„Przez niespodziewane wydatki nie mogliśmy zabrać dzieci na ferie w góry. Zamiast coś poradzić, przerzucaliśmy się winą”
„W domu panowała cisza. Taka, która ciąży bardziej niż najgłośniejszy krzyk. Chodziliśmy obok siebie na palcach, jakby to miało coś naprawić. Dzieci czuły napięcie, chociaż nie rozumiały jego źródła. Nadal dopytywały o wyjazd — czy śnieg już leży, czy domek będzie miał kominek, czy sanki się zmieszczą do auta. A my coraz bardziej kręciliśmy”.

Obiecywaliśmy sobie, że w te ferie w końcu wszystko zagra. Miały być góry, śnieg, sanki, dziecięce piski radości i nasze gorące kakao w wynajętym domku. Przeglądaliśmy oferty od listopada, porównywaliśmy ceny, planowaliśmy budżet. Tylko że życie nie czyta naszych planów. Przyszły niespodziewane wydatki, popsuł się samochód, szef przetrzymał wypłatę. Z dnia na dzień zaczęło brakować nie tylko pieniędzy, ale i cierpliwości. Zamiast pakować walizki, siedzieliśmy przy stole i rozliczaliśmy siebie nawzajem z każdej złotówki. A dzieci? Patrzyły, jak rodzice się kłócą, zamiast szykować się na śnieżne ferie. I właśnie przez to się wszystko posypało.
Nie umiałem odpowiedzieć
Od października rozmawialiśmy tylko o tym: ferie w górach — nasz wspólny cel, taka odskocznia od codzienności. Praca, szkoła, zakupy, obowiązki — wszystko miało zostać za nami, choćby na te kilka dni. Codziennie wieczorem oglądaliśmy zdjęcia domków, sprawdzaliśmy lokalizacje, wyciągi, prognozy śniegowe. Dzieci chodziły po domu w czapkach, wołały „Hej ho, w góry by się szło!”, a my śmialiśmy się i już widzieliśmy siebie na stoku. W grudniu zarezerwowaliśmy niewielki domek w Bukowinie — niezbyt luksusowy, ale przytulny. Wpłaciliśmy zaliczkę, uznaliśmy, że zdążymy jeszcze wszystko dopiąć.
Tyle że grudzień przyniósł niespodzianki. Najpierw była pralka — poszła pompa, a za chwilę lodówka. Później zalało nam łazienkę, bo pękła rura. A potem samochód zaczął wydawać dziwne dźwięki i skończyło się w warsztacie. Każdy wydatek był jak kamień do torby, którą już ledwo dźwigaliśmy. Próbowaliśmy nie panikować. Mówiliśmy sobie: damy radę, to tylko trochę więcej, przecież ferie dopiero za miesiąc.
Tylko że potem szef przesunął mi wypłatę. Zamiast piątego — piętnastego. I nagle wszystko zaczęło się kruszyć. Na lodowisku, na które poszliśmy „zamiast”, dzieci zapytały:
— A kiedy jedziemy w góry?
I nie umiałem odpowiedzieć.
Długo milczeliśmy
W domu panowała cisza. Taka, która ciąży bardziej niż najgłośniejszy krzyk. Chodziliśmy obok siebie na palcach, jakby to miało coś naprawić. Dzieci czuły napięcie, chociaż nie rozumiały jego źródła. Nadal dopytywały o wyjazd — czy śnieg już leży, czy domek będzie miał kominek, czy sanki się zmieszczą do auta. A my coraz bardziej kręciliśmy.
— Zobaczymy, jak się ułoży — odpowiadałem, uciekając wzrokiem.
— Może pojedziemy trochę później — dorzucała moja żona, ale brzmiało to tak, jakby sama w to nie wierzyła.
Któregoś wieczoru dzieci narysowały obrazek: nas czworo w górach, śnieg po kolana, ogromny bałwan, a obok niego napis: „Nasze ferie 2026!”. Gdy zobaczyłem ten rysunek, coś ścisnęło mnie w gardle. Nie z powodu tego, że nie pojedziemy. Tylko dlatego, że one naprawdę czekały. Nie rozumiały, że zabrakło nam pieniędzy. One miały tylko marzenia — i my byliśmy ich strażnikami.
Po kolacji usiedliśmy z żoną przy stole. Długo milczeliśmy.
— Powiemy im? — zapytała cicho.
— Jeszcze nie. Może... może coś wymyślimy.
Ale żadne z nas nie wierzyło w to „może”.
Zaciskałem zęby
Zamiast odliczać dni do wyjazdu, zaczęliśmy unikać rozmów o feriach. Dzieci coraz rzadziej wspominały o górach, ale nie dlatego, że zapomniały. Raczej dlatego, że coś przeczuwały. Każdego dnia patrzyły na nas uważniej, jakby próbowały wyczytać prawdę z naszych twarzy. A my? Udawaliśmy, że wszystko gra.
W domu zrobiło się chłodno, nie tylko przez styczniowe mrozy. Odkąd wiedzieliśmy, że nie pojedziemy, zaczęliśmy z żoną sobie wytykać wszystko — kto co kupił, kiedy, dlaczego nie przewidział, co zjadło tyle kasy.
— Ty zawsze wszystko odkładasz na ostatnią chwilę — rzuciła któregoś dnia, kiedy wróciłem z pracy.
— A ty może nie? Pralka sama się popsuła, tak?
— No pewnie, że sama! A może twoje gadżety z elektroniki były ważniejsze niż ferie?!
Zaciskałem zęby.
— Przestań. Myślisz, że mi z tym łatwo?
— Nie. Myślę, że masz w nosie, że dzieci będą płakać.
Po tych słowach wyszła z kuchni. Zostawiła mnie z parującym garnkiem zupy i parą oczu wpatrzonych w drzwi. Syn stał w korytarzu. Usłyszał wszystko. Nie odzywał się, tylko odszedł bez słowa do swojego pokoju.
Wyglądała na zmęczoną
Wieczorem po tej kłótni długo nie mogłem zasnąć. Przerzucałem się z boku na bok, a każdy dźwięk w mieszkaniu, skrzypnięcie drzwi, tykanie zegara, wydawał się głośniejszy niż zwykle. W końcu wstałem. W kuchni paliło się światło. Siedziała tam, owinięta kocem, z kubkiem herbaty w dłoniach.
— Nie śpisz? — zapytałem cicho.
Skinęła głową, nie patrząc na mnie. Usiadłem naprzeciwko. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało.
— Przepraszam — powiedziała w końcu. – Nie powinnam tak mówić przy dzieciach.
— Ja też nie jestem bez winy — odpowiedziałem. — Po prostu... jestem wściekły. Na siebie, na sytuację.
— A ja jestem rozczarowana. Myślałam, że choć raz się uda. Że nie będziemy musieli odmawiać dzieciom czegoś, co im obiecaliśmy.
Popatrzyłem na nią. Wyglądała na zmęczoną.
— Może powinniśmy im to po prostu powiedzieć. Bez kłamstw, bez udawania.
— Może.
Zamilkła na chwilę, po czym dodała:
— Ale nie chcę, żeby myślały, że ferie to tylko góry. Może damy radę zrobić coś tutaj. Choć trochę...
— Choć trochę zmyć z siebie tę porażkę — dokończyłem.
Ruszyliśmy
W sobotę, kiedy mieliśmy już być w Bukowinie, obudziliśmy się w tym samym, chłodnym mieszkaniu. Za oknem padał śnieg — rzadkość w naszym mieście. Dzieci już nie pytały, nie dopytywały. Przeszły do trybu, który znałem aż za dobrze — milczącej rezygnacji.
— Może pójdziemy na sanki? — zaproponowałem, starając się brzmieć jak ktoś, kto ma jeszcze jakąś energię.
— Tu, na górkę obok szkoły? — Córka spojrzała na mnie bez entuzjazmu.
— Tak. Zrobimy termos z herbatą, zabierzemy bułki, może zbudujemy igloo?
Żona włączyła się, uśmiechając się delikatnie:
— A potem wieczorem zrobimy kino domowe. Może nawet pośpimy wszyscy w salonie?
Syn uniósł lekko brwi.
— Bez gór, ale razem?
— Właśnie.
Ruszyliśmy. Śnieg skrzypiał pod butami, dzieci zaczęły się śmiać przy pierwszym zjeździe. Było zimno, ręce marzły, ale przez chwilę naprawdę byliśmy blisko. Tylko że to nie wymazało reszty. Gdy wieczorem dzieci zasnęły na materacach, my znów siedzieliśmy w kuchni.
— Czy oni to zapamiętają?
— Na pewno.
— Tylko pytanie: co dokładnie?
Nie odpowiedzieliśmy sobie na to pytanie, tylko trzymaliśmy się za ręce, jakby to mogło coś naprawić.
Liczy się, czy byliśmy razem
Minęły ferie. Dzieci wróciły do szkoły, my do pracy. Na pozór wszystko wróciło do normy, choć czułem, że coś zostało między nami niezałatwione. To nie był pierwszy raz, kiedy życie nas przetestowało, ale pierwszy, gdy naprawdę obiecaliśmy coś, czego nie dowieźliśmy. Któregoś dnia syn przyniósł ze szkoły rysunek. Przedstawiał cztery postacie na górce — tej naszej, osiedlowej. Obok igloo, termos, uśmiechy. Nad wszystkim napis: „Najlepsze ferie!”. Spojrzałem na żonę.
— Serio? — zapytałem z niedowierzaniem.
— Dla nich to nie była porażka. Dla nas może tak, ale one zapamiętały coś innego.
Wtedy zrozumiałem, że dzieci nie mierzą jakości wspomnień pieniędzmi ani miejscem. Liczy się, czy byliśmy razem. Czy się śmialiśmy, czy marzliśmy razem w śniegu, czy spaliśmy w jednym pokoju pod kocami. Nie zmieniliśmy świata ani nie naprawiliśmy wszystkiego między sobą. Ale może właśnie w tej słabości, w tym braku doskonałości, było coś prawdziwego. Wciąż mamy rachunki, nadal nie wiemy, czy starczy nam na wakacje. Tylko że teraz chyba już umiemy trochę lepiej przegadać to, co boli. I przestać się obrzucać winą, a zacząć szukać światełka w tym, co mamy.
Michał, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wszyscy się dziwią, że przez 40 lat wraz z mężem byliśmy sobie wierni. Dzisiaj młodzi skaczą z kwiatka na kwiatek”
- „Mąż późno wracał do domu, a ja myślałam, że to przez pracę. Okazało się, że niejedyna czekam na niego z kolacyjkami”
- „W moim życiu liczyła się tylko kariera i pieniądze. Efekt jest taki, że mam 50 lat i zostałam samotną kociarą”

