Reklama

Gdy życie odebrało mi Artura w ułamku sekundy podczas deszczowego wieczoru na trasie, wpadłam w totalną rozpacz. W tych najczarniejszych dniach mojego życia, niespodziewanie pojawił się Robert. Był wieloletnim współpracownikiem mojego męża, człowiekiem o aparycji twardziela i sercu, które wydawało się wykute z lodu. Jednak to on, jako jedyny, przeprowadził mnie przez gąszcz biurokracji i przytłaczających przygotowań do ostatniego pożegnania.

Bardzo mi wtedy pomógł

Dziwiło mnie, że jest tak chłodny – dzwonił krótko, instruował rzeczowo i nie pozwalał mi utonąć w histerii. Pamiętam, jak siedziałam w pustym salonie, otoczona papierami z ubezpieczalni, których nie potrafiłam zrozumieć. Robert przyjechał, usiadł w bezpiecznej odległości i zaczął segregować dokumenty. Nie zapytał: „Jak się czujesz?”, bo wiedział, że to najgłupsze pytanie na świecie. Zamiast tego podał mi czarną kawę i powiedział: „Podpisz tutaj, resztą ja się zajmę”. Ta szorstka troska była wtedy jedyną rzeczą, która trzymała mnie w pionie.

Robert nie zniknął, gdy trumna z moim mężem zniknęła pod ziemią. Jego obecność w moim życiu była jednak specyficzna – niemal całkowicie ograniczała się do sygnału połączenia przychodzącego na mój telefon. Potrafił wysłać mi informację o nowej partii opału w dobrej cenie albo o otwarciu serwisu samochodowego, który nie oszukuje.

Wielokrotnie próbowałam zaprosić go na herbatę czy domowy obiad, chcąc spłacić dług wdzięczności, ale zawsze znajdował wymówkę. „Mam audyt”, „Wyjeżdżam na szkolenie”, „Właśnie złapało mnie przeziębienie” – litania odmów była naprawdę długa. Czułam lekkie ukłucie odrzucenia, choć z drugiej strony obecność obcego mężczyzny przy stole, przy którym jeszcze niedawno siedział Artur, budziła we mnie paraliżujący lęk. Czy potrafiłabym znieść widok kogoś innego używającego jego ulubionego kubka? Robert zdawał się to rozumieć lepiej niż ja sama.

Mąż mi o nim opowiadał

Z opowieści męża wiedziałam, że Robert to typ samotnika, który nie reaguje na zainteresowanie kobiet. Artur żartował czasem, że on nie zna pojęcia „emocje” albo „uczucia”. Zdecydowanie bardziej wolał świat wykresów niż relacji i kontaktów międzyludzkich. Zapamiętałam te słowa, bo pasowały do tego milczącego faceta idealnie. Aż do pewnego wtorku, gdy dokładnie o wpół do szóstej rano, mój telefon rozświetlił komunikat, który rozbił ten obraz w pył.

Właśnie patrzę, jak słońce przecina horyzont. Szkoda, że nie patrzysz teraz w tę samą stronę co ja.

Niemal opuściłam telefon z wrażenia. Nie spodziewałam się od niego takich słów. Serce biło mi jak oszalałe. Dlaczego wysłał to do mnie? Dlaczego pisał w taki poetycki sposób? Ta krótka wiadomość była tak odległa od obrazu sztywnego, profesjonalnego Roberta, że poczułam się, jakbym czytała list od zupełnie obcej osoby. Po chwili jednak odpisałam z lekkością i dowcipem.

Przecież ja jeszcze walczę z poduszką! Gdzie niby podziwiasz te widoki?

Nie mogłam opanować narastającej ciekawości. Czekałam na znak aż do wieczora. „

To służbowy wyjazd w góry. Dni wypełniają mi nudne panele, ale wieczorem niebo tutaj płonie. Teraz patrzę na purpurowy zachód. Jest hipnotyzujący. Wygląda, jakby ktoś rozlał atrament na pomarańczowym jedwabiu.

Całkiem inny facet

Moje zdumienie rosło z każdym SMS-em. Robert, ten sam, który kwitował wszystko słowem „rozumiem”, nagle zaczął posługiwać się metaforami.

Znajdź chwilę na patrzenie na gwiazdy, podobno dzisiaj mają wyjątkowo jasno świecić.

Rzuciłam to pod natchnieniem, wychodząc na balkon. Noc była mroźna, a powietrze tak ostre, że każdy oddech sprawiał niemal fizyczny ból. Jednak nie mogłam wrócić do środka. Od śmierci Artura rzadko patrzyłam w górę. Teraz jednak ciemność nade mną zaczęła wypełniać się srebrnymi iskrami. W tej samej sekundzie telefon zawibrował w moich dłoniach.

Dziękuję za podpowiedź. Gwiazdy tutaj są tak blisko, że niemal można je dotknąć. Czuję się, jakbym stał na krawędzi świata.

Zrobiło mi się dziwnie lekko na sercu. Świadomość, że ktoś, kogo uważałam za emocjonalnego robota, siedzi teraz setki kilometrów stąd i gapi się w tę samą nieskończoną otchłań, była niespodziewanie kojąca. Już miałam wracać do ciepłego salonu, gdy nadeszła kolejna wiadomość. Sprawiła, że krew zaczęła szybciej pulsować mi w skroniach.

