„Przez lata słyszałam od teściowej gorzką krytykę. Zemsta była słodka, gdy zrealizowałam swoje postanowienie noworoczne”
„W noc sylwestrową zostałam w domu, usiadłam przy stole z kartką papieru. Nie był to plan zemsty w stylu filmowym. To było postanowienie, że odzyskam siebie. Że wrócę do tego kursu, o którym mówiłam lata temu. Że zacznę odkładać pieniądze na własne konto. Że przestanę odbierać telefon od teściowej, gdy nie mam na to ochoty”.

- Redakcja
Przez lata przylgnęła do mnie łatka „tej od uśmiechu”, choć od jakiegoś czasu miałam wrażenie, że mój uśmiech jest bardziej tarczą niż ozdobą. Wyszłam za Piotra z miłości, zwyczajnie, bez fanfar, bez kalkulacji. Jedyną ceną tej miłości okazała się jego matka. Teściowa miała talent do trafiania w najczulsze punkty, jakby doskonale znała wszystkie moje kompleksy. Przez lata udawałam, że to mnie nie boli. W zeszłym roku postanowiłam jednak, że zacznę żyć po swojemu.
Ciągle mnie krytykowała
Pierwszy raz poczułam, że w tej rodzinie jestem gościem, kiedy jeszcze nawet nie miałam obrączki. Siedzieliśmy u nich w salonie, a teściowa nalewała herbatę tak, jakby robiła to z wielką łaską. Piotr uśmiechał się do mnie zachęcająco, a ja próbowałam wyglądać na pewną siebie. Teściowa przyglądała mi się uważnie, potem odchrząknęła i powiedziała:
– Ładna jesteś, Aniu… tylko taka… delikatna. Piotrek potrzebuje kobiety z charakterem, nie płatka śniegu.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc zaśmiałam się cicho, jak człowiek, który desperacko próbuje przerwać krępującą ciszę. Piotr udawał, że nie słyszy. To było jego najczęstsze rozwiązanie: nie słyszeć.
Potem poszło już z górki. Każda wizyta miała swój rytuał: teściowa stawiała ciasto, siadała naprzeciwko i wbijała we mnie wzrok. Kiedy mówiłam o pracy, potrafiła westchnąć:
– Taka zdolna, a wciąż tylko etat.
Kiedy wspomniałam o moim marzeniu, żeby zrobić kurs i zmienić branżę, uśmiechnęła się tak, jakby głaskała mnie po głowie:
– Najpierw naucz się prowadzić dom, kochanie.
Najgorsze było to, że ja jej wierzyłam. Nie wprost, nie od razu, tylko po trochu. Wracałam do naszego mieszkania i pytałam Piotra, czy naprawdę jestem taka „delikatna”. On odpowiadał zmęczonym tonem:
– Daj spokój, mama tak już ma.
Słyszałam to tyle razy, że zaczęłam myśleć, że może „tak już ma” znaczy: „tak będzie zawsze”.
Wykorzystywała każdą okazję
Po ślubie teściowa zaczęła zwracać się do mnie per „synowa” takim tonem, jakby to było zdrobnienie od „kłopot”. Z pozoru robiła wszystko jak należy: obiad w niedzielę, telefon w święta, drobne prezenty. Zawsze jednak w pakiecie dostawałam komentarz, który zostawał we mnie na dłużej.
Kiedy urodził się nasz syn, Kuba, teściowa weszła do szpitala jak generał na inspekcję. Pochyliła się nad łóżeczkiem, cmoknęła z zadowoleniem i powiedziała:
– Cały Piotruś. Na szczęście.
Leżałam zmęczona, spocona, szczęśliw, ale w tym momencie zrobiło mi się zimno, mimo że na sali było duszno. Piotr zareagował tylko półuśmiechem, jakby to była niewinna uwaga, a nie wbita szpilka. Przez kolejne miesiące teściowa poprawiała mnie we wszystkim, co miało związek z macierzyństwem. Jak trzymałam dziecko, jak je karmiłam, jak je ubierałam. Na spacerze potrafiła zatrzymać się przy ławce, spojrzeć na mnie i powiedzieć:
– Ja w twoim wieku dawałam sobie radę bez poradników. Teraz to wszyscy tacy… leniwi.
Najbardziej bolało mnie, że przy ludziach umiała udawać troskę. Przy sąsiadkach mówiła:
– Ania jest bardzo ambitna, tylko… wiesz, delikatna.
A one kiwały głowami z minami pełnymi współczucia, jakby teściowa opowiadała o mojej chorobie. Pewnego dnia zrobiła nam zdjęcie na rodzinnym spotkaniu. Kuba był na rękach u Piotra, a ja stałam obok. Teściowa obejrzała fotografię i powiedziała:
– O, jakie ładne. Tylko ty, Aniu, jakoś blado wyglądasz. Trzeba o siebie dbać, bo mężczyzna to jednak… wzrokowiec.
Nie odpowiedziałam. Czułam, że gdybym coś powiedziała, popłynęłaby ze mnie cała złość, której się wstydziłam. Zamiast tego zaczęłam się pilnować. Milczenie towarzyszło mi coraz częściej.
Postanowiłam odzyskać siebie
W grudniu zeszłego roku coś we mnie zaczęło się zmieniać. To nie było nagłe jak wybuch, raczej jak ciche, powolne przebudzenie się. Kuba miał już osiem lat, Piotr coraz częściej pracował do późna, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że mówię do siebie w myślach cudzym głosem. Głosem teściowej. Na wigilijnym spotkaniu, gdy podałam pierogi, teściowa uśmiechnęła się i rzuciła:
– No, przynajmniej gotowanie ci jako tako wychodzi.
Tym razem poczułam coś nowego. Nie wstyd, nie smutek, tylko chłodną jasność. Jakby ktoś zapalił światło i pokazał mi, że to nie ja jestem problemem. W noc sylwestrową nie poszłam na wielką imprezę. Zostałam w domu, gdy Piotr zasnął na kanapie. Usiadłam przy stole z kartką papieru. Napisałam jedno zdanie: „W nowym roku przestanę prosić o zgodę na swoje życie”.
Nie był to plan zemsty w stylu filmowym. To było postanowienie, że odzyskam siebie. Że wrócę do tego kursu, o którym mówiłam lata temu. Że zacznę odkładać pieniądze na własne konto. Że przestanę odbierać telefon od teściowej, gdy nie mam na to ochoty. Pierwszy test przyszedł szybko. 2 stycznia zadzwoniła.
– Aniu, przyjedźcie jutro, zrobiłam rosół.
Wzięłam oddech i odpowiedziałam spokojnie:
– Nie przyjedziemy. Mamy plany.
W słuchawce zrobiła się cisza, a potem teściowa prychnęła:
– Plany? Ty?
Poczułam, jak serce wali mi w piersi, ale powiedziałam tylko:
– Tak. Do usłyszenia.
Rozłączyłam się, zanim zdążyła mnie jeszcze raz ugodzić. Dłonie mi drżały, jednak pierwszy raz od dawna nie przeprosiłam za to, że oddycham.
Przestałam uciekać
Zapisałam się na kurs, o którym marzyłam od lat. Zmiana branży była ryzykiem, lecz ja miałam dość życia w bezpiecznej klatce. Kiedy Piotr zobaczył fakturę, zmarszczył brwi.
– To drogie.
– To moje pieniądze – odpowiedziałam cicho.
Nie krzyczałam, nie robiłam sceny. Stwierdziłam fakt. On patrzył na mnie, jakbym nagle zaczęła mówić w obcym języku. Teściowa dowiedziała się po tygodniu. Zadzwoniła w środku dnia.
– Słyszałam, że bawisz się w jakieś szkolenia. I kto się zajmie Kubą?
– Ja się zajmuję Kubą od ośmiu lat – odpowiedziałam. – Teraz zajmę się też sobą.
Zaśmiała się krótko, sucho.
– Zobaczysz, czym to się kończy.
Najgorsze było to, że Piotr nie stanął po mojej stronie. Wolał święty spokój. Kiedy wróciłam po zajęciach później niż zwykle, powiedział:
– Mama ma rację, trochę przesadzasz.
Spojrzałam na niego i nagle zobaczyłam, że teściowa nie była jedynym problemem. Ona była głośna. Piotr był cichy, ale jego milczenie było jak przyzwolenie. W marcu teściowa urządziła urodziny Kuby. Bez pytania. Po prostu zadzwoniła i oznajmiła:
– Zaprosiłam rodzinę. Przyjedziecie o trzynastej.
– Nie – odpowiedziałam.
Tym razem Piotr zbladł.
– Anka, serio? Przecież to moja mama…
– A to jest mój syn – powiedziałam, czując, jak łamie mi się głos, ale nie cofnęłam się. – Urodziny zrobimy po swojemu.
Teściowa przyjechała do nas wieczorem, wściekła i elegancka, jak zawsze, kiedy chciała komuś udowodnić wyższość.
– Ty chyba oszalałaś – syknęła w przedpokoju. – Nastawiasz Piotra przeciwko mnie.
– Piotr jest dorosły, ma swoje zdanie – odpowiedziałam spokojnie. – Ja już nie będę stała między wami jak worek treningowy.
Widziałam, że nie spodziewała się takiego tonu. To był pierwszy raz, kiedy nie uciekłam w uśmiech.
Żyłam po swojemu
Latem miałam już pierwsze zlecenia po kursie. Nie były ogromne, ale były moje. Zaczęłam oddychać inaczej. Mniej przepraszałam, częściej mówiłam „nie”. Teściowa reagowała na to jak na osobistą obrazę. W sierpniu, na rodzinnej imprezie, próbowała mnie upokorzyć przy wszystkich. Wstała z kieliszkiem i powiedziała:
– Chciałam wznieść toast za Anię. Za to, że wreszcie znalazła sobie hobby.
Ktoś się zaśmiał, ktoś spuścił wzrok. Piotr udawał, że poprawia serwetkę. Wstałam i spojrzałam na nią.
– Dziękuję – powiedziałam spokojnie. – Też mam toast. Za to, że człowiek może się zmienić w każdym wieku. Nawet jeśli inni woleliby, żeby został taki, jak im wygodnie.
Cisza była gęsta i ciężka. Teściowa zastygła z uśmiechem na twarzy, który wyglądał teraz sztucznie. Kilka tygodni później dostałam propozycję pracy w firmie, o której wcześniej nawet nie marzyłam. To była umowa, własne projekty, poczucie sprawczości. Tego samego dnia teściowa zadzwoniła i zaprosiła nas na swoje urodziny, huczne, okrągłe, z całą rodziną. Powiedziałam:
– Nie przyjdę.
– Jak to nie przyjdziesz? – jej głos piskliwie zadrżał. – Co ludzie powiedzą?
– Mogą powiedzieć, co chcą – odpowiedziałam. – W tym roku spełniłam postanowienie. Przestałam żyć pod dyktando.
Następnego dnia Piotr próbował mnie przekonać.
– Przecież to tylko jedno popołudnie.
– Dla ciebie to tylko popołudnie – odpowiedziałam. – Dla mnie to osiemnaście lat pogardy.
W końcu pojechał sam. Wrócił późno, blady, z miną człowieka, który zobaczył pęknięcie w czymś, co uważał za nienaruszalne.
– Mama płakała – powiedział cicho. – Powiedziała, że ją upokorzyłaś.
Popatrzyłam na niego i poczułam, że już nie muszę nic udowadniać.
– Nie upokorzyłam jej – powiedziałam. – Po prostu przestałam dawać się jej upokarzać.
Z nikim już nie walczyłam
Jesienią teściowa przestała do mnie dzwonić. Na początku było mi dziwnie, jakby nagle ucichł hałas, do którego byłam przyzwyczajona. W tej ciszy zaczęły wychodzić na wierzch inne dźwięki: mój własny oddech, śmiech Kuby, moje myśli bez cudzych komentarzy. Piotr nie stał się nagle bohaterem. Przez jakiś czas próbował zachować neutralność, potem miał pretensje, w końcu dopadło go zmęczenie. Pewnego wieczoru usiadł przy stole i powiedział:
– Nie wiem, kim ty teraz jesteś.
Odpowiedziałam spokojnie:
– Teraz jestem sobą.
Zrozumiałam wtedy coś bolesnego. Moja teściowa była wredna, tak. Dogryzała mi latami, niszczyła mnie drobnymi uwagami, jak kropla, która drąży kamień. Jednak Piotr przez lata dawał jej na to przestrzeń. Jego „daj spokój” było jak podpis pod jej słowami.
Nie wiem, czy nasze małżeństwo da się uratować. To nie jest historia o tym, że po jednej odważnej decyzji wszystko staje się piękne. Wiem tylko, że ja przestałam się bać. Teściowa doigrała się nie dlatego, że zrobiłam jej awanturę czy zemściłam się w spektakularny sposób. Doigrała się, bo przestałam być narzędziem do poprawiania jej humoru.
W grudniu, tuż przed końcem roku, spotkałam ją przypadkiem w sklepie. Stanęła przede mną, elegancka jak zawsze, tylko jakby mniejsza.
– Słyszałam, że ci się układa – powiedziała chłodno.
– Doskonale mi się układa – odpowiedziałam.
Odwróciłam się i poszłam dalej. Nie dlatego, że wygrałam. Tylko dlatego, że już nie musiałam walczyć o prawo do własnego życia.
Anna, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W sylwestra uwierzyłam, że 2026 rok przyniesie mi miłość. 1 stycznia moje marzenia rozsypały się w drobny mak”
- „Mąż uciekał od świątecznych porządków, więc ja też porzuciłam miotłę i gary. Darmozjad szybko dostrzegł różnicę”
- „Załamałam się, że sylwestra spędzę sama z teściową. To miał być wieczór z horroru, ale skończył się zupełnie inaczej”

