„Przyjaciółka była moim wsparciem, gdy w małżeństwie wiało chłodem. Nie wiedziałam, że knuje za moimi plecami”
„Kryzys pogłębiał się z każdym miesiącem. Sebastian stał się dla mnie obcym człowiekiem. Nasze rozmowy ograniczały się do logistyki: kto zrobi zakupy, kto zapłaci rachunki. Brakowało bliskości, intymności, a nawet zwykłego uśmiechu przy porannej kawie. Czułam się potwornie samotna, a jedynym jasnym punktem była Kasia. Spotykałyśmy się prawie codziennie”.

Myślałam, że mam w życiu dwa filary, na których opiera się cała moja egzystencja. Męża, któremu ślubowałam miłość i wierność, oraz przyjaciółkę, która była dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam. Gdy mój świat się chwiał, ona podawała mi rękę. Gdy Sebastian ranił mnie swoim chłodem, ona ocierała łzy i tłumaczyła, że zasługuję na więcej. Byłam tak wdzięczna za jej obecność, za każdą godzinę spędzoną na analizowaniu moich małżeńskich problemów. Nie zauważyłam tylko jednego, przerażającego szczegółu: to ona podawała mu amunicję, którą do mnie strzelał, a potem z troskliwym uśmiechem na ustach patrzyła, jak odpływają ze mnie resztki zaufania.
Słuchałam jej jak wyroczni
Z Kasią znałyśmy się od czasów studiów, ale nasza relacja nabrała intensywności dopiero w ostatnich dwóch latach — dokładnie wtedy, gdy w moim małżeństwie z Sebastianem coś zaczęło się psuć. To był ten rodzaj przyjaźni, który wydaje się darem od losu. Kasia była singielką z wyboru, kobietą niezależną, zawsze zadbaną i pachnącą drogimi perfumami. Ja, zmagająca się z rutyną pięcioletniego stażu małżeńskiego i pracą w dziale księgowości, często czułam się przy niej jak szara myszka. Ale ona nigdy nie dawała mi tego odczuć. Wręcz przeciwnie: stawiała mnie na piedestale.
Pamiętam jedno z tych popołudni, kiedy siedziałyśmy w jej minimalistycznie urządzonym salonie. Płakałam, bo Sebastian znów zapomniał o naszej rocznicy pierwszej randki. Dla mnie to była data święta, dla niego kolejny dzień w kalendarzu, który przeminął między jednym spotkaniem biznesowym a drugim.
— On cię nie docenia, Wiola — powiedziała wtedy Kasia, podając mi filiżankę gorącej herbaty z imbirem. Jej głos był miękki, kojący, ale w jej oczach czaiło się coś twardego, jakaś dziwna determinacja. — Jesteś wspaniałą kobietą. Dbasz o dom, pracujesz, starasz się. A on? Traktuje dom jak hotel. Nie powinnaś na to pozwalać.
— Ale on ma teraz ciężki projekt w firmie — próbowałam go bronić, choć w głębi duszy czułam, że ona ma rację. — Jest zmęczony.
— Zmęczenie nie usprawiedliwia braku szacunku — ucięła krótko. — Musisz być twardsza. Przestań mu gotować obiady, przestań prać jego koszule. Niech poczuje, co traci. Jeśli teraz nie postawisz granicy, on wejdzie ci na głowę.
Słuchałam jej jak wyroczni. Kasia zawsze wiedziała, co powiedzieć. Znała psychologię, czytała mnóstwo poradników, wydawała się ekspertką od relacji damsko-męskich, mimo że sama nikogo nie miała. Wierzyłam, że jej rady wynikają z troski o mnie. Zaczęłam stosować jej taktykę „zimnego chowu”. Gdy Sebastian wracał do domu, zamiast ciepłego powitania, zastawał chłód i ciszę. Efekt był natychmiastowy, ale odwrotny od zamierzonego. Zamiast zabiegać o mnie, mąż wycofywał się jeszcze bardziej. Zostawał w pracy dłużej, a gdy wracał, zamykał się w gabinecie. Każdy taki wieczór kończył się moim telefonem do Kasi.
— Widzisz? — mówiła do słuchawki. — To dowód na to, że on nie chce walczyć. Ale ty się nie łam. Wytrzymaj. Musisz mu pokazać, że jesteś silna.
Nie wiedziałam wtedy, że każda moja awantura z mężem, każdy cichy dzień, każda scena zazdrości, którą urządzałam za namową przyjaciółki, pchała go prosto w ramiona kogoś innego. Kogoś, kto w przeciwieństwie do mnie, witał go zrozumieniem i ciepłem.
Czułam się taka wdzięczna
Kryzys pogłębiał się z każdym miesiącem. Sebastian stał się dla mnie obcym człowiekiem. Nasze rozmowy ograniczały się do logistyki: kto zrobi zakupy, kto zapłaci rachunki. Brakowało bliskości, intymności, a nawet zwykłego uśmiechu przy porannej kawie. Czułam się potwornie samotna, a jedynym jasnym punktem była Kasia. Spotykałyśmy się prawie codziennie. Opowiadałam jej o każdym grymasie Sebastiana, o każdym jego rzuconym w pośpiechu słowie. Rozbierałyśmy jego zachowanie na czynniki pierwsze.
— Zauważyłaś, że ostatnio częściej wyjeżdża w delegacje? — zapytała pewnego dnia, gdy spacerowałyśmy po parku.
Zacisnęłam dłonie na pasku torebki. Oczywiście, że zauważyłam. Dwa razy w miesiącu znikał na weekendy, tłumacząc się szkoleniami lub spotkaniami z kluczowymi klientami na drugim końcu Polski.
— Myślisz, że... kogoś ma? — wyszeptałam, bojąc się wypowiedzieć te słowa na głos.
Kasia westchnęła ciężko i objęła mnie ramieniem.
— Nie chcę cię martwić, kochana, ale faceci w jego wieku, z taką pozycją... To klasyczny schemat. Żona, która mu się znudziła, w domu, ekscytacja poza nim. Musisz być czujna. Sprawdzałaś jego telefon?
Pokręciłam głową. Brzydziłam się szpiegowaniem. Uważałam, że to poniżej mojej godności.
— Błąd — stwierdziła Kasia. — Zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza. Jeśli on cię zdradza, musisz wiedzieć. Nie możesz dać się robić w balona.
Ziarno niepewności, które zasiała, wykiełkowało błyskawicznie. Zaczęłam podejrzewać każdą kobietę z otoczenia Sebastiana. Jego asystentkę, koleżanki z działu marketingu, nawet sąsiadkę. Stałam się nerwowa, drażliwa. Kiedy Sebastian wracał do domu, zamiast pytać o jego dzień, zaczynałam przesłuchanie.
— Gdzie byłeś? Dlaczego nie odbierałeś? Kto dzwonił?
On patrzył na mnie tym swoim zmęczonym wzrokiem i tylko kręcił głową.
— Zwariowałaś, Wioleta. Naprawdę zwariowałaś — mówił i wychodził.
Biegłam wtedy do Kasi, a ona głaskała mnie po głowie i mówiła:
— To typowe. Robi z ciebie wariatkę, żeby ukryć prawdę. To się nazywa gaslighting. Nie daj się.
Czułam się taka wdzięczna, że mam kogoś, kto mnie rozumie. Kogoś, kto nazywa rzeczy po imieniu. Nie widziałam, że Kasia systematycznie, cegła po cegle, burzy resztki mojego małżeństwa. Że tworzy narrację, w której Sebastian jest potworem, a ja ofiarą, która musi się bronić. A najlepszą obroną był atak, bo ten ostatecznie niszczył wszystko.
To nie był naszyjnik
Przełom nastąpił w listopadzie. Zbliżały się moje trzydzieste czwarte urodziny. Mimo chłodu między nami, miałam cichą nadzieję, że Sebastian się postara. Że może ten dzień będzie okazją do rozejmu. Tydzień przed urodzinami, robiąc pranie, znalazłam w kieszeni jego marynarki paragon. Zazwyczaj nie sprawdzałam kieszeni, ale tym razem szukałam drobnych na parkometr. Wyciągnęłam pomięty kawałek papieru. To był rachunek z ekskluzywnego salonu jubilerskiego w centrum miasta. Data z wczoraj. Kwota była zawrotna — prawie trzy tysiące złotych. Na dole widniała nazwa produktu: „Naszyjnik Złota Rosa”.
Serce podskoczyło mi do gardła. A więc jednak! Pamiętał. Chciał mnie przeprosić, chciał naprawić to, co zepsuliśmy. Cała moja złość wyparowała. Pomyślałam, że może Kasia się myliła, że może zbyt surowo go oceniałyśmy. Może on po prostu nie umiał okazywać uczuć słowami i musiał zrobić to gestem. Schowałam paragon z powrotem, uśmiechając się do siebie. Przez następny tydzień chodziłam cała w skowronkach. Byłam dla Sebastiana milsza, ugotowałam jego ulubione danie makaronowe, nie pytałam o spóźnienia. On wydawał się zaskoczony moją zmianą nastroju, ale przyjmował to z ulgą.
W dniu urodzin obudziłam się pełna ekscytacji. Czekałam na wieczór. Sebastian wrócił z pracy z bukietem kwiatów i małym pudełkiem. Ręce mi drżały, gdy rozwiązywałam wstążkę. Oczami wyobraźni widziałam już ten złoty naszyjnik, symbol naszego nowego początku. Otworzyłam wieczko. W środku leżał zegarek. Sportowy, praktyczny smartwatch, o którym kiedyś wspomniałam, że przydałby mi się na siłownię. Zamarłam. To nie był naszyjnik. To był zegarek za ułamek kwoty z paragonu.
— Nie podoba ci się? — zapytał Sebastian, widząc moją minę.
— Jest... świetny. Dziękuję — wydukałam, czując, jak łzy cisną mi się do oczu. Nie z radości, a z rozczarowania i nagłego, paraliżującego strachu.
Jeśli naszyjnik nie był dla mnie, to dla kogo? Następnego dnia rano zadzwoniłam do Kasi. Musiałam się z nią spotkać. Musiałam jej powiedzieć, że miała rację. Że jest inna kobieta. Że znalazłam dowód zakupu prezentu, którego nie dostałam.
— Wpadnij do mnie po pracy — powiedziała szybko. — Kupię wino, pogadamy. Biedna ty moja...
Leżeli w łóżku
Pojechałam do niej prosto z biura. Miałam zapasowe klucze do jej mieszkania, bo często podlewałam jej kwiaty, gdy wyjeżdżała. Tym razem jednak nie użyłam ich od razu, bo wiedziałam, że jest w domu. Zadzwoniłam domofonem, ale nikt nie odebrał. Dziwne. Umówiłyśmy się przecież. Spróbowałam zadzwonić na jej komórkę — nie odbierała. Zaniepokojona, że może coś się stało, weszłam na górę i otworzyłam drzwi swoim kompletem kluczy. W mieszkaniu panowała cisza, ale w powietrzu unosił się zapach, który znałam aż za dobrze. To była woda po goleniu Sebastiana. Specyficzna, z nutą drzewa sandałowego, którą kupowałam mu na każde święta.
Zatrzymałam się w przedpokoju. Może mi się wydawało? Może obsesja zaszła już tak daleko, że czuję jego zapach wszędzie? Wtedy usłyszałam śmiech. Dobiegł z sypialni. To był śmiech Kasi — perlisty, swobodny, taki, jakim śmiała się, gdy opowiadała mi o swoich rzekomych randkach z nieznajomymi z internetu. A potem usłyszałam głos mężczyzny:
— Przestań, to łaskocze.
Świat zawirował. Upuściłam torebkę na podłogę. Huk uderzenia o parkiet sprawił, że śmiechy w sypialni ucichły.
— Kto tam? — zawołała Kasia, a w jej głosie usłyszałam nutę paniki.
Nie odpowiedziałam. Podeszłam do drzwi sypialni, które były lekko uchylone. Pchnęłam je dłonią, która wydawała się nie należeć do mnie. Leżeli w łóżku. Kasia w jedwabnym szlafroku, który lekko zsunął się z jej ramienia. I on. Mój mąż. Sebastian. Bez koszuli, z włosami w nieładzie. Na szyi Kasi błyszczał złoty łańcuszek. Delikatny, misterny splot. Złota Rosa.
Zapadła cisza tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Patrzyli na mnie jak na ducha. Sebastian zbladł tak bardzo, że jego twarz zlała się z białą pościelą. Kasia natomiast... Kasia powoli naciągnęła szlafrok, a na jej twarzy pojawił się grymas, który nie był ani wstydem, ani skruchą. Zwykła irytacja.
— Wiola... — zaczął Sebastian, siadając gwałtownie na łóżku. — To nie tak...
— Nie tak? – Mój głos był dziwnie spokojny, lodowaty. — Nie tak, jak wygląda? Że mój mąż leży w łóżku z moją najlepszą przyjaciółką? Z kobietą, która wczoraj mówiła mi, że jestem dla ciebie za dobra?
Spojrzałam na Kasię. Ona nie spuściła wzroku. Wstała z łóżka, podeszła do toaletki i wzięła papierosa, choć wiedziałam, że pali tylko okazjonalnie.
— Wiedziałam, że w końcu się dowiesz — powiedziała, zapalając. — Może to i lepiej. Mam już dość tego ukrywania się.
— Jak mogłaś? — zapytałam, czując, ledwie mogąc złapać oddech. — Doradzałaś mi. Pocieszałaś mnie. Mówiłaś, jak mam go traktować.
Kasia wypuściła dym w moją stronę.
— Bo nie umiałaś go traktować, Wiola. Byłaś nudna. Wiecznie narzekająca, wiecznie zmęczona. Sebastian potrzebował kobiety, a nie matki-polki udręczonej życiem. Przychodziłaś do mnie, wylewałaś swoje żale, a ja widziałam, jak marnujesz faceta. Więc się nim zaopiekowałam.
Słowa uderzały we mnie jak kamienie. Każde zdanie było dowodem na to, jak bardzo byłam ślepa. To nie była zdrada pod wpływem impulsu. To była chłodna kalkulacja. Kasia systematycznie niszczyła mój związek, by zająć moje miejsce. Każda rada, bym była „twarda”, bym robiła awantury, miała na celu jedno — wypchnięcie Sebastiana z domu. Prosto do jej łóżka.
— Ty manipulowałaś wszystkim — szepnęłam. — Każdą naszą kłótnią.
— Po prostu przyspieszyłam to, co i tak by się stało — wzruszyła ramionami. — Sebastian od dawna nie był szczęśliwy. Prawda, kochanie?
Spojrzała na niego. Mój mąż siedział na brzegu łóżka ze spuszczoną głową. Nie odezwał się słowem. W tym momencie zrozumiałam, że on jest jeszcze większym tchórzem niż myślałam. Nie potrafił odejść, nie potrafił niczego naprawić, a dał się uwieść kobiecie, która znała wszystkie moje słabości, bo sama jej o nich powiedziałam.
— Ten naszyjnik. — Wskazałam na jej szyję. — Ładnie ci w nim. Pasuje do twojej fałszywej natury.
Odwróciłam się na pięcie. Sebastian zerwał się, jakby chciał za mną biec.
— Wiola, zaczekaj!
— Nie waż się za mną iść — syknęłam, nie oglądając się za siebie. — Zostań z nią. Zasługujecie na siebie. Oboje jesteście siebie warci.
Nie było powrotu
Wyszłam z tego mieszkania i dopiero na ulicy pozwoliłam sobie na płacz. Nie płakałam jednak za mężem. Płakałam nad swoją naiwnością. Nad godzinami spędzonymi na rozmowach z kobietą, która była moim katem w masce przyjaciela. Analizowałam wstecz każdą naszą rozmowę. Każdy moment, w którym Kasia subtelnie sugerowała, że Sebastian do mnie nie pasuje. Każde „zapomnij o nim”, każde „idź na wojnę”. To wszystko było grą.
Rozwód był szybki, choć bolesny. Sebastian próbował wracać, przepraszać. Twierdził, że Kasia go omotała, że to był błąd, że to ja jestem miłością jego życia. Ale ja nie mogłam patrzeć na niego bez obrzydzenia. Widziałam w nim człowieka, który omawiał nasze intymne problemy z moją przyjaciółką, a potem z nią sypiał. Nie było powrotu. Co do Kasi, ich „wielka miłość” nie przetrwała próby rzeczywistości.
Wioleta, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki mój mąż zrobił mi najlepszą niespodziankę i spakował walizki. Teraz świętuję tylko Dzień Singielki”
- „Na walentynki kupiłem mojej żonie bukiet róż, ale ona nimi wzgardziła. Zaniosłem je teściowej z 1 ważnego powodu”
- „Zapłaciłam 50 zł za luksusowego pączka w tłusty czwartek. Po pierwszym kęsie od razu go wyplułam”