Zastanawiam się tylko, jak dajesz sobie radę w tej ciemności, skoro cały blask księżyca jest ze mną tu, na południu. Tutaj świeci tak mocno, że nie potrzebuję lampki przy łóżku.

Uśmiechnęłam się pod nosem, co było pierwszym szczerym uśmiechem od miesięcy. Przeszłam do sypialni, by spojrzeć przez okno. I rzeczywiście – wielka, srebrna tarcza wisiała tuż nad linią lasu, oświetlając moje puste podwórko. Czułam, jak ogarnia mnie dziecięca radość z tej absurdalnej licytacji na niebiańskie zjawiska.

Nie przestawałam o nim myśleć

Tej nocy moje myśli krążyły wokół nowej twarzy Roberta. Przez kolejne tygodnie Robert wysyłał mi krótkie wiadomości o świcie i późną nocą. Raz było to zdjęcie oszronionej pajęczyny, innym razem opis mgły, która wedle jego słów „pożerała miasto kawałek po kawałku”. Ja odpisywałam mu opisami pierwszych wiosennych pąków na moich zaniedbanych krzewach. Nigdy do siebie nie dzwoniliśmy. To była taka nasza cicha umowa – głos mógłby zepsuć to kruche porozumienie dusz, które między sobą zbudowaliśmy.

Nasz kontakt stał się dla mnie bezpiecznym i spokojnym oparciem. Pisaliśmy o barwach nieba i płatkach śniegu, a między wierszami iskrzyło coś, czego nie potrafiłam nazwać. Czułam, że ten człowiek staje mi się bliższy niż ktokolwiek inny. Znałam jego skryte myśli, ale nie wiedziałam, jaki ma wyraz twarzy, gdy się śmieje. W końcu zaprosiłam go ponownie na kolację. Tym razem nie szukał wymówki.

Gdy stanął w progu mojego domu, poczułam potężny dysonans. Wrócił „stary” Robert – w nienagannie wyprasowanej koszuli, z napiętą twarzą i wzrokiem unikającym od moich oczu. Ja też byłam kłębkiem nerwów. Moje ręce drżały tak bardzo, że ledwo nalałam wino. Kolacja przypominała katastrofę. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie w jadalni, a Robert mamrotał coś o statystykach sprzedaży. Ja szczebiotałam jak nastolatka, chichotałam bez powodu, a potem zapadałam w martwą ciszę. Potłukłam talerz, rozsypałam sól, a on tylko coraz bardziej sztywniał. Cisza była ciężka jak ołów. Czułam, że popełniłam błąd – ten „mój” Robert istniał tylko w telefonie.

Wszystko się zmieniło

Gdy wstałam, by sprzątnąć nakrycia ze stołu, Robert nagle gwałtownie wstał i złapał mnie za nadgarstek. Spojrzałam na niego i po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach to, co czytałam w jego wiadomościach – bezbrzeżny smutek wymieszany z ogromną nadzieją. To nie był romantyczny film. To była desperacka, niemal bolesna potrzeba bliskości dwóch poturbowanych dusz.

Kochałam się z przyjacielem zmarłego męża w absolutnej ciszy. Dopiero znacznie później, w półmroku sypialni, Robert zdecydował się na szczerość i nieoczekiwane wyznanie.

– Zawsze mu ciebie zazdrościłem. Czułem się przez to jak najgorszy człowiek na świecie – wyznał cicho. – Po wypadku chciałem zniknąć, by nie patrzeć na twój ból. Ale nie potrafiłem cię zostawić samej. Te SMS-y… to była moja jedyna droga do ciebie. Wiedziałem, że Arturowi już nie zaszkodzę. A Ty mogłaś po prostu je skasować”.

– Nie mogłam ich skasować. One były jak lina ratunkowa. Trzymały mnie przy życiu – szepnęłam, gładząc go po ramieniu. – Stworzyłeś dla mnie inny świat, mogłam się oderwać od rzeczywistości, w której byłam tylko samotną i smutną wdową.

Wtedy Robert sięgnął po swój telefon i wystukał coś szybko na klawiaturze. Mój telefon leżący obok zawibrował. Spojrzałam na ekran. Trzy słowa:

– Jesteś dla mnie wszystkim.

Dziś tworzymy relację na własnych zasadach. Nie mieszkamy razem, mimo że minął już rok od tej przełomowej nocy. Szacunek do przeszłości i skomplikowana natura Roberta wymagają od nas tej przestrzeni. Robert wciąż często podróżuje, a ja wciąż dostaję zdjęcia wschodów słońca. Wtedy wychodzę na balkon, patrzę w tę samą stronę i czuję, że choć nie trzymamy się w danej chwili za ręce, nigdy nie byłam bliżej drugiego człowieka. Nasza miłość nie potrzebuje codziennej obecności; karmi się tymi krótkimi błyskami na ekranie, które mówią:

– Widzę to samo piękno, co ty.

Marta, 47 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama