Reklama

Myślałam, że wygrałam los na loterii, a życie w końcu postanowiło wynagrodzić mi wszystkie przepłakane noce i nieudane randki. Po latach poszukiwań trafiłam na kogoś, kto wydawał się ideałem skrojonym na miarę moich potrzeb. Co najlepsze, moja przyjaciółka Kinga przeżywała w tym samym czasie identyczną euforię. Dzieliłyśmy się naszym szczęściem przy kawie, opowiadałyśmy o naszych wspaniałych partnerach, nie mając pojęcia, że los zakpił z nas w najbardziej okrutny sposób. Przez miesiące żyłyśmy w bańce iluzji, która pękła w ułamku sekundy, pozostawiając nas z pytaniem: jak mogłyśmy być tak ślepe?

Wszystko potoczyło się lawinowo

Z Kingą znałyśmy się od czasów studiów. Przeszłyśmy razem przez wszystko: od wspólnego wynajmowania klitki na poddaszu, przez stresy związane z pierwszymi pracami, aż po serię sercowych katastrof, które zazwyczaj kończyły się seansem filmowym z pudełkiem lodów w ręku. Nasza relacja była silna, oparta na całkowitym zaufaniu i braku rywalizacji. Nigdy nie podbierałyśmy sobie facetów, nigdy nie zazdrościłyśmy sobie sukcesów. Byłyśmy jak siostry, które wybrały się nawzajem.

Kiedy więc w okolicach marca Kinga oznajmiła mi z błyskiem w oku, że kogoś poznała, cieszyłam się szczerze.

— Ewelina, to jest to — powiedziała wtedy, mieszając latte w naszej ulubionej kawiarni na rogu. — On jest inny. Dojrzały, męski, a przy tym taki… opiekuńczy.

Słuchałam jej z uśmiechem, choć w głębi duszy czułam ukłucie lekkiego smutku. Ja wciąż byłam sama. Moje ostatnie relacje kończyły się szybciej, niż się zaczynały, zazwyczaj przez brak zaangażowania drugiej strony. Ale los bywa przewrotny. Zaledwie dwa tygodnie później, podczas wizyty w księgarni, poznałam Adama. To była scena jak z filmu. Sięgnęłam po ten sam tomik poezji, co wysoki brunet w beżowym płaszczu. Nasze dłonie się spotkały, on przeprosił niskim, ciepłym głosem, a potem zaprosił mnie na kawę w ramach rekompensaty za „kradzież” książki.

Jestem Adam — przedstawił się, patrząc mi głęboko w oczy.

Od tamtego popołudnia wszystko potoczyło się lawinowo. Adam był ucieleśnieniem moich marzeń. Inteligentny, oczytany, z nienagannymi manierami. Pracował jako przedstawiciel handlowy w dużej firmie farmaceutycznej, co wiązało się z częstymi wyjazdami, ale kiedy był w mieście, poświęcał mi każdą wolną chwilę. Czułam się przy nim jak księżniczka.

To było zabawne

Kiedy powiedziałam Kindze, że ja również kogoś mam, piszczała z radości.

— Nie wierzę! — krzyczała do słuchawki. — W końcu obie jesteśmy szczęśliwe w tym samym czasie! Jak on ma na imię?

— Adam — odpowiedziałam z dumą.

Zapadła krótka cisza, a potem obie wybuchnęłyśmy śmiechem.

— Żartujesz? Mój też ma na imię Adam! — zachichotała Kinga. — To musi być jakiś znak. Era Adamów nadeszła!

Przez kolejne miesiące nasze spotkania wyglądały nieco inaczej. Zamiast narzekać na facetów, licytowałyśmy się o to, który z naszych Adamów jest wspanialszy. To było zabawne, ale też niesamowicie budujące. W końcu nie musiałyśmy pocieszać się nawzajem, mogłyśmy po prostu celebrować miłość. Nigdy nie przyszło nam do głowy, by drążyć temat zbieżności imion. Adam to w końcu jedno z najpopularniejszych imion w naszym pokoleniu. W samej mojej firmie pracowało trzech Adamów. Poza tym, z opowieści Kingi wyłaniał się obraz mężczyzny nieco innego niż mój partner.

Jej Adam był fanem motoryzacji, uwielbiał szybkie samochody i weekendowe wypady za miasto na off-road. Mój Adam kochał teatr, literaturę i spokojne spacery po parku. Jej Adam bywał impulsywny i namiętny, zasypywał ją drogimi prezentami. Mój był romantykiem, który przynosił polne kwiaty i pisał liściki na serwetkach. Wydawało się oczywiste, że spotykamy się z dwoma różnymi mężczyznami, którzy po prostu dzielą to samo imię. Byłyśmy tak zapatrzone w swoje szczęście, że ignorowałyśmy drobne sygnały, które mogłyby nas zaniepokoić.

To była popularna marka

Pewnego majowego popołudnia umówiłam się z Kingą na szybki lunch. Byłam trochę przygaszona, bo mój Adam w ostatniej chwili odwołał naszą randkę. Tłumaczył się nagłą awarią w pracy i koniecznością wyjazdu do oddziału w Gdańsku. Było mi przykro, bo planowaliśmy ten wieczór od dawna, ale rozumiałam specyfikę jego zawodu.

— Nie martw się, kochana — pocieszała mnie Kinga, nakładając sobie sałatkę. — Praca to praca. Mój Adam też jest zapracowany. Wiesz, co zrobił wczoraj? Zabrał mnie na nocną przejażdżkę nad jezioro, ale rano musiał pędzić na jakieś ważne spotkanie. Ci faceci chyba nigdy nie odpoczywają.

— Przynajmniej twój był na miejscu — westchnęłam. — Mój jest już w drodze na północ.

Wtedy po raz pierwszy poczułam dziwne ukłucie w żołądku. Jakaś irracjonalna myśl przemknęła mi przez głowę, ale szybko ją odgoniłam. To niemożliwe. Przecież Adam dzwonił do mnie z samochodu, słyszałam szum autostrady. Innym razem, kiedy Kinga wpadła do mnie pożyczyć sukienkę, poczułam od niej znajomy zapach.

— Ładne perfumy — zauważyłam, wąchając powietrze. — Męskie?

— A tak, tuliłam się do Adama przed wyjściem — zaśmiała się, poprawiając włosy. — Ma nowy zapach, drzewo sandałowe z czymś cytrusowym. Obłędny, prawda?

Zmarszczyłam brwi. Mój Adam używał dokładnie tej samej wody kolońskiej. Ale znowu — to była popularna marka, dostępna w każdej drogerii. Zrzuciłam to na karb mody. Przecież miliony mężczyzn pachną tak samo. Mijały tygodnie. Lato w pełni rozkwitło, a my planowałyśmy wspólny wypad we czwórkę. Chciałyśmy w końcu przedstawić sobie naszych wybranków.

— Musimy to zgrać kalendarzowo — mówiła Kinga. — Mój Adam ma teraz gorący okres w firmie, ciągle jakieś delegacje.

— Mój też — przytaknęłam. — Ostatnio prawie w ogóle go nie widuję w weekendy. Twierdzi, że to sezonowe natężenie sprzedaży.

— No widzisz, idealnie się dobrali. Pracoholicy — skwitowała przyjaciółka.

Za każdym razem, gdy próbowałyśmy ustalić termin podwójnej randki, okazywało się to niemożliwe. Albo jeden wyjeżdżał, albo drugi miał chorego krewnego, albo wypadało nagłe spotkanie biznesowe. Zawsze coś. Zaczęłyśmy żartować, że nasi Adamowie są jak widma — pojawiają się i znikają w najmniej oczekiwanych momentach.

Czas zwolnił

Przełom nastąpił w pierwszą sobotę września. To był piękny, słoneczny dzień. Mój Adam wyjechał na rzekome szkolenie integracyjne w góry. Twierdził, że nie będzie miał zasięgu, więc umówiliśmy się, że odezwie się w niedzielę wieczorem. Kinga z kolei powiedziała, że jej Adam zabiera ją na niespodziankę za miasto. Zostałam sama w mieście. Czułam się trochę samotna, więc postanowiłam zrobić generalne porządki w szafie. Około południa zadzwoniła Kinga.

— Ewelina! Musisz to zobaczyć! — krzyczała do telefonu, a w tle słyszałam gwar ludzi i muzykę. — Jesteśmy na jakimś festynie wina pod miastem, jest cudownie! Adam wygrał dla mnie wielkiego misia na strzelnicy!

— Super, bawcie się dobrze — odpowiedziałam, starając się nie brzmieć zazdrośnie.

— Wyślę ci fotkę, musisz zobaczyć tego giganta! — rozłączyła się.

Chwilę później mój telefon zawibrował. Przyszło zdjęcie na komunikatorze. Otworzyłam je z uśmiechem, spodziewając się zobaczyć roześmianą Kingę z pluszakiem. I faktycznie, Kinga tam była. Promienna, w letniej sukience, trzymała ogromnego, różowego misia. Obok niej stał mężczyzna. Stał tyłem do obiektywu, obejmując ją w pasie jedną ręką, drugą wskazując na coś w oddali. Nie było widać jego twarzy.

Mój wzrok jednak natychmiast powędrował na jego nadgarstek. Czas zwolnił. Serce podjechało mi do gardła. Na nadgarstku mężczyzny lśnił charakterystyczny, srebrny zegarek z granatową tarczą. To był model vintage, pamiątka po dziadku, którą mój Adam nosił z dumą. Ale to nie zegarek był decydujący. Tuż obok zegarka, na tym samym nadgarstku, widniała pleciona, skórzana bransoletka. Bransoletka, którą własnoręcznie zrobiłam dla mojego Adama dwa tygodnie wcześniej z okazji naszych małych „miesięcznic”. Miała specyficzny splot i małą, srebrną koralikową zawieszkę w kształcie kotwicy, bo Adam zawsze powtarzał, że jestem jego portem.

Przybliżyłam zdjęcie na ekranie, aż piksele zaczęły się rozmazywać. Nie było wątpliwości. Ta bransoletka była unikalna. Nie dało się jej kupić w sklepie. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Ręce zaczęły mi drżeć tak bardzo, że prawie upuściłam telefon. To nie mogła być prawda. Mój Adam był na szkoleniu w górach. Nie miał zasięgu.

Zadzwoniłam do Kingi. Nie odebrała. Zadzwoniłam do mojego Adama. „Abonent czasowo niedostępny”. Usiadłam na podłodze, pośród sterty ubrań, i gapiłam się w ten mały fragment zdjęcia. Elementy układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsca z przerażającą precyzją. Jego częste wyjazdy. To, że nigdy nie mogliśmy zgrać terminów na spotkanie we czwórkę. To, że Kinga i ja rzadko widywałyśmy się w weekendy, bo jedna z nas zawsze była zajęta „swoim Adamem”. Zapach perfum. Nawet te drobne różnice w zachowaniu — przy mnie był spokojny, bo ja tego oczekiwałam. Przy niej szalał, bo ona lubiła adrenalinę. Był kameleonem.

Zastygli

Nie czekałam na ich powrót. Wsiadłam w samochód i pojechałam do mieszkania Kingi. Miałam zapasowe klucze, bo opiekowałam się jej kotem podczas wyjazdów. Musiałam tam być, kiedy wrócą. Musiałam mieć pewność. Czekałam cztery godziny. Każda minuta była torturą. Analizowałam w głowie każdą rozmowę, każde spojrzenie, każde kłamstwo, którym mnie karmił. Jak on to robił? Jakim cudem miał czas i energię, by prowadzić podwójne życie, oszukując dwie najlepsze przyjaciółki? Czy wiedział, że się znamy?

Raczej nie. Z Kingą rzadko używałyśmy nazwisk w rozmowach o facetach, a on nigdy nie pytał o szczegóły dotyczące moich przyjaciółek. Dla niego byłyśmy po prostu dwiema oddzielnymi kobietami w dużym mieście, idealnymi celami. Około dwudziestej usłyszałam zgrzyt klucza w zamku.

Ale to był dzień! — usłyszałam głos Kingi na klatce schodowej. — Jesteś niesamowity, Adam.

— Ty też, kochanie — odpowiedział ten głos. Ten sam głos, który wczoraj wieczorem szeptał mi przez telefon, że tęskni i nie może się doczekać naszego spotkania po szkoleniu.

Drzwi się otworzyły. Weszli do środka, śmiejąc się i całując. Kinga rzuciła torebkę na podłogę. Adam, mój Adam i jej Adam, zamknął drzwi nogą. Wtedy wstałam z fotela w ciemnym salonie.

— Cześć, Adam — powiedziałam lodowatym tonem.

Zastygli. Kinga krzyknęła ze strachu, zapalając światło. Adam zbladł. W jednej chwili z pewnego siebie samca alfa zamienił się w przerażonego chłopca przyłapanego na kradzieży ciastek. Jego oczy biegały między mną a Kingą.

— Ewelina? Co ty tu robisz? — zapytała Kinga, wciąż nie rozumiejąc sytuacji. Spojrzała na mnie, potem na Adama, który stał jak sparaliżowany.

— Przyszłam odebrać bransoletkę. — Wskazałam palcem na jego nadgarstek. — Tę, którą zrobiłam dla mojego chłopaka, który rzekomo jest teraz na szkoleniu w górach.

Kinga spojrzała na rękę Adama, potem na jego twarz. Widziałam, jak w jej oczach zachodzi proces łączenia faktów. Zrozumienie przyszło falami. Szok, niedowierzanie, a potem wściekłość.

— Adam? — Jej głos zadrżał. — O czym ona mówi?

On milczał. Próbował coś wybełkotać, ale słowa grzęzły mu w gardle.

— Powiedz jej — warknęłam, podchodząc bliżej. — Powiedz jej, jak nazywasz mnie, kiedy jesteśmy sami. Powiedz jej, gdzie byłeś dwa tygodnie temu, kiedy rzekomo jechałeś do chorej ciotki. Byłeś u mnie, prawda? Oglądaliśmy serial i piliśmy wino.

Adam cofnął się pod drzwi.

— To nie tak… Ja mogę to wyjaśnić… — zaczął, używając najgorszej możliwej kliszy.

— Nie ma czego wyjaśniać — przerwała mu Kinga. Jej rysy stwardniały. — Wynoś się. Natychmiast.

— Ale Kinga, posłuchaj… Ewelina…

— Nie słyszałeś?! — krzyknęłam. — Wyjdź, zanim wezwiemy policję i powiemy, że nękasz nas obie!

Adam spojrzał na nas ostatni raz. Zobaczył zjednoczony front. Dwie kobiety, które oszukiwał, stojące ramię w ramię. Zrozumiał, że gra skończona. Bez słowa odwrócił się, otworzył drzwi i wyszedł.

Wciąż szukamy miłości

Kiedy drzwi się zatrzasnęły, zapadła cisza. Przez chwilę stałyśmy nieruchomo, wsłuchując się w oddalające się kroki na schodach. Potem Kinga osunęła się na podłogę i zaczęła płakać. Podeszłam do niej i objęłam ją mocno. Płakałyśmy razem, siedząc w przedpokoju, opłakując nie tyle Adama, co nasze złudzenia i stracony czas.

Ta noc była długa. Otworzyłyśmy wino i zaczęłyśmy porównywać notatki. To było bolesne, ale konieczne oczyszczenie. Okazało się, że jego logistyka była wręcz genialna. Miał dwa telefony (jeden ukrywał w samochodzie), precyzyjnie rozpisany grafik w kalendarzu, a nawet różne zestawy ubrań w bagażniku, by pasować do naszych wyobrażeń o nim. U mnie był intelektualistą w swetrach, u niej — dynamicznym biznesmenem w koszulach.

Dowiedziałyśmy się, że w czasie, gdy ja leżałam z grypą, a on „nie mógł dojechać, bo był w trasie”, w rzeczywistości był z Kingą w kinie. Kiedy ona czekała na niego z kolacją, on spał u mnie, twierdząc, że wrócił z delegacji wykończony. Był mistrzem manipulacji. Ale w tym całym dramacie odkryłyśmy coś ważniejszego. Nasza przyjaźń nie tylko przetrwała tę próbę, ale stała się silniejsza niż kiedykolwiek. Żaden facet, nawet najbardziej przebiegły, nie był w stanie nas poróżnić. Zamiast walczyć o niego, wybrałyśmy siebie.

Dziś, pół roku po tamtych wydarzeniach, potrafimy się z tego śmiać, choć jest to śmiech nieco gorzki. Adam próbował się kontaktować z obiema, wysyłał kwiaty, błagalne wiadomości, ale obie zablokowałyśmy go wszędzie. Nie zasługiwał na ani jedno słowo więcej.

Dostałyśmy od życia ważną lekcję. Czasami to, co wydaje się idealne, jest tylko dobrze wyreżyserowanym spektaklem. Ale prawdziwa lojalność i przyjaźń są cenniejsze niż jakikolwiek romantyczny scenariusz. Wciąż szukamy miłości, ale teraz jesteśmy o wiele ostrożniejsze. I jedno jest pewne: jeśli kiedykolwiek jeszcze spotkamy faceta o imieniu Adam, najpierw poprosimy go o dowód tożsamości i szczegółowy harmonogram dnia.

Ewelina, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama