„Przyjęłam synową jak córkę i oddałam jej klucze do domu. Dziś żałuję, bo w mojej własnej kuchni czuję się jak intruz”
„Poczułam ukłucie, lecz nie chciałam robić sceny. Przecież to tylko przedmiot. Najbardziej bolały mnie jednak chwile przy stole. Kiedy próbowałam wtrącić się do rozmowy o ich planach, Marta delikatnie zmieniała temat”.

- Redakcja
Od początku chciałam być tą teściową, o której mówi się z wdzięcznością. Gdy mój jedyny syn przyprowadził do domu narzeczoną, patrzyłam na nich z dumą i wzruszeniem. Widziałam w niej nie tylko przyszłą żonę Pawła, ale dziewczynę, która miała stać się częścią mojej rodziny. Dlatego zrobiłam coś, czego dziś nie potrafię sobie wybaczyć – oddałam jej klucze do mojego domu.
Wierzyłam, że robię coś dobrego
Pamiętam tamto niedzielne popołudnie. Siedzieliśmy przy stole, a Marta nerwowo obracała filiżankę w dłoniach.
– Naprawdę nie chcemy się narzucać – powiedziała cicho. – Szukamy mieszkania, ale ceny są, jakie są…
Paweł spojrzał na mnie z nadzieją.
– Mamo, to tylko na chwilę. Zbieramy na swoje.
Wtedy wstałam, podeszłam do kredensu i wyjęłam zapasowy komplet kluczy.
– To jest wasz dom tak samo, jak mój – oznajmiłam, kładąc klucze na stole.
Marta miała łzy w oczach.
– Nie wiem, jak dziękować…
– Nie dziękuj. Dbajcie o siebie nawzajem – odpowiedziałam i naprawdę wierzyłam, że robię coś pięknego.
Pierwsze tygodnie były niemal sielanką. Gotowałyśmy razem, śmiałyśmy się, planowałyśmy ogródek. Cieszyło mnie, że w domu znów słychać młody głos. Kiedy wracałam z pracy, często czekała na mnie kolacja.
– Zrobiłam pani ulubioną zupę – mówiła Marta z uśmiechem.
– Mów mi po imieniu – poprawiałam ją łagodnie.
Z czasem jednak coś zaczęło się zmieniać. Najpierw drobiazgi. Przestawione kubki, nowe zasłony w kuchni.
– Pomyślałam, że te w kwiaty są już niemodne – rzuciła któregoś dnia.
Zaskoczyło mnie to, ale wzruszyłam ramionami.
– Skoro wam się podobają…
Potem zniknęła moja stara cukiernica po mamie.
– Schowałam ją do szafki – wyjaśniła Marta.
Poczułam ukłucie, lecz nie chciałam robić sceny. Przecież to tylko przedmiot. Najbardziej bolały mnie jednak chwile przy stole. Kiedy próbowałam wtrącić się do rozmowy o ich planach, Marta delikatnie zmieniała temat.
– Paweł, pamiętasz, że jutro mamy spotkanie z doradcą? – wchodziła mi w słowo.
Syn coraz rzadziej pytał mnie o zdanie. Jakby naturalnie przesuwał się w jej stronę, a ja zostawałam po drugiej stronie stołu. Pewnego wieczoru wróciłam wcześniej do domu. W kuchni stała Marta z telefonem przy uchu.
– Tak, mamo, powoli robię tu po swojemu – mówiła. – Wiesz, trudno mieszkać z kimś starszym, kto ma swoje przyzwyczajenia.
Zamarłam w przedpokoju. Nie weszłam od razu. Stałam, słuchając własnego przyspieszonego oddechu.
– Ale dam radę. W końcu to teraz też mój dom – dodała po chwili.
Jej słowa odbijały się w głowie jak echo. Weszłam do kuchni, udając, że nic nie słyszałam.
– O, już wróciłaś – powiedziała, szybko kończąc rozmowę.
– Tak, dziś szybciej – odparłam spokojnie. – Co dobrego gotujesz?
Uśmiechnęła się uprzejmie, lecz w jej spojrzeniu było coś nowego – pewność, której wcześniej nie widziałam. Tamtego wieczoru po raz pierwszy poczułam, że w mojej własnej kuchni stoję trochę z boku. Jak gość, który powinien zapytać, czy może sięgnąć po talerz.
Zrobiło mi się gorąco
Pewnego ranka zeszłam na dół i przez chwilę stałam bez ruchu. Na blacie stał nowy ekspres.
– Kupiłam na raty – oznajmiła Marta z entuzjazmem. – Teraz kawa będzie jak z kawiarni.
– A mój stary? – zapytałam.
– Schowałam do piwnicy. Zajmował miejsce.
Kiwnęłam głową, choć w środku wszystko mi się ścisnęło. To był prezent od mojego męża, jeszcze sprzed lat. Nie chodziło o sprzęt. Chodziło o to, że nikt mnie nie zapytał. Zaczęłam czuć się jak lokatorka. Gdy chciałam coś ugotować, słyszałam:
– Dziś planowałam obiad dla nas. Może jutro?
Albo:
– Lepiej nie używaj tej patelni, jest nowa.
Któregoś popołudnia przyszła sąsiadka, pani Elżbieta. Wpadła pożyczyć formę do ciasta.
– O, już oddałam ją Marcie – powiedziałam odruchowo.
– Tak, tak – wtrąciła Marta z uśmiechem. – Wszystko jest u mnie poukładane. Proszę się nie martwić.
„U mnie”. Znowu to słowo. Wieczorem spróbowałam porozmawiać z Pawłem. Siedział przy stole z laptopem.
– Synku, możemy chwilę? – zapytałam.
– Jasne, mamo.
Usiadłam naprzeciwko niego.
– Mam wrażenie, że w domu dzieją się rzeczy, o których nic nie wiem.
Westchnął.
– Mamo, Marta po prostu chce się tu czuć swobodnie. To dla niej trudne mieszkać z teściową.
– A dla mnie łatwe? – wyrwało mi się. – To mój dom od trzydziestu lat.
Spojrzał na mnie z lekkim zniecierpliwieniem.
– Przecież nic ci nie zabieramy.
Zamilkłam. Bo jak wytłumaczyć komuś, że nie chodzi o meble ani sprzęty, tylko o poczucie miejsca? Prawdziwy cios przyszedł kilka dni później. Wracałam z zakupów i usłyszałam śmiech w salonie. Byli tam rodzice Marty. Na stole stało ciasto.
– Mamo, dobrze, że już jesteś – powiedziała Marta, jakby to było jej mieszkanie. – Moi rodzice przyjechali zobaczyć, jak się urządziliśmy.
„Urządziliśmy”. Jej mama rozejrzała się po salonie.
– Bardzo ładnie to wszystko zmieniłaś, córeczko. Od razu widać kobiecą rękę.
Stałam z torbą zakupów, czując, że robi mi się gorąco.
– To dom mojej mamy – odezwał się Paweł niepewnie.
– Nasz dom – poprawiła go Marta łagodnie, kładąc mu rękę na ramieniu.
To był moment, w którym coś we mnie pękło. Wieczorem zapukałam do ich pokoju. Marta spojrzała na mnie czujnie.
– O co chodzi?
– O granice – odpowiedziałam, czując, jak drży mi głos. – Oddałam wam klucze z serca. Nie po to, żeby stać się tu gościem.
Zapadła cisza. Paweł patrzył to na mnie, to na nią.
– Mamo, przesadzasz – odezwała się w końcu Marta. – Przecież staram się, żeby było nam wygodnie.
– A mnie ktoś zapytał, czy mi jest wygodnie? – zapytałam cicho.
W jej oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej nie dostrzegałam – upór.
– Nie możemy całe życie dostosowywać się do twoich przyzwyczajeń – powiedziała.
„Twoich”. Już nie „naszych”. Tamtej nocy długo nie spałam. Po raz pierwszy przemknęła mi przez głowę myśl, że może to ja popełniłam błąd, próbując być zbyt dobra.
Dałam im wybór
Rano wstałam wcześnie. W kuchni panowała cisza. Usiadłam przy stole i położyłam przed sobą oba komplety kluczy – swoje i zapasowe, które kiedyś wręczyłam Marcie. Długo na nie patrzyłam, jakby były czymś więcej niż kawałkiem metalu. Kiedy Paweł zszedł na dół, spojrzał na mnie zaskoczony.
– Mamo, wszystko w porządku?
– Usiądź – powiedziałam spokojnie.
Chwilę później dołączyła Marta. Wyczuwałam napięcie, ale tym razem nie zamierzałam się wycofać.
– Wczoraj powiedziałaś, że nie możecie całe życie dostosowywać się do moich przyzwyczajeń – zwróciłam się do niej. – Masz rację. Nie powinniście.
Paweł zmarszczył brwi.
– To o co chodzi?
Przesunęłam w ich stronę zapasowe klucze.
– Chodzi o to, że to nie jest wasz dom. To mój dom. I jeśli mamy tu mieszkać razem, to na jasnych zasadach. Albo zaczniemy się naprawdę szanować, albo musicie poszukać swojego miejsca.
Marta spojrzała na klucze, potem na Pawła.
– Czy ty nas wyrzucasz? – zapytała chłodno.
– Nie. Daję wam wybór.
W powietrzu zawisła cisza. Paweł potarł czoło.
– Mamo, przecież zbieramy na mieszkanie. Jeszcze trochę…
– Pomogę wam – przerwałam mu. – Dam wam trzy miesiące. W tym czasie ustalimy, kto, za co odpowiada i co zmieniamy wspólnie. Jeśli to się nie uda, wyprowadzicie się. Nie chcę wojny. Chcę spokoju we własnym domu.
Marta wstała gwałtownie.
– Czyli jednak mnie nie zaakceptowałaś.
Zabolało.
– Przyjęłam cię jak córkę – odpowiedziałam. – Ale córka nie mówi o domu matki „urządziliśmy”. Córka pyta, zanim coś wyrzuci do piwnicy.
Paweł spojrzał na nią uważnie.
– Może rzeczywiście trochę za bardzo się rozpędziliśmy.
– Więc teraz to moja wina? – zapytała cicho, ale w jej głosie nie było już pewności.
Nie odpowiedziałam. Czekałam. Przez kolejne tygodnie było napięcie, rozmowy, czasem chłód. Jednak coś się zmieniło. Marta zaczęła pytać.
– Mamo, mogę przestawić ten regał?
– Myślałam o nowych zasłonach. Co o tym sądzisz?
Nie wszystko wróciło do dawnej lekkości. Już wiedziałam, że nie będziemy jak matka i córka z moich marzeń. Dwa miesiące później Paweł przyszedł do mnie z uśmiechem.
– Mamo, znaleźliśmy mieszkanie. Niewielkie, ale nasze.
Serce ścisnęło mi się na moment, lecz zaraz poczułam ulgę.
– Cieszę się – odpowiedziałam szczerze.
W dniu wyprowadzki Marta podeszła do mnie niepewnie.
– Dziękuję, że dałaś nam szansę – powiedziała. – I… przepraszam, jeśli przekroczyłam granice.
Kiedy drzwi za nimi się zamknęły, weszłam do kuchni. Była cicha, znajoma. Wyjęłam z piwnicy stary czajnik i postawiłam go na swoim miejscu. Nie dlatego, że był lepszy. Dlatego, że był mój. Nie żałowałam już, że oddałam klucze. Żałowałam tylko, że tak długo bałam się upomnieć o siebie. Teraz wiedziałam jedno – dobroć bez granic zamienia się w rezygnację, a ja nie chciałam już rezygnować z własnego miejsca.
Danuta, 58 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzieci brata podlizują mi się, bo liczą na mój majątek. Myślą, że w spadku dostaną dom i ziemię na mazurskiej wsi”
- „Podczas ferii w górach mąż stale biegał do sklepu. Okazało się, że robił zakupy nie tylko dla nas”
- „Teściowa panoszyła się w moim domu. Pilnowała, by jej synek miał czyste gacie i dwudaniowy obiad”

