Reklama

To miał być zwykły czwartek, ale w moim małżeństwie żaden dzień nie był zwykły, jeśli w grę wchodziły pieniądze. Pamiętam ten ucisk w żołądku, gdy wracałam do domu z reklamówką, w której znajdowało się o jedno awokado za dużo. Wiedziałam, że wieczorem czeka mnie audyt. Przez lata wierzyłam, że ta obsesyjna kontrola to wyraz troski o naszą wspólną przyszłość, o ten mityczny dom z ogrodem, na który rzekomo odkładaliśmy każdy grosz. Żyłam w iluzji wspólnego celu, dopóki jeden przypadkowy e-mail nie zburzył mojego świata, uświadamiając mi, że w Excelu mojego męża byłam tylko rubryką „koszty”, a zyski wcale nie były przeznaczone dla nas.

Zacisnęłam dłonie pod stołem

Rytuał zaczynał się zawsze po obiedzie. Norbert sprzątał stół w jadalni, przecierał blat ścierką, żeby nie został na nim żaden okruch, a potem wyciągał z szuflady gruby, oprawiony w czarną skórę zeszyt oraz swój laptop. To był sygnał dla mnie. Musiałam przynieść portfel i pudełko po butach, do którego przez cały tydzień wrzucałam paragony.

— Usiądź, Ewelina — mówił tym swoim spokojnym, analitycznym głosem, który kiedyś brałam za oznakę stabilizacji, a teraz wywoływał u mnie dreszcze.

Wyjmowałam paragony jeden po drugim, wygładzając pognieciony papier. On brał je do ręki, zakładał okulary i zaczynał wpisywanie danych do arkusza kalkulacyjnego, jednocześnie notując coś długopisem w zeszycie. Ciszę przerywało tylko stukanie w klawiaturę i szelest papieru. Czułam się jak uczennica w gabinecie dyrektora, mimo że miałam trzydzieści dwa lata i pracowałam na pełen etat jako księgowa. Ironia losu — w pracy zarządzałam finansami dużej firmy, w domu musiałam tłumaczyć się z zakupu droższego płynu do płukania.

— Trzynastego marca, Biedronka — mruknął Norbert, nie podnosząc wzroku. — Pozycja czwarta: krem do rąk. Dziewiętnaście złotych dziewięćdziesiąt groszy. Ewelina, czy my nie ustalaliśmy, że kosmetyki kupujemy tylko w promocji albo przez internet w zbiorczych zamówieniach?

Zacisnęłam dłonie pod stołem.

— Skończył mi się, a miałam tak spierzchnięte dłonie, że pękała mi skóra. To była konieczność, Norbert.

Mąż westchnął, jakbym właśnie przyznała się do spalenia banknotów w kominku. Zdjął okulary i patrzył na mnie z politowaniem.

— Konieczność to chleb, woda i prąd. Krem za dwadzieścia złotych to luksus, na który nas jeszcze nie stać, jeśli chcemy zrealizować Plan. Zapisałem to w rubryce „Wydatki zbędne”. W przyszłym miesiącu odejmiemy to od twojej kwoty na drobne przyjemności.

Plan. Słowo klucz. Od pięciu lat żyliśmy dla Planu. Mieliśmy kupić dom pod miastem. Bez kredytu, za gotówkę, żeby być wolnymi ludźmi. Norbert powtarzał to jak mantrę. Wolność finansowa, bezpieczeństwo, niezależność. W imię tej wolności zrezygnowałam z wyjść z koleżankami, wakacji za granicą, a nawet z karnetu na siłownię i ćwiczyłam w domu na dywanie. Wtedy, przy tym stole, czułam tylko wstyd. Wstydziłam się, że zawiodłam, że jestem rozrzutna. Nie widziałam wtedy, że to nie ja mam problem z pieniędzmi.

Spojrzał na mnie chłodny

Sytuacja zaczęła się zagęszczać, gdy moja siostra, Sylwia, zaprosiła nas na swoje urodziny. To miała być okrągła rocznica, trzydziestka, więc organizowała dużą imprezę w wynajętej sali. Cieszyłam się na to wyjście. Od miesięcy nigdzie nie bywaliśmy, nasze życie towarzyskie zamarło, bo każde wyjście generowało koszty.

— Nie mamy budżetu na prezent w tym miesiącu — oświadczył Norbert, gdy wspomniałam o imprezie. – A poza tym, dojazd tam to prawie czterdzieści kilometrów w jedną stronę. Paliwo poszło w górę.

— Norbert, to moja siostra — zaprotestowałam słabo. — Nie mogę nie iść. Kupimy jej coś symbolicznego, książkę albo kwiaty. A paliwo... przecież po to pracujemy, żeby czasem żyć.

Spojrzał na mnie chłodno.

— Ty chcesz żyć chwilą, a ja chcę nam zapewnić bezpieczną jesień życia. Ale dobrze. Pojedziemy. Tylko pamiętaj, że to oznacza cięcia w kategorii żywność w przyszłym tygodniu. Żadnych serów pleśniowych ani wędlin z górnej półki. Przechodzimy na dietę bazową.

Na imprezie czułam się fatalnie. Miałam na sobie sukienkę sprzed czterech lat, która była już nieco sprana i ciasna w talii. Inne kobiety błyszczały, pachniały drogimi perfumami, śmiały się beztrosko. Ja stałam w kącie, sącząc wodę z cytryną, bo Norbert uznał, że drinki w barze są „złodziejstwem w biały dzień” i nie pozwolił mi nic zamówić poza pakietem powitalnym. W pewnym momencie Sylwia odciągnęła mnie na bok.

— Ewelina, wszystko u was w porządku? — zapytała, patrząc na moje zniszczone buty, które próbowałam ukryć pod krzesłem. — Wyglądasz na zmęczoną. I... przepraszam, że to mówię, ale zgasłaś.

— Oszczędzamy na dom — wyrecytowałam formułkę, którą wpoił mi mąż. — Wiesz, jak jest. Ceny nieruchomości szaleją, musimy być zdyscyplinowani.

— Zdyscyplinowani? — Sylwia uniosła brew. — Ewelina, ty zarabiasz świetne pieniądze. Norbert też nie narzeka na brak pracy jako informatyk. Czy wy naprawdę musicie żyć jak mnisi? Widziałam, jak Norbert patrzył na ciebie, gdy sięgałaś po tort. Jakby liczył kalorie albo... cenę kawałka.

— Przesadzasz — ucięłam rozmowę, choć w środku czułam, że siostra dotknęła czułego punktu. — Po prostu mamy cel.

Kiedy wracaliśmy do domu, Norbert był milczący. Dopiero w przedpokoju rzucił:

— Widziałem, że dałaś kelnerowi napiwek. Pięć złotych.

Zamarłam.

— Był bardzo miły, pomógł mi z płaszczem...

To jego praca — przerwał mi ostro. — Pięć złotych tu, pięć tam. W skali roku to daje setki złotych. Czy ty kiedykolwiek nauczysz się szacunku do pieniądza?

Tej nocy płakałam w poduszkę, starając się nie wydawać dźwięków, żeby go nie obudzić. Czułam się uwięziona we własnym życiu, w klatce zbudowanej z paragonów i bilansów.

Odetchnęłam z ulgą

Przełom zaczął się tlić kilka tygodni później. Dostałam w pracy niespodziewaną premię kwartalną. Dwa tysiące złotych. Moja pierwsza myśl nie była radością, lecz strachem. Jak to zaksięgować? Jak powiedzieć o tym Norbertowi? Wiedziałam, że te pieniądze natychmiast znikną na „Koncie Przyszłości”, do którego nie miałam dostępu. Mąż zarządzał inwestycjami, ja byłam tylko dostawcą kapitału.

I wtedy zrobiłam coś, co dla Norberta byłoby zbrodnią najwyższej wagi. Nie powiedziałam mu. Postanowiłam, że te pieniądze będą moim małym sekretnym funduszem. Kupiłam sobie porządny zestaw do pielęgnacji twarzy, nową bieliznę i poszłam do fryzjera w godzinach pracy, żeby nie zauważył mojej nieobecności w domu. Resztę gotówki schowałam w pudełku po tamponach w szafce łazienkowej — jedynym miejscu, do którego Norbert nigdy nie zaglądał.

Czułam się z tym cudownie i jednocześnie potwornie winna. Kiedy wróciłam od fryzjera z delikatnie rozjaśnionymi włosami, serce waliło mi jak młotem.

— Byłaś u fryzjera? — zapytał od razu, gdy tylko weszłam do kuchni. Miał ten swój radar na wydatki.

— Nie, sama pofarbowałam. Kupiłam farbę w drogerii, tę tanią, o której mówiliśmy — skłamałam gładko, choć dłonie mi drżały.

— Wygląda profesjonalnie — mruknął podejrzliwie, ale wrócił do krojenia marchewki (kupionej na promocji, oczywiście).

Przez kolejne dni żyłam w napięciu. Bałam się, że sprawdzi moje konto, ale mieliśmy osobne rachunki bieżące, z których przelewaliśmy środki na wspólne. Dopóki przelew na „wspólne” wychodził w ustalonej kwocie, byłam bezpieczna. Przynajmniej tak mi się wydawało. Problem pojawił się, gdy pękła rura w łazience. Hydraulik zażądał gotówki. Norbert nie miał przy sobie wystarczającej kwoty, a bankomat był daleko.

— Masz jakąś gotówkę w domu? — zapytał, biegając ze ścierką.

— Nie, skąd — odpowiedziałam automatycznie.

— Cholera, muszę jechać do bankomatu. Pilnuj wody!

Kiedy wybiegł, odetchnęłam z ulgą. Ale to zdarzenie uświadomiło mi, jak bardzo nasze życie jest kruche, oparte na kłamstwach i kontroli. Nie wiedziałam jeszcze, że prawdziwe kłamstwo nie leży po mojej stronie.

Mojego nazwiska tam nie było

Tydzień później Tomasz wyjechał na szkolenie firmowe. Dwa dni wolności. Dwa dni bez audytu paragonów. Pierwszego wieczoru postanowiłam posprzątać w gabinecie, który był jego królestwem. Zwykle nie pozwalał mi tam dotykać jego papierów, twierdząc, że mam „chaos w rękach”, ale kurz na regałach był już nie do zniesienia. Przecierałam półki, układając segregatory. Każdy był idealnie opisany: „Rachunki 2021”, „Gwarancje”, „Podatki”. Tomasz był pedantem w każdym calu. Kiedy przesuwałam stertę czasopism motoryzacyjnych, z jednego z nich wypadła koperta. Nie była zaklejona.

Zwykła ciekawość. Tylko tyle. Podniosłam ją, chcąc włożyć z powrotem, ale moją uwagę przykuło logo na nagłówku wystającym ze środka. To nie był bank, w którym mieliśmy nasze „Konto Przyszłości”. To była firma deweloperska specjalizująca się w luksusowych apartamentach inwestycyjnych. Serce podeszło mi do gardła. Czyżby Norbert zrobił nam niespodziankę? Czyżbyśmy wreszcie kupowali nasz wymarzony dom?

Drżącymi rękami wyjęłam dokumenty. To był akt notarialny oraz harmonogram wpłat. Data zawarcia umowy: rok temu. Przedmiot: lokal mieszkalny o powierzchni 38 metrów kwadratowych w centrum miasta. Stan deweloperski premium. Cena: zwaliła mnie z nóg. Zaczęłam czytać dalej, szukając swojego nazwiska. Ewelina... Gdzie jest Ewelina? Przecież mieliśmy wspólnotę majątkową, choć Norbert wymusił na mnie pewne rozdzielności przy konkretnych kontach „dla bezpieczeństwa”.

Mojego nazwiska tam nie było. Właścicielem był Norbert. Tylko on. Co więcej, w dokumentach znalazłam potwierdzenia przelewów. Kwoty, które co miesiąc znikały z naszego budżetu pod pretekstem „oszczędzania na dom”, w rzeczywistości szły na spłatę rat tego mieszkania i jego wykończenie. Usiadłam na podłodze, czując, jak świat wiruje. Przeglądałam kolejne kartki. Faktury za włoskie kafelki. Faktura za system audio do „strefy relaksu”. Paragon za ekspres do kawy za pięć tysięcy złotych. Pięć tysięcy! Podczas gdy ja piłam kawę rozpuszczalną, bo ziarnista była „zbyt drogim kaprysem”.

To nie było mieszkanie na wynajem. Z korespondencji mailowej, którą znalazłam wydrukowaną i dopiętą do teczki (Norbert archiwizował wszystko), wynikało jasno. Pisał do projektanta wnętrz: „Chcę, żeby to był mój azyl. Miejsce, gdzie będę mógł odpocząć w ciszy. Styl męski, surowy. Żadnych zbędnych ozdobników”.

Jego azyl. Jego ucieczka. Budował sobie gniazdko za nasze wspólne pieniądze. Za moje dziurawe buty, za moje niewykorzystane wakacje, za moje upokorzenia przy kuchennym stole.

On nie czuł się winny

Nie zadzwoniłam do niego. Nie zrobiłam awantury przez telefon. Czekałam. Te dwa dni były najdłuższymi w moim życiu. Zrobiłam zdjęcia wszystkich dokumentów. Przejrzałam historię rachunków, do których znalazłam hasła w jego notesie (oczywiście zapisanym szyfrem, który jednak dla żony znającej jego obsesje był łatwy do złamania). Okazało się, że „Konto Przyszłości” było prawie puste. Wszystko szło na bieżąco w ten apartament.

Kiedy Norbert wrócił w piątek wieczorem, był w dobrym nastroju.

— Cześć, kochanie. Jak minął tydzień? Ile wydałaś na zakupy spożywcze? — zapytał już w progu, zdejmując buty.

Siedziałam w kuchni przy stole. Na blacie nie było obiadu. Leżał tam tylko czarny zeszyt, ten sam, w którym co niedzielę rozliczał mnie z każdej złotówki. Obok położyłam wydruk aktu notarialnego. Norbert wszedł do kuchni, uśmiechając się, ale uśmiech zgasł, gdy zobaczył dokumenty. Jego twarz stała się szara, a potem nienaturalnie spokojna.

Grzebałaś w moich rzeczach — powiedział cicho. Nie: „przepraszam”, nie: „wyjaśnię ci”. Oskarżył mnie.

— To są nasze pieniądze, Norbert — powiedziałam głosem, który w ogóle nie drżał. Byłam tak wściekła, że strach wyparował. — Przez pięć lat odmawiałam sobie wszystkiego. Chodziłam w starych płaszczach. Wstydziłam się wyjść z koleżankami na pizzę. A ty w tym czasie kupowałeś włoskie kafelki do swojej kawalerki?

— To inwestycja — warknął, podchodząc do stołu. — To zabezpieczenie kapitału. Nie rozumiesz tego, bo nie masz głowy do interesów.

— Inwestycja na twoje nazwisko? „Męski azyl”? — zacytowałam jego maila. — Czy ty w ogóle planowałeś mnie tam zabrać? Czy to miała być twoja szalupa ratunkowa, gdy już znudzisz się tresowaniem mnie?

Milczał przez chwilę, po czym prychnął z pogardą.

Jesteś niewdzięczna. Wszystkim zarządzam, biorę na siebie ciężar odpowiedzialności. Chciałem to przygotować, a potem... może byśmy to wynajęli. Ale ty musisz wszystko zepsuć swoją wścibskością.

Wtedy to do mnie dotarło. On nie czuł winy. Dla niego to ja byłam problemem, błędem w systemie, który ośmielił się sprawdzić kod źródłowy. Jego zeszyt nie służył oszczędzaniu. Służył kontroli. Chciał mieć pewność, że nie wydam ani grosza, który mógłby trafić na jego prywatny cel.

— Wyprowadzam się – powiedziałam, wstając. — I biorę ze sobą połowę wartości tego, co tam wpompowałeś. Mam dowody, że to szło z naszych wspólnych środków. Prawnik już je widział.

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam w oczach Norberta strach. Nie o mnie, nie o nas. O pieniądze. O jego drogocenny azyl.

— Nie zrobisz tego — syknął. — Nie stać cię na prawnika.

Uśmiechnęłam się smutno.

— Zdziwiłbyś się, ile można zaoszczędzić, gdy przestaje się finansować egoistę. Mam premię. I mam rodzinę, która mi pomoże.

Został ze swoim apartamentem

Sprawa rozwodowa trwała prawie rok. Norbert walczył o każdą złotówkę, przynosił do sądu te swoje zeszyty, próbując udowodnić moją „niegospodarność”. Sędzia jednak patrzyła na niego z narastającym niedowierzaniem, zwłaszcza gdy przedstawiłam dowody na to, że w miesiącu, w którym on kupił do swojego apartamentu fotel za siedem tysięcy, mnie zrobił awanturę o zakup leków na przeziębienie.

Wygrałam. Odzyskałam swoją część pieniędzy, choć kosztowało mnie to mnóstwo nerwów. Dziś, dwa lata później, siedzę w wynajmowanym mieszkaniu. Nie jest idealne, nie ma włoskich kafelków, ale jest moje. Na stole leży mój własny notes. Zapisuję w nim wydatki, ale robię to inaczej. Wczoraj zapisałam: „Kawa z Sylwią – 45 zł. Wartość: bezcenna”. „Nowa sukienka – 200 zł. Wartość: poczucie kobiecości”.

Nauczyłam się, że pieniądze są środkiem do życia, a nie jego celem. A prawdziwe oszczędności to te, które gromadzimy w sobie: szacunek, spokój i radość. Tego nie da się wpisać w żaden Excel, ale to właśnie one stanowią o tym, czy jesteśmy bogaci. Norbert został ze swoim apartamentem. Podobno mieszka tam sam. Czasem wyobrażam go sobie, jak siedzi w tym idealnym, męskim wnętrzu, poleruje blat i liczy, ile prądu zużywa jego designerska lampa. I wiecie co? Wcale mu nie zazdroszczę. Bo ja wreszcie jestem na plusie.

Ewelina, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama