej i taniej kawy z termosu.
– Tomek, ten kolor... – zaczęłam, wskazując na kwadrat pomalowany farbą. – On nie jest szary. On jest fioletowy. W tym świetle wygląda jak... jak zepsuty jogurt jagodowy.
Tomek zastygł z ręką w górze. Powoli, bardzo powoli, odwrócił się w moją stronę. Zobaczyłam w jego oczach to zmęczenie, które widywałam ostatnio zbyt często. Zmęczenie nie tylko fizyczne, ale egzystencjalne.
– Agata, to jest szary. Najzwyklejszy, neutralny szary. Wybieraliśmy go trzy godziny w sklepie. Kosztował fortunę. Jest idealny.
– Nie jest idealny, bo mi się nie podoba – warknęłam, czując, jak w gardle rośnie mi gula. – Będę na to patrzeć codziennie rano. Nie chcę budzić się w fioletowym pokoju.
To był ten moment. Iskra. Mogliśmy to zgasić. Mógł powiedzieć: "Kochanie, masz rację, kupimy inną próbkę". Mogłam powiedzieć: "Dobra, może jak wyschnie i wstawimy meble, będzie inaczej". Ale żadne z nas tego nie zrobiło. Bo tak naprawdę żadne z nas nie myślało o farbie.
To teraz jesteśmy u siebie
Cofnijmy się o kilka miesięcy. Decyzja o kupnie tego mieszkania była racjonalna. Byliśmy mistrzami racjonalności. Tomek, analityk finansowy, ja, managerka projektów w agencji reklamowej. Nasze życie to był jeden wielki arkusz kalkulacyjny. Wakacje planowane z półrocznym wyprzedzeniem, budżet domowy dopięty na ostatni guzik. Wszyscy nam zazdrościli. "Jaka zgrana para", mówili znajomi. "Tak świetnie sobie radzicie". A my? My byliśmy jak dwa świetnie funkcjonujące roboty, które spotykają się w kuchni przy ekspresie do kawy, wymieniając uwagi o pogodzie i liście zakupów.
Problemy zaczęły się, gdy dostaliśmy klucze. Pamiętam ten dzień. Weszliśmy do pustego, deweloperskiego stanu surowego. Echo niosło nasze kroki po betonie. Tomek stanął na środku salonu, rozłożył ręce i powiedział:
– No. To teraz jesteśmy u siebie.
Poczułam wtedy dziwny ucisk w żołądku. Zamiast euforii, poczułam lęk. "U siebie"? Czy to puste, zimne pudło to naprawdę moje miejsce?
– Tak... – odpowiedziałam słabo. – U siebie.
Od tamtego dnia każda decyzja dotycząca wykończenia była walką. Nie o estetykę, ale o dominację. O to, czyja wizja życia wygra. Tomek chciał minimalizmu. Surowy beton, szarości, metal, szkło. Chciał, żeby mieszkanie wyglądało jak apartament z katalogu dla nowoczesnego biznesmena. Chłodne, sterylne, funkcjonalne. Ja? Ja marzyłam o czymś innym. O drewnie, o ciepłych kolorach, o biblioteczce na całą ścianę, o miękkich dywanach, w które można zapaść się z książką. Chciałam gniazda. On chciał wizytówki.
Kłóciliśmy się o rodzaj podłogi, o układ kuchni. O to, czy w łazience ma być wanna, czy prysznic z deszczownicą. Zazwyczaj ustępowałam. Dla świętego spokoju. Dla "dobra projektu". Przecież on ma lepszy gust, jest bardziej praktyczny – tak sobie tłumaczyłam. Ale z każdym ustępstwem czułam, jak znikam. Jak to mieszkanie staje się coraz mniej moje, a ja staję się w nim tylko gościem.
Ciągle tylko narzekasz
Wróćmy do feralnego wtorku. Tomek zszedł z drabiny. Rzucił śrubokręt na podłogę. Brzęk metalu o niezabezpieczony panel podłogowy był jak wystrzał.
– Wiesz co, Agata? Mam tego dość – powiedział cicho, ale z taką intensywnością, że aż się cofnęłam. – Ciągle tylko narzekasz. Nic ci się nie podoba. Próbujemy zrobić to mieszkanie od pół roku. Wkładam w to całą kasę, cały wolny czas, a ty stoisz i marudzisz o odcień farby.
– Marudzę?! – wybuchłam. To było to słowo. Zapalnik. – Ja nie marudzę, Tomek. Ja próbuję mieć jakikolwiek wpływ na to, jak będziemy żyć! Wszystko w tym domu jest twoje! Podłoga twoja, kuchnia twoja. Gdzie w tym wszystkim jestem ja? Gdzie jest moje miejsce?
– Twoje miejsce? – zaśmiał się gorzko. – Twoje miejsce jest tam, gdzie twoje niezdecydowanie. Gdybym cię słuchał, nadal mieszkalibyśmy w tamtej klitce i hodowali pleśń na oknach, bo "ma klimat".
Zabolało. Tamto mieszkanie to był nasz pierwszy wynajmowany kąt. Stara kamienica, skrzypiąca podłoga, piec kaflowy, który czasem dymił. Ale byliśmy tam szczęśliwi. Pamiętam wieczory przy tanim winie, kiedy siedzieliśmy na podłodze, bo nie stać nas było na krzesła, i planowaliśmy podbój świata. Tam było życie. Tutaj była tylko inwestycja.
– Przynajmniej tam czułam, że żyję! – krzyknęłam, a łzy napłynęły mi do oczu. – Tutaj czuję się jak w muzeum. Wszystko musi być idealne, pod linijkę. Boisz się kolorów, boisz się życia, Tomek! Wszystko musi być szare i bezpieczne, tak jak ty!
– Bezpieczne? – podszedł do mnie blisko. Czułam od niego zapach potu i kurzu. – Nazywasz to bezpieczeństwem? Haruję po dwanaście godzin dziennie w korporacji, której nienawidzę, żeby spłacić ten kredyt, żebyś ty mogła bawić się w "projekty artystyczne" w tej swojej agencji i wybierać sofy za dziesięć tysięcy! Robię to dla nas!
Zamilkłam. To był cios poniżej pasa. Wiedziałam, że jego praca go frustruje, ale nigdy nie ujął tego w ten sposób. Zawsze twierdził, że jest "ambitny". Że chce "osiągnąć sukces". A teraz wychodziło na to, że jest męczennikiem mojej wygody?
– Nie prosiłam cię o sofę za dziesięć tysięcy – powiedziałam. – Prosiłam cię o czas. O to, żebyśmy poszli na spacer. Żebyśmy wyjechali w Bieszczady, a nie do pięciogwiazdkowego hotelu w Egipcie, bo tak wypada. To ty chciałeś tego standardu, Tomek. Nie ja.
Myślałem, że tego chcesz
Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Wokół nas walały się folie malarskie, puszki z farbą, narzędzia. Ten chaos idealnie odzwierciedlał stan naszego małżeństwa.
– Myślałem, że tego chcesz – powiedział w końcu, spuszczając wzrok.
Usiadł ciężko na podłodze, opierając się plecami o ścianę, którą mieliśmy malować.
– Twoja matka zawsze powtarzała, że zasługujesz na kogoś, kto ci zapewni poziom. Kto nie będzie artystą-nieudacznikiem. Chciałem im pokazać. Chciałem tobie pokazać.
Usiadłam obok niego. Moja matka. No tak. Wątek poboczny, który okazał się fundamentem naszej katastrofy. Zawsze krytyczna, zawsze elegancka, zawsze wiedząca lepiej. Kiedy przyprowadziłam Tomka pierwszy raz, zmierzyła go wzrokiem i zapytała o plany na przyszłość. On wtedy jeszcze marzył o otwarciu własnej stolarni – kochał drewno, miał do tego rękę. Ale po tej kolacji zapisał się na studia podyplomowe z finansów. Przestał majsterkować. Zaczął nosić koszule. Zrobił to dla mnie. A raczej dla wizji mnie, którą stworzyła moja matka.
– Tomek... – zaczęłam, czując, jak pękają kolejne tamy. – Ja nienawidzę tego mieszkania.
Podniósł głowę, zaskoczony.
– Co?
– Nienawidzę go. Jest zimne. Jest za duże. Czuję się w nim obco. Kiedy wchodzę do tej kuchni z wyspą, czuję się, jakbym grała w reklamie margaryny. To nie jestem ja. I ten szary kolor... nienawidzę go, bo przypomina mi twoje garnitury, w których chodzisz, chociaż wiem, że wolisz flanelowe koszule. Spojrzał na ścianę naprzeciwko. Na próbkę tej farby.
– Wiesz co? – powiedział powoli. – Ja też go nienawidzę.
Zamarłam.
– Co?
– Nie znoszę tego mieszkania. Nienawidzę tej okolicy. Wszyscy są tu tacy... nadęci. W windzie nikt nie mówi "dzień dobry", tylko oceniają twoje buty. A ta żywica na podłodze? Wygląda jak w garażu. Chciałem deski. Szerokie, dębowe deski z sękami.
Zaczęłam się śmiać. To był histeryczny śmiech, który mieszał się z płaczem. Tomek popatrzył na mnie, a potem sam zaczął chichotać. Siedzieliśmy na brudnej podłodze w mieszkaniu za prawie milion złotych i śmialiśmy się w najlepsze.
– Czekaj – ocierałam łzy wierzchem dłoni, brudząc sobie twarz pyłem. – Czyli oboje kupiliśmy mieszkanie, którego nie chcemy, urządzamy je w stylu, którego nie lubimy, za pieniądze, które zarabiasz w pracy, której nienawidzisz, żeby zaimponować ludziom, których nie lubimy?
– Na to wygląda – przyznał, bawiąc się wieczkiem od puszki z farbą. – Myślałem, że tobie na tym zależy. Że to jest ta... stabilizacja. Że tak wygląda dorosłość.
Co by było, gdybyśmy to wszystko rzucili?
W tym momencie poczułam coś, czego nie czułam od lat. Bliskość. Nie tę fizyczną, wynikającą z nawyku, ale tę psychiczną. Zrozumiałam, że przez ostatnie pięć lat żyliśmy obok siebie, grając role w scenariuszu napisanym przez kogoś innego. Przez społeczeństwo, przez rodziców, przez społeczną presję. Tomek nie był bezdusznym korpo-szczurem. Był zagubionym facetem, który poświęcił swoje marzenia, żeby być "dobrym mężem" według definicji z dawnych lat. A ja? Ja nie byłam wymagającą księżniczką. Byłam kobietą, która bała się przyznać, że woli proste życie od luksusu, bo bała się rozczarować wszystkich dookoła.
– A co z tą farbą? – zapytał nagle, wskazując na ścianę.
Spojrzałam na nią.
– Jest okropna.
– Jest – przyznał. – Wiesz jaki kolor by tu pasował?
– Jaki?
– Żaden.
Spojrzałam na niego pytająco.
– Agata, a co by było, gdybyśmy to wszystko rzucili? – Jego oczy nagle nabrały blasku, którego nie widziałam od czasów studiów. – Co by było, gdybyśmy sprzedali to mieszkanie? Teraz, w stanie deweloperskim, nawet z tą napoczętą farbą. Ceny poszły w górę, nie stracimy.
– Sprzedać? Ale... co z kredytem? Co z planami? Gdzie będziemy mieszkać?
– Spłacimy kredyt. Zostanie nam spora nadwyżka. Kupimy coś mniejszego. Może dom do remontu pod miastem? Albo to dawne mieszkanie, może akurat jest na sprzedaż? Albo w ogóle wyjedziemy. Zawsze chciałaś zobaczyć Nową Zelandię.
Serce biło mi jak szalone. To brzmiało jak szaleństwo. Jak nieodpowiedzialność. Jak coś, co zrobiliby ludzie, którymi byliśmy dziesięć lat temu. Ale kiedy rozejrzałam się po tym sterylnym, niedokończonym salonie, po tych idealnie prostych kątach i oknach, które nie przepuszczały żadnego dźwięku z zewnątrz, zrozumiałam, że nie chcę tu spędzić reszty życia. Nie chcę wracać do domu, który jest tylko inwestycją kapitału. Nie chcę kłócić się o odcień szarości, kiedy w środku pragnę tęczy.
Kim tak naprawdę jesteśmy
Wstałam i wzięłam wałek do ręki. Zanurzyłam go w tej nieszczęsnej, fioletowo-szarej farbie.
– Co robisz? – zapytał Tomek.
Podeszłam do ściany i wielkimi, zamaszystymi ruchami namalowałam na niej wielki, koślawy znak zapytania. Farba chlapała na boki, brudząc idealnie gładką gładź.
– Pytam – powiedziałam, odwracając się do niego z uśmiechem. – Pytam nas, kim tak naprawdę jesteśmy. Bo na pewno nie ludźmi, którzy pasują do tego wnętrza.
Tomek wstał. Wziął pędzel i dopisał obok wielki wykrzyknik.
– Zgoda – powiedział. – Wynosimy się stąd.
To nie było łatwe. Decyzja o sprzedaży mieszkania, które jeszcze nie było skończone, wywołała szok w rodzinie. Moja matka zaniemówiła. Znajomi patrzyli na nas z politowaniem, myśląc, że to jakiś kryzys wieku średniego albo, co gorsza, problemy finansowe. Ale prawda była inna. Problemy finansowe mieliśmy wcześniej – te emocjonalne. Teraz byliśmy bogatsi niż kiedykolwiek. Sprzedaż trwała trzy miesiące. W tym czasie przestaliśmy remontować. Żyliśmy na kartonach, w pyle, jedząc pizzę na podłodze, ale nigdy nie czuliśmy się swobodniej. Tomek rzucił wypowiedzenie w korporacji tydzień po naszej rozmowie. Nie miał planu B, ale miał znowu błysk w oku. Wyciągnął z piwnicy swoje stare dłuta i zaczął robić meble dla znajomych. Ja przestałam brać nadgodziny.
Czuję, że naprawdę jesteśmy u siebie
Minął rok. Siedzę teraz na drewnianej werandzie małego domku, trzydzieści kilometrów od miasta. Dom jest stary, wymaga remontu dachu, a okna nie są szczelne. Ale jest nasz. Wokół jest las, a nie betonowa dżungla. Ściany w salonie pomalowaliśmy na ciepły kolor. Wybieraliśmy go pięć minut. Tomek powiedział: "Bierzemy ten, wygląda jak plaża, na której ci się oświadczyłem". I wzięliśmy. Niedawno, podczas zdrapywania starej tapety w korytarzu, znaleźliśmy pod spodem warstwy farby z poprzednich dekad. Był tam błękit, zieleń, a nawet róż. Pomyślałam wtedy o naszej starej farbie.
Tamta farba była najdroższą, jaką kiedykolwiek kupiliśmy, a jednocześnie najtańszą lekcją życia, jaką mogliśmy dostać. Nauczyła nas, że kompromis w związku nie polega na tym, że oboje zgadzacie się na coś, czego nie lubicie, żeby uniknąć kłótni. Kompromis to sztuka przyznania się, że zabrnęliście w ślepą uliczkę i odwaga, by zawrócić. Patrzę na Tomka, który szlifuje stare krzesła, uśmiechnięty, w brudnej koszulce i trocinach we włosach. Nie jest "prezesem". Nie jest "managerem". Jest moim mężem. I po raz pierwszy od bardzo dawna czuję, że naprawdę jesteśmy u siebie. A kolor ścian? Szczerze mówiąc, nawet go nie zauważam. Ważniejsze jest to, kto się o te ściany opiera.
Więc jeśli kłócisz się z partnerem o odcień fugi w łazience i czujesz, że ta kłótnia wysysa z ciebie życie – zatrzymaj się. Odłóż próbnik. Spójrz mu w oczy. I zadaj sobie pytanie: czy na pewno kłócicie się o fugę? Czy może o to, że budujecie dom dla ludzi, którymi nie jesteście? Bo myślałam, że to tylko niewinna puszka farby. A okazało się, że to był klucz do naszej wolności.
Agata, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż stracił pracę i zaczął remont. Mało brakowało, a wraz ze skuwanymi ścianami runęłoby nasze małżeństwo”
- „Mąż odświeżał mieszkanie, a nasz związek gnił. Za ten remont zapłaciliśmy o wiele więcej, niż widniało na fakturach”
- „Mąż żałował na serwis okien i wciąż odkręcał kaloryfery. W końcu pozbyłam się darmozjada i uszczelniłam domowy budżet”

