Reklama

Z Agnieszką znałam się od liceum. Przez lata przeszłyśmy razem wiele: wspólne imprezy, złamane serca, nawet podróże. Była jedną z tych osób, które zapraszasz na ślub nie dlatego, że wypada, ale dlatego, że naprawdę chcesz, żeby tam były. I była. Uśmiechnięta, z bukietem w dłoniach, pierwsza do tańca. Później też często nas odwiedzała. Lubiła nasze mieszkanie, nasze obiady, naszą atmosferę. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że nie tylko to lubiła. Zbyt często bywała, zbyt śmiało patrzyła na Wojtka. Po prostu zbyt mocno interesowała się moim mężem.

Pierwszy raz poczułam niepokój

Agnieszka przyszła na kolację w czerwonej bluzce z dekoltem tak głębokim, że sama czułam się przy niej jak zakonnica. To był zwykły piątek — pizza, wino, śmiechy. Tylko że tym razem coś zgrzytało. Złapałam jej spojrzenie, kiedy nachylała się po kieliszek. Patrzyła nie na mnie, nie na stół, tylko prosto na klatkę mojego męża. Jakby kalkulowała coś sobie.

— Fajnie tu macie, tak domowo — powiedziała, siadając tuż obok Wojtka, choć miejsca było naprawdę sporo.

— No, w końcu to nasz dom — odpowiedziałam z uśmiechem, ale żołądek dziwnie mi się skręcił.

— Wojtek, ty sam robiłeś tę deskę? — zapytała, wskazując na drewnianą tacę, którą mój mąż wystrugał tydzień wcześniej.

— Tak, lubię takie rzeczy dłubać po pracy — odpowiedział z dumą.

— Wow, złota rączka… — Mrugnęła do niego.

— Agnieszka, a ty nie masz chłopaka? – zapytałam niby mimochodem, dolewając wina.

— A po co mi chłopak, jak mogę przyjść do was na kolację?

Zaśmiała się, a Wojtek tylko spuścił wzrok i sięgnął po ser. W tej chwili pierwszy raz poczułam niepokój. Jakby ktoś nieproszony, ale uśmiechnięty, wślizgnął się do naszego życia.

Tylko się uśmiechnął

Późne wieczory z winem stały się jakimś niepisanym rytuałem. Najpierw raz w miesiącu, potem co tydzień Agnieszka wpadała „na chwilę”, a zostawała do północy. Czasem Wojtek sam dzwonił do niej, żeby wpadła, bo, jak tłumaczył, „ona tak dobrze rozładowuje atmosferę”. A ja siedziałam między nimi, patrzyłam, jak wymieniają spojrzenia, jak śmieją się z żartów, których nie rozumiem, jak ona co chwilę dotyka jego ramienia, niby odruchowo.

Dobrze się was słucha — rzuciła któregoś wieczoru, kiedy z Wojtkiem dyskutowaliśmy o remoncie łazienki. — Jesteście jak zgrany duet.

— Jesteśmy małżeństwem — przypomniałam jej cicho, zerkając na zegarek.

— No tak, no tak… — westchnęła i upiła łyk wina. — Przepraszam, że się wtrącam, po prostu... fajnie się patrzy, jak ludzie się rozumieją.

Wojtek tylko się uśmiechnął. Widziałam ten uśmiech — lekko zawstydzony, ale też zadowolony. Jakby mu schlebiało to zainteresowanie. I może właśnie wtedy coś we mnie pękło. Bo zaczęłam się zastanawiać, czy to jeszcze przyjaźń, czy już taniec wokół zakazanych granic. I ile trzeba wypić kieliszków, żeby przestać widzieć, że nie jest się już tylko gościem.

Patrzyłam na nich

W sobotę byliśmy zaproszeni do znajomych, ale Agnieszka wpadła wcześniej „na chwilę, tylko na kawę”. Przyszła wystrojona tak, jakby zaraz miała iść na randkę: krótka spódniczka, bluzka na ramiączkach, błyszczyk, który zostawał na kubku. Wojtek jeszcze się szykował, a ja parzyłam kawę w kuchni, kiedy weszła i niemal śpiewająco rzuciła:

— Twój mąż to przystojniak, nie dziwię się, że go tak pilnujesz.

Nie odpowiedziałam. Spojrzałam na nią dłużej niż zwykle, próbując wyczytać coś z tej jej beztroskiej miny. Uśmiechała się jakby nigdy nic. Zero wstydu, zero dystansu. Wyszła z kuchni, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Z salonu słyszałam jej głos, śmiech, jak flirtuje z Wojtkiem.

— O, elegancik z ciebie! — zachichotała. — Nieźle wyglądasz w tej koszuli, naprawdę…

— Dzięki… — odpowiedział. Krótko, ale cicho. Zbyt cicho.

Weszłam do salonu i stanęłam w progu. Patrzyłam na nich, jak ona nachyla się za blisko, jak dotyka jego ręki, jakby to było normalne.

— Agnieszka, ty idziesz z nami czy tylko tak na pokaz? — zapytałam ostro.

Spojrzała na mnie zaskoczona. Potem się uśmiechnęła.

— Nie, nie… wy sobie idźcie. Ja tylko wpadłam na chwilę.

Tylko że ta chwilowa obecność zostawiała coraz trwalszy ślad.

To nie był przypadek

Organizowałam Wojtkowi urodziny w domu. Było kameralnie: kilka bliskich osób, ciasto, wino, grill w ogrodzie. Agnieszka oczywiście też była. Przyszła wcześniej, przyniosła prezent zapakowany z przesadną starannością i butelkę whisky „dla jubilata”. Oczywiście tylko dla niego. Nie dla nas. Dla niego.

— Otwórz teraz — poprosiła, wciskając mu w dłonie paczkę.

Wojtek rozerwał papier. W środku leżała elegancka bransoletka skórzana z metalową blaszką. Na niej wygrawerowane: „Nie zapomnij być szczęśliwym”.

Ładne — powiedział niepewnie, a ja zamarłam.

Znałam tę sentencję. To był cytat z filmu, który oglądali razem, gdy mnie nie było. Miałam o to wtedy lekkie pretensje, ale przeszłam nad tym do porządku dziennego. Teraz zrozumiałam, że to nie był przypadek. To był symbol. Pamiątka. Przypomnienie.

— Wow, bardzo… osobiste — rzuciłam chłodno.

— No co? — odpowiedziała. — Myślałam, że mu się spodoba. Przecież to tylko prezent, spokojnie.

Wszyscy udawali, że nic się nie dzieje, ale ja nie udawałam. Cały wieczór obserwowałam jej ruchy, jej gesty, jej spojrzenia. Nie zachowywała się jak koleżanka. Zachowywała się jak kobieta, która właśnie zaznaczyła teren. A mój mąż... nie ściągnął tej bransoletki do końca wieczoru.

Oboje podskoczyli

Kilka dni po urodzinach wróciłam wcześniej z pracy. Nie uprzedzałam Wojtka, nie miałam powodu. Weszłam do mieszkania i od razu usłyszałam śmiech. Cichy, kobiecy. Zdjęłam buty powoli, wstrzymując oddech. Kuchnia była pusta, salon też. Dźwięki dochodziły z balkonu. Podeszłam cicho. Odsłoniłam firankę i zobaczyłam ich, Agnieszkę i mojego męża, siedzących blisko, z dwoma kieliszkami. Jej dłoń na jego kolanie. Jego ręka w powietrzu, jakby przed chwilą ją zdjął.

— Ty jesteś niemożliwa — powiedział, śmiejąc się.

— Lubię, jak się śmiejesz — odpowiedziała miękko. — Wiesz, że miło tu z tobą?

Zatrzasnęłam drzwi balkonowe z takim hukiem, że oboje podskoczyli. Agnieszka zerwała się na równe nogi.

— O, cześć, ty już w domu? – udawała zaskoczenie.

— Wychodzisz – powiedziałam chłodno, patrząc jej prosto w oczy. — Teraz.

Wojtek nie powiedział nic. Stał jak słup soli. Agnieszka zawahała się, potem złapała torebkę i bez słowa przeszła obok mnie. Zanim zamknęły się za nią drzwi, odwróciła się.

— Nie bądź zazdrosna o coś, czego nie potrafisz przypilnować — rzuciła cicho.

Trzasnęłam drzwiami tak mocno, że echo dudniło mi w klatce piersiowej. A Wojtek nadal milczał. I to bolało mnie najbardziej.

Agnieszka zniknęła

Wojtek próbował coś tłumaczyć. Że to nic nie znaczyło, że przesadzam, że ona taka już jest: wesoła, otwarta, zgrywuska. Nie wierzyłam w ani jedno słowo. Może wcześniej bym uwierzyła, ale nie po tej bransoletce, nie po tym, co usłyszałam na balkonie. Mężczyzna, który kocha i szanuje swoją żonę, nie pozwala, by inna kobieta mówiła do niego takim tonem. I nie milczy, gdy ta kobieta obraża jego żonę w jej własnym domu.

Przez tydzień spaliśmy osobno. Ja nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy, on nie miał odwagi niczego naprawiać. Cisza rosła między nami jak mur. Potem zaproponował terapię. Zgodziłam się, ale z każdej kolejnej sesji wracałam bardziej zmęczona niż przed. Bo prawda była taka, że nie chodziło tylko o Agnieszkę. Chodziło o nas. O to, że przez miesiące nie zauważyłam, jak coś się między nami kończy. A on, zamiast walczyć — pozwolił się adorować.

Agnieszka zniknęła. Pewnie znalazła nową parę, nowe małżeństwo do testowania. Nie interesowało mnie to już. Z Wojtkiem zamieszkaliśmy osobno. Potrzebuję przestrzeni, żeby zrozumieć, czy zaufanie, które pękło, można jeszcze posklejać. Bo czasem to nie zdrada boli najbardziej. Czasem najbardziej boli to, że ktoś pozwolił się adorować. I nawet nie próbował cię przed tym ochronić.

Iwona, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama