„Przyjaciółka zaprosiła mnie na swój zimowy ślub w styczniu. Zamarłam, gdy tylko zobaczyłam, kim jest pan młody”
„Zrobiło mi się słabo. To nie może być on. To jakiś przypadek. Ktoś podobny. Potem się odwrócił. Ta sama blizna na szyi. Ten sam uśmiech. Ten sam Marek, który jeszcze kilka dni temu całował mnie na do widzenia”.

Nigdy nie byłam typem romantyczki. Lubiłam kwiaty, świece, kolacje przy winie – jasne. W wielką miłość przestałam jednak wierzyć już dawno. Życie mnie nauczyło, że słowa „na zawsze” często kończą się szybciej, niż człowiek zdąży wypić poranną kawę. Albo zanim druga strona zdąży się zdecydować, czego tak naprawdę chce.
Pracowałam w agencji marketingowej jako project managerka – w świecie wiecznie palących się deadline’ów i przeterminowanych briefów. Po godzinach uciekałam w fotografię. Mój aparat był dla mnie terapią. Fotografowałam ludzi – przypadkowych przechodniów, starsze pary w parku, dzieciaki ganiające po kałużach. To mnie trzymało w pionie. Związków miałam kilka. Jeden dłuższy, dwa totalne nieporozumienia, a potem same przelotne, gorączkowe znajomości z facetami, którzy mówili, że „nie są gotowi”.
Do czasu aż poznałam Marka. Był czarujący. Miał uśmiech, który rozbrajał. Mówił o sobie niewiele, ale słuchał uważnie. Twierdził, że jest singlem, ale „nie lubi epatować prywatnością”. Nigdy mnie nie przedstawił znajomym, nie zaprosił do siebie. Nie wrzucaliśmy wspólnych zdjęć. Brzmiało to dojrzale. Tajemniczo. Intrygująco. Myślałam, że budujemy wspólną przyszłość.
Potem Magda – moja przyjaciółka – wysłała mi zaproszenie na ślub w styczniu. „Musisz przyjść! Będzie pięknie!” – napisała. Nie miałam pojęcia, że tego dnia coś się zmieni na zawsze.
Nie mogłam w to uwierzyć
Ślub był w restauracji pod Warszawą. Szykowne miejsce z wysokimi oknami, lampionami i salą, która pachniała eukaliptusem i świeżym pieczywem. Pojechałam sama, bo Marek mówił, że ma jakieś ważne sprawy, nie wnikałam. Weszłam w beżowej sukience z włosami upiętymi w kok. Trochę się stresowałam – nie znałam tu zbyt wielu osób. Siostra Magdy machała do mnie z końca sali, uśmiechnięta jak zawsze.
– Ewka! Nareszcie! Chodź, pokażę ci stolik – zawołała.
Szłam za nią, kiedy drzwi główne się otworzyły. Najpierw usłyszałam śmiech. Potem zobaczyłam buty. Krok pewny, nonszalancki. Podniosłam wzrok i zamarłam. Marek. W granatowym garniturze. Z białą różą w butonierce. Wchodził wolno, pewnie, z Magdą pod rękę. Ona w białej sukni z welonem i uśmiechem jak z katalogu ślubnego.
Zrobiło mi się niedobrze. To nie może być on. To jakiś przypadek. Ktoś podobny. Potem się odwrócił. Ta sama blizna na szyi. Ten sam uśmiech. Ten sam Marek, który jeszcze kilka dni temu całował mnie na do widzenia.
– Wszystko w porządku? – spytała Marta, marszcząc brwi.
– Tak, tylko… muszę do łazienki – wydusiłam.
W toalecie zamknęłam się w kabinie. Oddychałam szybko, serce tłukło mi się w klatce. W głowie krążyło jedno zdanie: „On się żeni. On naprawdę się żeni”.
Kiedy wróciłam na salę, dosiadła się do mnie znajoma Magdy z uczelni. Uśmiechnięta blondynka z kieliszkiem wina.
– Marek i Magda to para idealna, co? – zagadnęła.
Zamarłam.
– Magda i Marek? – zapytałam cicho.
– No tak! Są razem od wieków. Sześć lat chyba. Prawdziwa historia jak z bajki.
Kłamał od samego początku
Z wesela wyszłam zanim podano tort. Zamówiłam taksówkę, chociaż wolałabym iść piechotą przez całą Warszawę. Całą drogę do domu patrzyłam przez okno, próbując zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. On miał być mój. Powoli. Bez pośpiechu. Bez zdjęć i deklaracji, ale przecież… czułam, że to było coś więcej.
Rzuciłam torebkę na podłogę i natychmiast sięgnęłam po telefon. Pierwszy sygnał. Drugi. Czwarty. Głos automatu.
– Marek, oddzwoń. Proszę – powiedziałam głosem, który nie brzmiał jak mój.
Potem napisałam. Jedno słowo: „Dlaczego?”. Cisza. Za godzinę przyszedł SMS. Lakoniczny. Chłodny. „Nie teraz. Nie komplikuj”. Nie komplikuj? Zadzwoniłam do Karoliny, mojej najbliższej przyjaciółki. Odebrała od razu.
– Ewelina? Co się stało?
– On… się ożenił, Karola. Widziałam go. Wchodził na salę, jakby wszystko było w porządku. W garniturze. Z żoną obok.
– Żartujesz… Może to jakiś brat bliźniak?
– Nie. To on. Ta sama blizna na szyi, ten sam zegarek. Nawet jego buty rozpoznałam. To mój Marek. Tylko że… nie mój.
Zaczęłam przewijać nasze rozmowy. „Tęsknię”, „Myślałem dziś o tobie”, „Jesteś wyjątkowa”. Nic nie wskazywało na to, że przez cały ten czas miał inną kobietę. Narzeczoną, z którą planował ślub. Poczułam się jak idiotka. Jak statystka w czyimś filmie, która nawet nie wie, że gra epizod.
Chciał się wyplątać
Zgodził się na spotkanie dopiero po trzech dniach. Napisał: „Możemy pogadać. U mnie. Jutro, 19:00”. Serce mi waliło, kiedy jechałam do niego taksówką. Weszłam po schodach jak na ścięcie. Otworzył drzwi w dresie i z rozczochranymi włosami. Jakby nic się nie stało. Jakbyśmy nie rozmawiali o tym, że właśnie wziął ślub z kimś innym.
– Wejdziesz?
– Jak mogłeś?! – wypaliłam zamiast „cześć”.
Zamknął drzwi, westchnął. Usiadł na kanapie, jakby czekał na wykład.
– To nie tak, jak myślisz, Ewelina…
– Tylko nie to. Nie mów mi, że to nie tak. Widziałam. Stałeś z nią przy ołtarzu. To nie był twój sobowtór.
– Wiem. Wiem, jak to wygląda. To było skomplikowane.
– Komplikacja to korek na trasie, Marek. Nie podwójne życie, które prowadzisz.
Zacisnął usta. Dopiero po chwili odezwał się cicho:
– Magda zaszła w ciążę. Kilka tygodni temu. Byliśmy razem od lat, ale… Byliśmy na zakręcie. Z tobą… z tobą było inaczej.
Zatkało mnie.
– Więc spałeś ze mną, kiedy planowałeś ślub z nią?
– Nie planowałem. Ślub był już ustalony wcześniej. Miałem wszystko odwołać. Naprawdę… Myślałem, że się z tego wyplączę.
– Ale się nie wyplątałeś.
Pokręcił głową.
– Magda nic nie wie?
– Nie. I nie może się dowiedzieć.
Wstałam.
– Nie martw się. Nie dowie się ode mnie. Ale ty już dla mnie nie istniejesz.
Wyszłam, trzaskając drzwiami. Zimny styczniowy śnieg sypał mi w oczy. Pasowało.
Nie mogłam tego zrobić
Zasłoniłam zasłony, wyłączyłam telefon i przez kilka dni po prostu… zniknęłam. Spałam w ubraniach, jadłam zupki chińskie prosto z pudełka. Patrzyłam w sufit, przewijając w głowie każdą rozmowę z Markiem. Każdy jego dotyk, spojrzenie. Każde „tęskniłem” nabierało nowego znaczenia – jakby śmiał się ze mnie między wierszami.
Zaczęłam czytać nasze wiadomości na nowo. Szukałam znaków ostrzegawczych. „Nie mogę dziś, mam sprawy rodzinne”, „W tym tygodniu nie dam rady, dużo się dzieje”, „Kiedyś ci opowiem”. To było wszędzie. Tylko ja nie chciałam tego widzieć.
Kiedy w końcu wyszłam z domu, było już po weekendzie. Świat się nie zawalił. Trwał dalej, jakby nic się nie stało. Tylko ja byłam inna. Cichsza. Ostrożniejsza. Spotkałam się z Magdą – tą od zaproszenia. Nie wiedziała nic o mnie i Marku. Usiadłyśmy w kawiarni, rozmawiałyśmy o pracy i kosmetykach. Zaczęła temat ślubu.
– Było przepięknie, prawda? – zapytała między jednym łykiem latte a drugim.
– Tak… jak z żurnala – wydusiłam, zmuszając się do uśmiechu.
Czułam, jak w środku wszystko mi się przewraca. Ona nic nie wiedziała. A ja siedziałam naprzeciwko niej jak tykająca bomba. Mogłam jej powiedzieć. W jednej sekundzie zniszczyć jej życie tak, jak Marek zniszczył moje. Ale nie powiedziałam. Przynajmniej na razie.
Wybrać prawdę czy lojalność?
– I co teraz? – zapytała Karolina, mieszając herbatę w mojej kuchni. – Będziesz siedzieć cicho i patrzeć, jak ta dziewczyna całuje go na fotkach z internetu?
– A co mam zrobić? Pokazać jej nasze zdjęcia? Wykrzyczeć na rodzinnej kolacji, że pan młody mnie całował jeszcze tydzień przed ślubem?
– Masz prawo powiedzieć prawdę. Tak po prostu.
– A ona ma prawo mi nie uwierzyć – odpowiedziałam cicho. – W jej historii ja jestem tylko dodatkiem. Złamanym paznokciem, który zaraz odrasta.
Karolina spojrzała na mnie długo bez słów.
– Wiesz… gdybym to ja była na jej miejscu, chciałabym wiedzieć – powiedziała w końcu.
Patrzyłam przez okno, gdzie dzieci biegały po osiedlowym placu zabaw, jakby świat nie był taki zły. Myślałam o Magdzie. O jej sukni, welonie, tym idiotycznym szczęściu w oczach, kiedy mówiła: „To był najpiękniejszy dzień mojego życia”. Zazdrościłam jej, ale bardziej… współczułam.
Wieczorem usiadłam na łóżku z telefonem w dłoni. Pisałam i kasowałam wiadomości do Marka. W końcu wysłałam jedną. „Twoja tajemnica jest bezpieczna. Ale nie licz, że ci wybaczę”. Nie odpowiedział. Nie potrzebowałam już jego słów. Zostałam z decyzją, która gryzła mnie jak metka przy karku. Prawda czy lojalność? Wybrałam ciszę i nienawiść do niego, którą pielęgnowałam jak roślinę. Dobrze rosła.
Tylko ja wiem, co się wydarzyło
Minęły dwa miesiące. Wróciłam do życia. Powoli, bez pośpiechu. Praca, zdjęcia, kawa z Karoliną. Wszyscy myśleli, że po prostu trochę się zaszyłam, że miałam gorszy czas. Nikt nie wiedział, że mój świat rozbił się jak szklanka – bez hałasu, ale na ostre kawałki.
Zaczęłam nowy projekt w pracy. Chodziłam na siłownię. Na koncie Magdy widziałam zdjęcia z podróży poślubnej. Uśmiechnięci, objęci, Marek w lnianej koszuli, dziecko w drodze. Nikt nie wiedział. Tylko ja.
Nie powiedziałam jej. Nic nie wspomniałam. Nie wiem, czy to tchórzostwo, czy empatia. Może jedno i drugie. Może po prostu nie chciałam być kimś, kto burzy cudze światy. Chociaż mój został zniszczony.
Mam dni, kiedy o nim nie myślę, ale są i takie, kiedy budzę się w środku nocy z bólem w klatce piersiowej, jakby coś mnie przygniotło. On zabrał ze sobą moją naiwność. Wiarę, że ktoś może patrzeć ci w oczy i mówić prawdę. Nie odzyskam tego. Przynajmniej nie teraz.
„Byłam tylko epizodem” – myślę czasem, patrząc w lustro. A potem zakładam płaszcz i wychodzę. Świat się nie zatrzymał. A ja nie mogę zostać w miejscu, w którym mnie porzucono. Niech ich życie toczy się dalej. A moje – znajdzie nowe miejsce, gdzie nie będzie już cienia po nim.
Ewelina, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż mojej przyjaciółki totalnie zawrócił mi w głowie. Obiecywał, że ją zostawi, ale po prostu stchórzył”
- „Po ślubie wzięliśmy kredyt na budowę domu i to był początek końca. Miała być miłość po grób, a uczucie samo umarło”
- „Przez sylwestrową wróżbę moja dziewczyna zerwała ze mną w Nowy Rok. Jedno zdanie sprawiło, że zmieniła wszystko”

