Reklama

Miałem trzydzieści sześć lat i przekonanie, że właśnie zaczynam najważniejszy etap w życiu. Kredyt podpisany, mieszkanie z rynku wtórnego kupione – stare, z odpadającą farbą i skrzypiącą podłogą, ale „z potencjałem”, jak powtarzałem teściom. Karolina patrzyła na mnie z nadzieją i niepokojem, a ja czułem, że muszę udowodnić wszystkim, że potrafię zadbać o rodzinę. Wtedy pojawił się Igor i jego „sprawdzona ekipa”.

Wszystko było „na słowo”

Kierownik ekipy remontowej, Igor wszedł do mieszkania pewnym krokiem, jakby to już było jego miejsce. Rozejrzał się, cmoknął z uznaniem.

– Potencjał jest. Zrobimy z tego perełkę – powiedział, klepiąc mnie po ramieniu. – Tylko trzeba działać szybko. Czas to pieniądz.

Mówił konkretnie. Pokazał w telefonie zdjęcia rzekomych realizacji. Nowoczesne kuchnie, jasne łazienki, równe ściany. Karolina stała obok mnie z założonymi rękami.

A umowa? – zapytała spokojnie.

Igor uśmiechnął się szeroko.

– Pani Karolino, my działamy z polecenia. Umowy to formalność, to tylko wydłuża termin. Lepiej dogadać się po ludzku.

Spojrzałem na żonę znacząco.

– Nie przesadzajmy. Skoro Marek z pracy ich polecał…

Widziałem, że nie jest przekonana, ale skinęła głową. Chciałem zamknąć temat. Chciałem decydować o takich sprawach. Zaliczka była wysoka. Kiedy wyciągałem gotówkę, ręce lekko mi drżały, ale Igor nawet nie zaproponował pokwitowania.

– Spokojnie, wszystko mamy w głowie. Zaufanie to podstawa – rzucił.

Powiedziałem sobie, że tak właśnie działają fachowcy. Bez zbędnej papierologii.

Pierwsze dni były imponujące. Huk młotów odbijał się echem po klatce schodowej. Ściany znikały, płytki odpadały, podłoga została zerwana do gołego betonu. Mieszkanie w kilka dni przestało przypominać to, które kupiliśmy.

– To na pewno musi tak wyglądać? – zapytała Karolina, stojąc w progu i patrząc na wystające kable.

– To etap przejściowy – odpowiedziałem szybciej, niż zdążyłem pomyśleć. – Nie znasz się na tym.

Zauważyłem, jak zesztywniała.

– Nie muszę się znać. Chcę tylko wiedzieć, czy ktoś nad tym panuje.

Panuje. To słowo zaczęło mnie drażnić.

Robotnicy coraz częściej kończyli pracę przed czasem. Tłumaczyli się dostawami, innymi zleceniami. Igor bywał na miejscu rzadko, zawsze był w biegu.

– Damian, ta instalacja w łazience jest krzywo – powiedziała któregoś dnia Karolina. – Zobacz.

Spojrzałem. Rura rzeczywiście nie szła idealnie prosto.

– Nie przesadzaj. To zostanie zakryte.

Chodzi o zasadę – odparła cicho. – Prosiłam o umowę.

Zacisnąłem szczękę. Sam chciałem to kontrolować.

– Czy ty zawsze musisz podważać moje decyzje?

– Nie podważam. Martwię się.

To „martwię się” zabrzmiało jak zarzut. Poczułem, jak coś we mnie się spina. Nie mogłem przyznać, że sam zaczynałem mieć wątpliwości. Kiedy Igor kolejny raz nie odbierał telefonu przez pół dnia, sam tłumaczyłem go przed Karoliną.

Ma pewnie inne remonty. Nie jesteśmy jedyni.

Wieczorami przeglądałem w myślach każdy etap prac. Szukałem potwierdzenia, że wszystko jest w porządku. Ale im bardziej próbowałem się uspokoić, tym częściej łapałem się na tym, że unikam patrzenia na chaos w mieszkaniu.

Pewnego popołudnia weszliśmy tam razem. Kurz unosił się w powietrzu, w kuchni leżały porozrzucane narzędzia, choć nikogo nie było na miejscu.

Mieli być dziś do siedemnastej – powiedziała Karolina.

Spojrzałem na zegarek. Była szesnasta.

– Może zaraz wrócą.

Nie wrócili. Wtedy po raz pierwszy poczułem ukłucie, którego nie potrafiłem nazwać. To nie był jeszcze strach. Raczej rysa na obrazie, który tak starannie budowałem – że mam kontrolę, że wiem, co robię. Karolina stała przy oknie i patrzyła na podwórko.

– Damian… jeśli coś pójdzie nie tak, nie dam rady tego udźwignąć sama.

Odwróciłem się gwałtownie.

– Nic nie pójdzie nie tak.

Powiedziałem to z taką stanowczością, jakbym chciał przekonać przede wszystkim siebie.

Ulotnił się jak kamfora

W poniedziałek przyjechałem do mieszkania przed pracą. Cisza była nienaturalna. Drzwi otworzyłem własnym kluczem, choć zwykle ktoś był już w środku. Kurz opadł, narzędzi nie było. Zniknęła nawet skrzynka z kablami, którą widziałem w piątek. Wyciągnąłem telefon.

– Igor, gdzie jesteście? – nagrałem się na pocztę głosową. – Mieliście dziś kończyć łazienkę.

Nie oddzwonił. O jedenastej próbowałem ponownie. Potem jeszcze raz. Po południu numer był już niedostępny.

Karolina patrzyła na mnie bez słowa, kiedy wróciłem do domu.

– I co? – zapytała w końcu.

Pewnie mają opóźnienie – sam słyszałem, jak pusto to brzmi.

Następnego dnia pojechałem pod adres firmy z wizytówki Igora. Kamienica w centrum, obdrapana brama, na domofonie żadnej tabliczki z nazwą jego działalności. Starsza kobieta podlewała kwiaty na parapecie.

– Przepraszam, firma remontowa „Solid-Bud” to tutaj? – zapytałem.

Spojrzała na mnie zaskoczona.

– Panie, tu od lat nic takiego tu nie było.

Wtedy coś we mnie opadło. Nie gwałtownie. Raczej powoli, jakby powietrze schodziło z przebitego koła.

W remontowanym mieszkaniu czekał na mnie obraz, którego nie chciałem widzieć. Wyrwane przewody wisiały ze ścian, łazienka była rozebrana do gołego betonu. W jednym miejscu kapała woda. Podstawiłem wiadro, choć wiedziałem, że to nie rozwiązuje problemu.

Kosztorys nowej ekipy, którą wezwałem niemal w panice, był bezlitosny.

– To trzeba zacząć od początku – powiedział mężczyzna, przeglądając instalację. – Kto to panu robił?

Nie odpowiedziałem. Nie miałem siły.

Wieczorem usiedliśmy z Karoliną przy kuchennym stole w małym, wynajmowanym mieszkaniu. Między nami leżały kartki z wyliczeniami.

Nie wystarczy nam – powiedziała cicho. – Nawet jeśli wykorzystamy wszystkie oszczędności.

– Znajdę sposób.

– Jaki? – spojrzała na mnie. – Damian, oddałeś im większość pieniędzy. Bez umowy. Bez żadnego potwierdzenia.

– Myślisz, że nie wiem? – podniosłem głos. Byłem wściekły na siebie.

Zamilkła na moment, a potem jej oczy się zaszkliły.

Ostrzegałam cię.

Te dwa słowa zabolały bardziej niż wszystko inne. Nie dlatego, że były nieprawdziwe. Właśnie dlatego, że musiała to powiedzieć.

Zawsze musisz mieć rację – wyrzuciła z siebie. – Nawet kiedy chodzi o nasze bezpieczeństwo.

– Chciałem dobrze! – uderzyłem dłonią w stół. – Chciałem, żebyśmy wreszcie mieli coś swojego. Żeby twój ojciec przestał patrzeć na mnie jak na chłopaka, który sobie nie radzi.

Zapadła cisza.

– Tu nie chodzi o mojego ojca – powiedziała po chwili. – Tylko o nas.

Nie spałem tej nocy. Leżałem i wpatrywałem się w sufit, próbując cofnąć czas o kilka tygodni. Wystarczyłaby jedna decyzja – podpis, przelew na konto zamiast gotówki, zwykłe „sprawdźmy ich”. Ale zamiast tego wybrałem wrażenie, że kontroluję sytuację.

Kiedy następnego dnia zgłosiłem sprawę na policję, usłyszałem coś, co odebrało mi resztki nadziei.

Podobnych zgłoszeń jest więcej – powiedział funkcjonariusz. – Działali pod różnymi nazwiskami. Odzyskanie pieniędzy może być trudne.

Wyszedłem z budynku z dokumentem w ręku i poczuciem, że zawiodłem. Nie tylko jako inwestor. Jako mąż. W domu Karolina siedziała na kanapie, trzymając w dłoniach zdjęcie naszego mieszkania sprzed remontu.

– I co teraz? – zapytała.

Nie miałem odpowiedzi.

Wróciliśmy do punktu wyjścia

Decyzja o przeprowadzce do rodziców Karoliny zapadła szybciej, niż byłem gotów ją przyjąć. Wynajem zaczynał nas przerastać, a mieszkanie stało rozgrzebane jak niedokończona obietnica. Spakowaliśmy rzeczy w milczeniu. Nasza kilkuletnia córka pytała, czy to na długo.

– Na chwilę, kochanie – odpowiedziała Karolina, unikając mojego wzroku.

Dom teściów pachniał pastą do mebli i poranną kawą. Wszystko miało tu swoje miejsce. Tylko ja nie. Teść otworzył nam drzwi.

– No, wprowadzajcie się – powiedział bez uśmiechu. – Oby nie na długo.

Wniosłem walizki do pokoju, który kiedyś należał do Karoliny. Na ścianie wisiały jej zdjęcia z liceum. Patrzyłem na nie i czułem się jak intruz w czyjejś historii.

Pierwsze dni upłynęły pod znakiem uprzejmości. Teściowa, Bożena stawiała na stole dodatkowe talerze, pytała, czy czegoś mi nie potrzeba. Teść, Wojtek obserwował. Przy śniadaniu odchrząknął.

I co z tą waszą ekipą? – zapytał, smarując chleb masłem.

– Sprawa została zgłoszona – odpowiedziałem krótko.

Trzeba było od razu spisać umowę – dodał, jakby mówił o pogodzie.

Karolina wbiła wzrok w kubek.

– Tato…

– Co, tato? – przerwał jej. – Ja tylko mówię, że dorosły człowiek powinien przewidywać skutki swoich decyzji.

Poczułem, jak kark robi mi się sztywny.

Nie cofnę tego – powiedziałem spokojniej, niż się czułem. – Szukam dodatkowej pracy. Wyjdziemy z tego.

Teść spojrzał na mnie uważnie.

Oby.

Te krótkie wymiany zdań zostawały ze mną na cały dzień. W pracy myliłem liczby, zapominałem o spotkaniach. Wieczorem wracałem do domu, w którym każdy mój ruch wydawał się oceniany.

Najgorsze były drobiazgi. To, że teść poprawiał po mnie talerze w zmywarce. Że komentował wiadomości w telewizji słowami: „Trzeba myśleć, zanim się coś zrobi”. Przy dziecku mówił: „Dziadek zawsze sprawdza dwa razy”.

Karolina była rozdarta. Widziałem to w jej spojrzeniach. Gdy ojciec zaczynał swoje uwagi, milczała. A kiedy zostawaliśmy sami, mówiła szeptem:

On się martwi.

– A ty? – zapytałem któregoś wieczoru.

Zawahała się.

Ja też.

Te dwa słowa bolały bardziej niż krytyka teścia. W jej głosie nie było złości. Było zwątpienie. Zacząłem zamykać się w sobie. Dłużej siedziałem w pracy, przeglądałem ogłoszenia o zleceniach po godzinach. W domu unikałem rozmów. Przy kolacji skupiałem się na talerzu, jakby odpowiedzi można było znaleźć między okruszkami.

Pewnego popołudnia usłyszałem, jak teść mówi do Karoliny w kuchni:

– Córciu, ja chcę twojego dobra. Ty musisz mieć oparcie.

Stałem za ścianą i czułem, jak każde słowo wbija się we mnie głębiej. Nie byłem już tylko mężczyzną, który dał się oszukać. W ich oczach stawałem się kimś, kto nie daje poczucia bezpieczeństwa. Zacząłem się zastanawiać, czy mają rację.

Tego już było dla mnie za wiele

Kolacja w tamten czwartek miała być zwyczajna. Teściowa podała zupę, córka opowiadała o przedszkolu. Przez chwilę było prawie normalnie.

Dostałem odpowiedź z policji – powiedziałem, odkładając łyżkę. – Ten Igor działał pod fałszywym nazwiskiem. Jest więcej poszkodowanych.

Teść parsknął cicho.

– Czyli klasyka. Ostrzegałem.

– Tato, proszę – wtrąciła Karolina.

– Co proszę? – podniósł głos. – Gdyby była umowa, przelew, cokolwiek, sytuacja wyglądałaby inaczej.

– Wystarczy – powiedziałem, czując, że serce bije mi szybciej. – Wiem, że popełniłem błąd.

– Błąd? – teść spojrzał na mnie ostro. – To była lekkomyślność. Naraziłeś rodzinę na poważne konsekwencje.

Zapadła cisza. Słyszałem tylko tykanie zegara.

Miałam wątpliwości – odezwała się nagle Karolina. – Też mówiłam o umowie.

Odwróciłem się do niej powoli. W jej oczach nie było triumfu. Było zmęczenie.

Myślałem, że jesteśmy drużyną – powiedziałem cicho.

– Drużyna słucha siebie nawzajem – odpowiedziała.

Wstałem od stołu. Nie pamiętam, co jeszcze padło. Pamiętam tylko, że wyszedłem z domu i długo chodziłem po osiedlu. Powietrze było chłodne, a ja po raz pierwszy dopuściłem do siebie myśl, że walczyłem nie o mieszkanie, tylko o własne ambicje.

Następnego dnia odebrałem telefon z komisariatu.

Szanse na odzyskanie pieniędzy są niewielkie – usłyszałem pod koniec rozmowy. – Proszę przygotować się na długie postępowanie.

Odłożyłem słuchawkę i poczułem dziwny spokój. Jakby coś się we mnie złamało, ale jednocześnie przestało napinać. Wracając do domu teściów, usłyszałem głos Karoliny dochodzący z kuchni.

– Mamo, ja już nie wiem, czy mogę mu ufać przy większych decyzjach – mówiła cicho. – Boję się, że znów zrobi coś sam i znowu się posypie.

Nie wszedłem od razu. Stałem w korytarzu, trzymając klamkę. To zdanie bolało bardziej niż informacja o pieniądzach.

Wieczorem poprosiłem, żebyśmy usiedli razem.

Zawiodłem – powiedziałem wprost, patrząc na teściów. – Chciałem udowodnić, że sobie poradzę. Nie chciałem słuchać. To mój błąd.

Teść milczał dłuższą chwilę.

– Odpowiedzialność zaczyna się od przyznania się do winy – powiedział w końcu.

Skinąłem głową.

– Szukam dodatkowej pracy. Sprzedamy to, co się da. Wyremontujemy to mieszkanie, choćby miało to potrwać lata.

Karolina patrzyła na mnie uważnie.

– A nasze decyzje? – zapytała.

Od teraz są wspólne. Nawet jeśli będziemy się spierać.

Nie było wzruszeń ani pojednawczych gestów. Była cisza, ale inna niż wcześniej.

Dostałem lekcję pokory

Minęły cztery miesiące. Wciąż mieszkaliśmy u teściów, ale atmosfera stała się lżejsza. Pracowałem po godzinach, odkładałem każdą dodatkową złotówkę. Nową ekipę wybieraliśmy razem – z umową, zaliczką na konto, dokładnym harmonogramem. Mieszkanie powoli przestawało być ruiną. Każda postawiona ścianka była dla mnie nie tylko elementem remontu, ale symbolem czegoś, co odbudowywałem w sobie.

Relacja z teściem pozostała chłodna, lecz bardziej rzeczowa. Zdarzało się, że rozmawialiśmy o kosztorysach bez złośliwości. To był postęp. Z Karoliną bywało różnie. Czasem łapałem jej spojrzenie pełne ostrożności, jakby sprawdzała, czy naprawdę się zmieniłem. Innym razem śmialiśmy się razem z drobiazgów, jak dawniej. Zaufanie nie wróciło od razu, ale zaczęło kiełkować.

Największą lekcją nie była strata pieniędzy. Było nią zrozumienie, że duma potrafi zagłuszyć rozsądek, a potrzeba udowadniania swojej wartości może oddalić od tych, dla których chce się być silnym. Nie odzyskałem zaliczki. Nie odzyskałem też tamtej pewności siebie. Mam coś ważniejszego – gotowość do powiedzenia: „nie wiem” i „pomyliłem się”. A od tego, jak się okazało, zaczyna się prawdziwa odpowiedzialność.

Damian, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama