Reklama

Nigdy nie sądziłam, że zwykłe pokrętło od kaloryfera stanie się zarzewiem konfliktu, a dźwięk szumiącej wody w rurach będzie wywoływał u mnie niepokój zamiast poczucia bezpieczeństwa. Miał być to czas oszczędzania na wymarzony remont poddasza, wspólne budowanie przyszłości i sielanka pod jednym dachem. Rzeczywistość zweryfikowała te plany brutalniej, niż sroga zima za oknem.

Codziennie toczę batalię nie tylko z absurdalną temperaturą, która wysysa ze mnie energię do życia, ale przede wszystkim z rosnącą górą rachunków, które grożą nam kompletną ruiną finansową. Kocham mojego męża, szanuję jego matkę, ale życie w domowej saunie powoli odbiera mi zdrowy rozsądek.

Teściowa rozkręcała kaloryfery

Wróciłam obładowana zakupami. Na zewnątrz panował siarczysty mróz, termometry wskazywały minus dziesięć stopni, a wiatr smagał twarz drobinami lodu. Marzyłam tylko o tym, by wejść do ciepłego domu, zrzucić ciężki płaszcz i napić się gorącej herbaty. Jednak moment, w którym przekroczyłam próg, przypominał zderzenie ze ścianą.

Uderzyło mnie gęste, duszne powietrze. Okulary natychmiast zaparowały, sprawiając, że przez chwilę byłam kompletnie niewidoma. Kiedy przetarłam szkła, moim oczom ukazał się widok, który stał się moją codzienną udręką. Moja teściowa, Jadwiga, siedziała w fotelu w dużym pokoju, owinięta grubym wełnianym szalem, mimo że w pomieszczeniu panował ukrop godny równika.

Spojrzałam na stację pogodową stojącą na komodzie. Wyświetlacz bezlitośnie pokazywał dwadzieścia siedem stopni Celsjusza. Dwadzieścia siedem! W środku zimy, w starym budownictwie. Czułam, jak pod kurtką momentalnie oblewa mnie pot.

– Mamo – zaczęłam, starając się panować nad głosem. – Czy my naprawdę musimy mieć tutaj saunę? Jest duszno, nie da się oddychać.

Jadwiga oderwała wzrok od telewizora i poprawiła koc na kolanach. Jej twarz wyrażała autentyczne zdziwienie.

– Dziecko, o czym ty mówisz? – zapytała tonem sugerującym, że postradałam zmysły. – Przecież ciągnie od okien. Zmarzłam dzisiaj okropnie, jak tylko wyszłam po bułki. Musi być ciepło, żebyśmy się nie rozchorowali.

Westchnęłam ciężko, zdejmując buty. Podeszłam do kaloryfera. Był rozkręcony na maksymalną piątkę. Parzył w dłoń, gdy tylko go dotknęłam.

– Ale dwadzieścia siedem stopni to przesada – próbowałam tłumaczyć, przykręcając głowicę na trójkę. – Optymalna temperatura to dwadzieścia jeden, góra dwadzieścia dwa. Inaczej powietrze jest suche, to niezdrowe.

Teściowa skrzywiła się, jakbym zaproponowała jej kąpiel w przeręblu.

– Wy młodzi to macie te swoje teorie – mruknęła, wracając do oglądania serialu. – Za moich czasów w domu miało być ciepło. Oszczędzanie na zdrowiu to głupota.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek naszej batalii, a pokrętło kaloryfera stanie się najbardziej obleganym przedmiotem w domu.

Dobijała mnie bezsilność

Sytuacja komplikowała się dodatkowo przez fakt, że pracuję z domu jako grafik komputerowy. Mój mąż, Tomek, wychodzi rano do biura i omija go największe apogeum grzewczego szaleństwa jego matki. Ja tkwię w tym od rana do wieczora.

Dwa dni po kłótni o temperaturę siedziałam w swoim gabinecie na piętrze. Mimo zamkniętych drzwi ciepło przenikało przez ściany. Czułam się senna i ociężała. Mój komputer szumiał głośniej niż zwykle, jakby i on miał dość tego ukropu. Nie wytrzymałam. Podeszłam do okna i otworzyłam je szeroko, by wpuścić haust mroźnego powietrza. To było jak wybawienie. Sielanka trwała może dziesięć minut. Drzwi do mojego gabinetu otworzyły się z impetem, a w progu stanęła Jadwiga.

– Agatko, czy ty chcesz nas wszystkich pozabijać? – zawołała dramatycznym szeptem, pędząc w stronę okna.

– Mamo, proszę, nie zamykaj – jęknęłam, ale było już za późno. Klamka zapadła. – Muszę przewietrzyć, nie mogę pracować w takim zaduchu.

– Przewietrzyć można przez minutę, a nie robić przeciąg na cały dom! – pouczyła mnie, stając z rękami założonymi na piersiach. – Ciepło ucieka na górę, wiesz o tym? Jak ty tu otwierasz, to cały parter się wychładza. Ja na dole siedzę w swetrze!

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Była ubrana w polarową bluzę, a pod spodem miała jeszcze golf.

– Mamo, jest dwadzieścia pięć stopni – powiedziałam powoli. – Jeśli jest ci zimno przy takiej temperaturze, to może powinnaś iść do lekarza?

Jadwiga fuknęła obrażona.

– Jestem zdrowa jak ryba, po prostu nie lubię marznąć we własnym domu. A ty powinnaś się lżej ubierać, zamiast wietrzyć, skoro ci tak gorąco – rzuciła nielogiczny argument i wyszła.

Czułam bezsilność. Wiedziałam, że za chwilę znów pójdzie do salonu i sprawdzi kaloryfery. Jeśli któryś będzie ustawiony poniżej maksimum, odkręci go z tą swoją cichą determinacją.

Czułam się osamotniona

Problem komfortu termicznego był uciążliwy, ale to aspekt finansowy spędzał mi sen z powiek. Od roku odkładaliśmy z Tomkiem każdy grosz na remont poddasza. Chcieliśmy zrobić tam sypialnię i małą łazienkę, żeby wreszcie mieć trochę prywatności. Wieczorem, gdy Tomek wrócił z pracy, postanowiłam poruszyć ten temat. Siedzieliśmy w kuchni, jedząc kolację. Oczywiście kaloryfer pod oknem parzył w plecy.

– Tomek, musimy coś z tym zrobić – zaczęłam, grzebiąc widelcem w sałatce. – Twoja mama rozkręca ogrzewanie na maksa przez całą dobę. Nawet w nocy.

Mąż westchnął, przecierając zmęczone oczy. Wiedziałam, że nie lubi konfrontacji z matką, którą po śmierci ojca traktował z przesadną wręcz opiekuńczością.

– Wiem, kochanie. Jest jej zimno, to starsza kobieta. Krążenie już nie to, co kiedyś.

– Ale to nie jest kwestia krążenia, tylko nawyku! – zaprotestowałam. – Ona chodzi po domu w grubych swetrach przy dwudziestu sześciu stopniach. To nienormalne. A pomyślałeś o rachunkach? W zeszłym miesiącu zapłaciliśmy dużo, a wtedy nie było jeszcze takich mrozów. Teraz piec chodzi non stop. Licznik gazu kręci się jak szalony.

Tomek upił łyk wody i spojrzał na mnie z troską.

– Damy radę, Agata. Najwyżej odłożymy remont o kilka miesięcy. Mama musi czuć się dobrze w domu. Nie mogę jej zabronić grzania.

– Odłożymy remont? – poczułam wzbierającą złość. – Tomek, my na to czekamy od dwóch lat! Ceny materiałów budowlanych rosną. Jak teraz tego nie zrobimy, to te pieniądze stracą na wartości. Chcesz przepalić nasze marzenia w piecu gazowym tylko dlatego, że twoja mama nie chce założyć kapci?

– Nie dramatyzuj – uciął krótko. – Porozmawiam z nią delikatnie, ale nie będę jej niczego nakazywał. To też jej dom.

Poczułam się osamotniona. Tomek nie widział problemu, bo nie siedział tu całymi dniami. Nie słyszał szumu pieca, który pożerał nasze oszczędności.

Kwota na rachunku mnie przeraziła

Tydzień później nadeszła chwila prawdy. Wyjęłam ze skrzynki pocztowej kopertę z rachunkami. Ręce mi drżały, gdy rozrywałam papier. Kiedy zobaczyłam kwotę, musiałam usiąść na schodach. Suma była astronomiczna, prawie dwukrotnie wyższa niż zakładałam w najczarniejszych scenariuszach. To był wyrok na nasze oszczędności.

Weszłam do domu, trzymając list jak broń. W salonie, oczywiście, panowały tropiki. Jadwiga drzemała w fotelu. Podeszłam do niej i położyłam fakturę na stoliku kawowym.

– Mamo – powiedziałam głośno.

– Co się stało? – mrugnęła zdezorientowana.

– To się stało – wskazałam palcem na kwotę. – To jest rachunek za gaz. Za twoje sauny. Wiesz, ile to jest pieniędzy? To jest równowartość naszej nowej podłogi na poddasze. Albo twoich leków na pół roku.

Teściowa przyjrzała się pismu, pomilczała chwilę, a potem wzruszyła ramionami.

– Wszystko drożeje, Agatko. Prąd, gaz, jedzenie. Taki mamy klimat. Nie można na tym oszczędzać, bo potem się wydaje na lekarzy.

– Ale my nie mamy z czego płacić! – wybuchnęłam. – Nie rozumiesz? Jeśli będziemy tak grzać, to pójdziemy z torbami! Nie stać nas na utrzymywanie temperatury tropikalnej w środku zimy w nieocieplonym domu! Tomek bierze nadgodziny, ja pracuję po nocach, a to wszystko idzie z dymem!

Jadwiga zacisnęła usta.

– Wypominasz mi ciepło? W moim własnym domu? Całe życie pracowałam, wychowałam syna, a teraz synowa będzie mi wydzielać ciepło jak w obozie?

To był cios poniżej pasa.

– Nie wydzielam ci ciepła, mamo. Proszę tylko o rozsądek. Dwadzieścia jeden stopni to ciepło. Dwadzieścia sześć to szaleństwo.

– Dla ciebie szaleństwo, dla mnie konieczność. Mam słabe kości, zimno mi wchodzi w stawy – powiedziała definitywnie, odwracając głowę. – Jak wam brakuje pieniędzy, to dołożę ze swojej emerytury.

Wiedziałam, że to pusta obietnica. Jej emerytura ledwo starczała na jej potrzeby. Wyszła do swojego pokoju, a ja zostałam z rachunkiem parzącym w dłonie.

W końcu poznaliśmy prawdę

Tej nocy nie mogłam spać. W sypialni było za gorąco. Zeszłam do kuchni po wodę. Gdy mijałam korytarz, usłyszałam cichy syk dochodzący z salonu. Zajrzałam ostrożnie. W świetle latarni zobaczyłam Jadwigę. Stała przy kaloryferze i majstrowała przy pokrętle.

– Przecież był na trójce... – szepnęła do siebie, przekręcając go z powrotem na piątkę.

Stałam tam jak skamieniała. Ona robiła to celowo, czekając, aż zaśniemy. To była obsesyjna kontrola. Wróciłam do łóżka i obudziłam Tomka.

– Ona znowu to robi – szepnęłam. – Jest trzecia w nocy, a twoja matka odkręca grzejniki na maksa. Tomek, my zbankrutujemy.

Tomek przetarł twarz dłońmi.

– Porozmawiam z nią rano. Obiecuję. Pokażę jej rachunki, wytłumaczę, że to nie są żarty.

Ranek przyniósł napiętą atmosferę. W kuchni było tak gorąco, że masło zamieniło się w kałużę. Jadwiga siedziała już przy stole, popijając kawę w wełnianym swetrze. Tomek położył na stole rachunek.

– Mamo, musimy porozmawiać – powiedział stanowczo. – Agata mówiła mi, że w nocy znów odkręcałaś kaloryfery.

Jadwiga spojrzała na nas chłodno.

– Zmarzłam. Obudziłam się i trzęsłam się z zimna.

– Mamo, w domu było dwadzieścia trzy stopnie w nocy – powiedział Tomek, zerkając na termometr. – To nie jest zimno. To jest upał. Spójrz na ten rachunek. To jest prawie trzy tysiące złotych dopłaty. Nie stać nas na to.

– To co? Mam zamarznąć na starość? – Jadwiga odstawiła kubek z brzękiem. – Całe życie oszczędzałam. A teraz mam siedzieć w kurtce?

– Nie w kurtce, mamo – wtrąciłam się łagodnie. – Ale może wystarczy cieplejszy dres? Albo koc elektryczny?

– Koc elektryczny? – prychnęła. – Żeby mnie prąd poraził?

– Mamo, to bezpieczne urządzenia – tłumaczył Tomek. – Ogrzewanie domu do dwudziestu siedmiu stopni przy mrozie to przepis na katastrofę.

Jadwiga milczała, patrząc w okno. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w jej oczach strach.

– Wy nie rozumiecie – powiedziała cicho, a jej głos się załamał. – To zimno... ono nie jest tylko na zewnątrz. Odkąd tata odszedł, ciągle mi zimno. Wchodzę do łóżka i pościel jest lodowata. Piję herbatę i zaraz stygnie. Siedzę w fotelu i czuję, jak to zimno wchodzi mi w kości, jakby śmierć mnie dotykała. Tylko jak kaloryfer parzy, to czuję, że jeszcze żyję.

Zamilkliśmy. Moja złość wyparowała, zastąpiona przez wstyd. Jadwiga nie walczyła o stopnie Celsjusza. Walczyła z samotnością i starością, którą odczuwała jako wszechogarniający chłód.

– Mamo... – Tomek chwycił ją za lodowatą rękę. – Dlaczego nie powiedziałaś?

– Bo to głupie – otarła łzę. – Wstydziłam się. Myślałam, że jak nagrzeję, to przejdzie. Ale nie przechodzi.

Udało się nam wypracować kompromis

To wyznanie zmieniło wszystko, ale nie zmieniło faktu, że rachunki nadal były wysokie. Musieliśmy znaleźć rozwiązanie, które pozwoliłoby nam nie zbankrutować, a jednocześnie zapewnić Jadwidze ciepło, którego tak desperacko potrzebowała.

Nie było łatwo, ale postanowiliśmy działać natychmiast. Tomek kupił i zainstalował na wszystkich kaloryferach inteligentne głowice termostatyczne. Ustawiliśmy harmonogram i z góry narzucone temperatury. Najważniejszą zmianę wprowadziłam jednak ja. Następnego dnia wróciłam z apteki medycznej z dużym pudełkiem.

– Mamo, mam coś dla ciebie – powiedziałam, wchodząc do salonu. Jadwiga spojrzała na mnie nieufnie. – To nie jest zwykły koc elektryczny, którego się bałaś. To mata rozgrzewająca.

Rozpakowałam urządzenie i podłączyłam je przy jej fotelu, kładąc na wierzch jej ulubiony pled.

– Spróbuj – zachęciłam ją.

Teściowa usiadła ostrożnie. Po chwili jej twarz zaczęła się zmieniać. Napięcie znikało, ramiona opadły.

– Ojej... – westchnęła, przymykając oczy. – To grzeje od spodu. Jakby słońce świeciło na plecy.

– I zużywa tyle prądu, co jedna żarówka – dodał Tomek, wchodząc do pokoju. – Mamo, możesz na tym siedzieć, ile chcesz. I w łóżku też ci zamontujemy drugą, żebyś kładła się do ciepłej pościeli.

To był strzał w dziesiątkę. Rachunki za gaz w kolejnym miesiącu spadły o trzydzieści procent, co wciąż było dużą kwotą, ale dającą nadzieję na przetrwanie zimy bez pożyczek.

Zrozumieliśmy też, że jej chłód brał się z pustki. Zaczęliśmy spędzać z nią więcej czasu. Zamiast zamykać się w gabinecie zaraz po pracy, schodziłam na dół na pół godziny z herbatą – ale już w normalnej temperaturze. Rozmawiałyśmy o błahostkach, o serialach, a czasem wspominałyśmy teścia. Zauważyłam, że kiedy Jadwiga jest zajęta rozmową i czuje czyjąś obecność, rzadziej narzeka na zimno.

Remont poddasza musieliśmy nieco odłożyć. Dziś, patrząc na termometr w salonie, widzę dwadzieścia dwa stopnie. Dla mnie to wciąż ciepło, dla Jadwigi pewnie chłodno, ale widzę ją siedzącą w fotelu, otuloną ciepłem maty, z lekkim uśmiechem na twarzy. Czasem kompromis nie polega na spotkaniu się pośrodku skali termometru, ale na zrozumieniu, co tak naprawdę próbuje nam powiedzieć druga osoba. My w końcu usłyszeliśmy ten cichy krzyk o ciepło – i to niekoniecznie to płynące z kaloryfera.

Agata, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama