Reklama

Wracam tu rzadko. Za rzadko, żeby jeszcze czuć się stąd, i wystarczająco często, żeby wiedzieć, że to miasto nigdy mnie całkiem nie puści. Dworzec wygląda tak samo jak wtedy, gdy wyjeżdżałem po raz pierwszy, tylko ja mam więcej zmarszczek pod oczami i mniej złudzeń. Nawet zapach jest ten sam: wilgotny beton, stara kawa z automatu, dym z papierosów palonych ukradkiem przy wyjściu.

Pogrzeb Tomka ściągnął tu wszystkich. To był kolega z dzieciństwa, więc pamiętałem wspólne wagary, pierwsze piwo wypite za garażami. Teraz leży w drewnianej trumnie, a my stoimy wokół, dorośli, poważni, z minami ludzi, którzy wiedzą, jak się zachować.

— Czas leci… — mówi ktoś za moimi plecami.

— Za szybko — odpowiada ktoś inny, jakby to była kwestia gustu.

Kiwam głową, chociaż myślami jestem gdzie indziej. Zawsze byłem gdzie indziej. Nawet tu, stojąc na cmentarzu, czuję się jak gość. Jakbym tylko wpadł na chwilę, a prawdziwe życie czekało w innym mieście, w innym rytmie, bez tych ludzi, bez tego ciężaru. Ksiądz mówi o stracie, o tym, co ważne. Patrzę na znane twarze: postarzałe, zmęczone, niektóre udające, że wszystko jest w porządku. Rodzina Tomka płacze. Ja czuję głównie pustkę. I wstyd, że ją czuję.

Po ceremonii idę w stronę parkingu, bo chcę stąd wyjechać. I wtedy ją widzę. Marta stoi kilka metrów dalej. Przez sekundę myślę, że to złudzenie, że to tylko ktoś podobny. Ale ona podnosi wzrok. Nasze spojrzenia spotykają się i wszystko na chwilę cichnie. Nie uśmiecha się. Ja też nie. Dopiero po tej sekundzie dostrzegam dziecko. Marta trzyma je za rękę. Chłopiec ma ciemne oczy. I sposób, w jaki marszczy brwi… wydaje się zbyt znajomy.

Nie mówimy nic. Cisza między nami jest gęsta, cięższa niż ta nad grobem. Marta odwraca wzrok pierwsza. Odchodzi, prowadząc chłopca. Zostaję sam, z pytaniem, które boję się zadać.

Nie było w tym emocji

Wracałem do hotelu pieszo, chociaż droga była długa i zimna. Chciałem iść, bo ruch porządkował myśli, a ja miałem ich za dużo. Obraz chłopca wracał uparcie. Niezbyt wyraźnie, fragmentami. Najpierw oczy, potem linia brwi i ten sposób patrzenia, jakby świat był czymś, co trzeba sprawdzić, zanim się mu zaufa. Znałem to spojrzenie aż za dobrze.

Z Martą byłem krótko. Intensywnie, chaotycznie, bez planu. Wtedy mówiłem, że tak jest uczciwiej, że nie obiecuję niczego, czego nie potrafię unieść. Praca była wygodnym pretekstem. Inne miasto, nowe zadania, wieczne jutro. Wyjechałem, zanim zdążyliśmy się naprawdę pokłócić, zanim trzeba było powiedzieć coś o przyszłości. Zostawiłem ciszę i uznałem ją za rozwiązanie.
Teraz próbowałem liczyć. Dwa lata. Wystarczająco dużo, by wszystko się zgadzało. Wystarczająco mało, by nie mieć pewności. Złościłem się na siebie za to, że w ogóle o tym myślę. Przecież nic nie wiem. Przecież to nie musi mieć ze mną nic wspólnego. Tyle razy powtarzałem sobie podobne zdania, aż straciły znaczenie.

Wieczorem siedziałem na łóżku i patrzyłem w telefon. Pisałem wiadomość i kasowałem ją kilka razy. Neutralnie, ostrożnie, bez oskarżeń. Tak, jak zawsze potrafiłem.

„Cześć. Widziałem cię dziś na cmentarzu. Jeśli masz chwilę, może porozmawiamy?”.

Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewałem: „Tak. Możemy się spotkać. Napisz, kiedy będziesz jeszcze w mieście”.

Nie było w tym emocji. I właśnie to bolało najbardziej. Odłożyłem telefon i poczułem, że nie chodzi już o tamten związek. Chodziło o pytanie, którego nie dało się cofnąć, nawet jeśli bałem się usłyszeć odpowiedź.

Podała mi je bez słowa

Spotkaliśmy się trzy dni później. Wybrała miejsce, w którym nikt nie musiał niczego udawać. Park przy rzece, ławki ustawione zbyt daleko od siebie, żeby rozmowy się mieszały. Było chłodno, ale bez wiatru. Siedziała już tam, gdy przyszedłem. Wyprostowana, spokojna, jakby przyszła po coś konkretnego, a nie po rozmowę.

— Cześć — powiedziałem, czując, że to słowo waży więcej, niż powinno.

— Cześć — odpowiedziała bez uśmiechu.

Usiadłem obok, zostawiając między nami bezpieczną odległość. Przez chwilę patrzyliśmy w tę samą stronę, na wodę. Pomyślałem, że kiedyś potrafiliśmy siedzieć tak godzinami i uznawaliśmy to za bliskość.

— Nie spodziewałam się, że się odezwiesz — przyznała.

— Ja też nie byłem pewien, czy powinienem — odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

Rozmowa krążyła wokół rzeczy, które już znaliśmy. Praca, miasto, czas. Mówiłem za dużo, jakbym próbował zasypać przestrzeń między nami słowami. Ona słuchała, ale nie dopowiadała. W końcu zamilkłem.

— Jeśli chcesz o coś zapytać, zapytaj wprost — powiedziała cicho. — Nie uciekaj w pół zdania.

Spojrzałem na nią i poczułem, że nie mam już gdzie się schować.

— Widziałem… dziecko — zacząłem. — Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków.

— Wiem — przerwała mi. — Dlatego tu jestem.

Wyjęła z torebki zdjęcie. Podała mi je bez słowa. Chłopiec uśmiechał się na nim niepewnie, jakby nie był przekonany, czy wolno. Zrobiło mi się duszno.

— Nie chciałam, żebyś czuł się do czegoś zmuszony — powiedziała po chwili. — Ale nie chciałam też cię oszukiwać.

Patrzyłem na fotografię, nie potrafiąc jej oddać. Wiedziałem, że to dopiero początek, a jednak miałem wrażenie, że coś we mnie już się przesunęło, bez pytania o zgodę.

Nie rozumiałem

Oddałem jej zdjęcie, jakby mnie parzyło. Przez chwilę żadne z nas się nie odezwało. Słyszałem tylko wodę i własny oddech, zbyt szybki jak na zwykłą rozmowę. Wiedziałem już, ale jednocześnie łudziłem się, że to jeszcze nie musi zostać wypowiedziane.

— Powiedz to — odezwałem się w końcu. — Lepiej teraz.

Popatrzyła na mnie uważnie, bez gniewu, bez triumfu. Jak ktoś, kto dawno podjął decyzję i nie zamierza jej już bronić.

— To jest twój syn — powiedziała spokojnie. — Urodził się osiem miesięcy po tym, jak wyjechałeś.

Te słowa nie zabrzmiały jak wyrok. Raczej jak fakt, którego nie da się przesunąć ani obejść. Poczułem napływ ciepła do twarzy, potem nagłą pustkę.

— Dlaczego mi nie powiedziałaś? — zapytałem, podnosząc głos, chociaż tego nie planowałem. — Nie miałem prawa wiedzieć?

— Miałeś — odparła. — I właśnie dlatego nie powiedziałam.

Nie rozumiałem. Albo nie chciałem rozumieć.

— Zniknąłeś — ciągnęła. — Mówiłeś, że nie jesteś gotowy, że twoje życie jest gdzie indziej. Nie chciałam, żebyś wracał z poczucia obowiązku. Nie chciałam, żeby dziecko było argumentem.

— A ja? — przerwałem jej. — Co ja miałem zrobić z tą informacją dwa lata później?

Milczała. I to milczenie było bardziej oskarżające niż jakiekolwiek słowa.

— Dowiedziałam się o ciąży już po twoim wyjeździe — powiedziała w końcu. — Przez moment myślałam, żeby zadzwonić. Potem przypomniałam sobie, jak łatwo potrafiłeś odchodzić. Uznałam, że dam sobie radę sama.

Chciałem zapytać o wszystko naraz. O jego pierwszy krok, pierwsze słowo, choroby, strachy. Zamiast tego powiedziałem coś zupełnie innego:

— Nie było mnie. I to jest moja wina.

— Tak — zgodziła się bez wahania. — Ale to nie znaczy, że masz teraz naprawić wszystko w jeden dzień.

Wstałem z ławki i przeszedłem kilka kroków. Potrzebowałem ruchu, jak wtedy po pogrzebie. Czułem gniew na nią, na siebie, na czas. Na to, że najważniejsze pytania przyszły wtedy, gdy nie było już prostych odpowiedzi. Usiadłem z powrotem. Byłem zmęczony jak po długiej podróży, której celu nikt mi nie wyjaśnił.

— Co teraz? — zapytałem.

Spojrzała na mnie uważnie.

— Teraz musisz sam zdecydować, czy chcesz wiedzieć więcej — powiedziała. — I czy potrafisz unieść to, co się z tym wiąże.

Odłożyłem zdjęcie do torby

Zostaliśmy jeszcze chwilę w parku, ale rozmowa już się nie kleiła. Marta musiała wracać, ja nie potrafiłem jej zatrzymać ani poprosić, żeby została dłużej. Rozstaliśmy się zwyczajnie, jak obcy ludzie, którzy wiedzą o sobie za dużo. Dopiero gdy odszedłem kilka kroków, zorientowałem się, że wciąż trzymam zdjęcie. Nie zawróciłem.

Usiadłem później w hotelowym pokoju i położyłem fotografię na stole. Patrzyłem na nią długo, jakbym liczył, że coś się zmieni, jeśli dam temu wystarczająco dużo czasu. Chłopiec miał lekko przekrzywioną głowę i ten sam niepewny uśmiech, który pamiętałem z własnych zdjęć z dzieciństwa. Nie musiałem już niczego udowadniać ani sobie, ani faktom. Zacząłem się zastanawiać, czy mam prawo do wzruszenia. Do tego ścisku w gardle, który pojawił się nagle, zupełnie nieproszony. Przez dwa lata nie było mnie przy nim ani razu. Nie wiedziałem, czego się boi, co go cieszy, jak zasypia. A jednak patrzyłem na jego twarz i czułem coś, czego nie umiałem nazwać bez wstydu.

Przypomniało mi się własne dzieciństwo. Ojciec był obecny fizycznie, ale zawsze jakby obok. Pamiętam rozmowy, które kończyły się, zanim zdążyły się zacząć, i obietnice bez konkretów. Przysięgałem sobie, że nigdy taki nie będę. Teraz siedziałem sam w obcym mieście i widziałem, jak łatwo złamałem własne postanowienia, nawet nie zauważając momentu, w którym to się stało.

Miasto za oknem było ciche, jakby też czekało. Miałem wrażenie, że nie przyjechałem tu tylko na pogrzeb. Że to miejsce, od którego zawsze uciekałem, właśnie mnie zatrzymało. Nie wiedziałem jeszcze po co. Odłożyłem zdjęcie do torby. Wiedziałem, że to nie jest koniec, tylko początek czegoś trudniejszego. Czegoś, na co nigdy nie byłem gotowy, a co i tak mnie dogoniło.

Myślałem o tym, co straciłem

Wyjeżdżałem z miasta wcześnie rano. Ulice były puste, jakby ktoś je specjalnie opróżnił, żebym mógł odjechać bez pożegnań. W lusterku znikały miejsca, które znałem na pamięć, a jednak nigdy nie umiałem w nich zostać. Tym razem poczucie ulgi nie przyszło. Zamiast niego była ciężka świadomość, że zostawiam za sobą coś więcej niż wspomnienia.

Myślałem o tym, co straciłem, choć nikt mi tego formalnie nie zabrał. Czas minął bez pytania o zgodę, a ja pozwoliłem mu płynąć, zajęty własnym dystansem. Nie było jednej decyzji, jednego błędu, po którym wszystko się posypało. Była seria małych ucieczek, odkładanych rozmów i wygodnej ciszy. Teraz widziałem ich konsekwencje wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie wiedziałem, jaką rolę mogę jeszcze odegrać. Nie wiedziałem, czy Marta będzie chciała mnie wpuścić do swojego świata i świata dziecka, które nosiło moją twarz, a którego życia nie znałem. Jeszcze trudniejsze było pytanie, czy ja sam potrafiłbym zostać, gdyby taka szansa się pojawiła. Odpowiedzialność, od której uciekałem, nie zniknęła. Po prostu czekała cierpliwie, aż skończą mi się drogi odwrotu.

Zrozumiałem, że największą stratą nie była nieobecność przy czyimś boku, lecz świadomość, że pewnych chwil nie da się już odzyskać ani nadrobić. To tylko trzeźwe poczucie, że dorosłość czasem przychodzi za późno i nie pyta, czy jest na nią miejsce. Jechałem dalej, rozumiejąc jedno: cisza, którą wybrałem dwa lata wcześniej, właśnie przestała być bezpieczna.

Marek, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama