„Przez 40. lat nosiłam w sercu żal za utraconą miłością. Kto by pomyślał, że spotkamy się w sanatorium w Polanicy?”
„To był on, Czesław. Mój Czesiek. Mężczyzna, którego kochałam do szaleństwa w 1978 roku. Mężczyzna, który obiecał, że przyjedzie po mnie na motorze i zabierze nad morze, a potem zniknął bez śladu, łamiąc mi serce na milion małych, ostrych kawałków”.

Miałam pić wodę mineralną o smaku zardzewiałych gwoździ, spacerować po parku i grzecznie kłaść się spać o dwudziestej drugiej. Taki był plan. Moja córka spakowała mi walizkę, wcisnęła w dłoń skierowanie i powiedziała: „Odpocznij, mamo, należy ci się”.
Nie chciałam tam jechać
Nienawidzę słowa „seniorka”. Brzmi jak wyrok. Jakby ktoś postawił na tobie pieczątkę „nieprzydatna do użycia, odstawić na boczny tor”. Mam nadciśnienie i biodro, które czuje deszcz, zanim chmury w ogóle pojawią się na horyzoncie, ale w środku wciąż jestem tą samą Stasią, która kochała tańczyć do białego rana. Tyle że świat przestał to zauważać. Dla mojej córki Agaty jestem darmową opiekunką do wnuków i osobą, której trzeba przypominać o braniu tabletek.
– Mamo, to sanatorium zrobi ci dobrze. Świeże powietrze, zabiegi, poznasz ludzi – mówiła, upychając moje swetry do walizki.
Poznam ludzi. Jasne. Stado takich samych jak ja rozbitków, licytujących się przy kolacji, kogo bardziej łupie w krzyżu i kto bierze więcej leków. Nie miałam ochoty na żadne nowe znajomości. Od śmierci mojego męża Mietka minęło pięć lat. Mietek był dobrym człowiekiem, solidnym jak dębowy stół. Kochałam go miłością, która daje poczucie bezpieczeństwa, ale nie przyprawia o palpitacje serca.
Kiedy wysiadłam z autobusu w Polanicy-Zdroju, uderzył mnie zapach wilgotnej ziemi i, o zgrozo, duszna woń perfum „Pani Walewska”, ciągnąca się za grupą kuracjuszek zmierzających w stronę domu zdrojowego. Recepcjonistka, kobieta o uśmiechu rekina, przydzieliła mi pokój numer 204 na drugim piętrze.
– Z widokiem na park – zaznaczyła, jakby dawała mi klucze do raju.
Była żywiołowa
Weszłam do środka. Dwa wąskie łóżka, szafa z płyty paździerzowej pamiętająca czasy Gierka i ona. Moja współlokatorka Halinka.
– Halina jestem! – krzyknęła kobieta siedząca na łóżku pod oknem. Miała burzę kruczoczarnych włosów, farbowanych tak intensywnie, że aż bolały oczy, i różowy szlafrok, który odsłaniał zdecydowanie za dużo dekoltu jak na godzinę czternastą. – Ale mów mi Hela. Znasz ten kawał o Heli? Nie? To ci potem opowiem, bo jest sprośny!
Westchnęłam w duchu. Muszę wytrzymać z nią trzy tygodnie.
– Stanisława – przedstawiłam się chłodno, stawiając walizkę.
– Stasia! Pięknie. Słuchaj, Stasia, tu są zasady. Łazienkę zajmuję od siódmej do siódmej trzydzieści, bo muszę zrobić tapetę. Jak nie zrobię oka, to nie wychodzę, bo tu chłopy są takie, że trzeba polować!
Halinka była żywiołem. Wdowa od dekady, przyjechała tu z jasnym celem: znaleźć kogoś do tańca i do różańca, a najlepiej do tego, co pomiędzy. Już pierwszej godziny dowiedziałam się, że ordynator ma krzywe nogi, kucharz podobno dolewa wody do zupy, a w pokoju 308 mieszka jakiś emerytowany pułkownik, na którego polują trzy piętra.
– A ty, Stasia? Szukasz kogoś? – zapytała, malując paznokcie na krwistą czerwień. Zrobiło mi się duszno od zapachu lakieru.
– Szukam świętego spokoju – odparłam, wyciągając książkę.
Była w swoim żywiole
Zaśmiała się chrapliwie.
– Spokój to będziesz miała w trumnie, kochana. Tutaj życie tętni! Dziś są pierwsze tańce zapoznawcze. Idziemy!
– Nie idę. Boli mnie głowa.
– Weźmiesz tabletkę i pójdziesz. Nie będziesz mi tu gniła w pokoju jak stara pieczarka.
I tak, zmanipulowana przez kobietę w różowym szlafroku, tego wieczoru wylądowałam na sali dancingowej. Przetrwałam wieczorek zapoznawczy, siedząc w kącie i pijąc sok pomarańczowy, podczas gdy Hela wywijała na parkiecie z jakimś niskim panem o czerwonej twarzy. Myślałam, że najgorsze za mną. Że teraz czeka mnie już tylko rutyna: borowina, inhalacje, obiady.
Stołówka w sanatorium to miejsce specyficzne. Dźwięk uderzania łyżkami o talerze przypominał mi szkolne lata. Zapach gotowanej kapusty mieszał się z wodą kolońską panów, którzy do obiadu zakładali najlepsze koszule. Siedziałam przy stoliku z Helą i dwoma małomównymi braćmi z Podlasia, kiedy nagle Hela trąciła mnie łokciem w żebra.
– Patrz, Stasia. Nowy pensjonariusz wjechał. Dopiero co go zameldowali. Taki trochę siwy wilk.
To był on
Podniosłam wzrok znad talerza z zupą ogórkową. Przy wejściu stała pielęgniarka, wskazując stolik wysokiemu mężczyźnie. Siwe włosy, starannie zaczesane do tyłu. Prosta sylwetka. Odwrócił się profilem, szukając swojego miejsca. Wtedy to zobaczyłam. Ten profil, nos z lekkim garbkiem, pamiątka po bójce w liceum. Ten sposób, w jaki marszczył brwi, gdy coś mu się nie podobało. Serce nie zabiło mocniej. Ono stanęło. Po prostu przestało pompować krew, a potem ruszyło z taką siłą, że aż zakręciło mi się w głowie. Upuściłam łyżkę.
– Stasia? Co ci jest? Zbladłaś jak ściana – usłyszałam głos Heli, ale brzmiał jakby dochodził zza grubej szyby.
To był on, Czesław. Mój Czesiek. Mężczyzna, którego kochałam do szaleństwa w 1978 roku. Mężczyzna, który obiecał, że przyjedzie po mnie na motorze i zabierze nad morze, a potem zniknął bez śladu, łamiąc mi serce na milion małych, ostrych kawałków, które raniły mnie przez lata.
– Muszę wyjść – wydukałam, wstając gwałtownie. Krzesło zachrobotało po podłodze.
– Ale drugie danie! Schabowy jest! – krzyknęła za mną Hela.
Nie słuchałam
Wybiegłam ze stołówki, modląc się, żeby mnie nie zauważył, ale w drzwiach, instynktownie, odwróciłam się na ułamek sekundy. Patrzył prosto na mnie. Jego niebieskie oczy, teraz otoczone siecią zmarszczek, rozszerzyły się w wyrazie absolutnego niedowierzania. Poznał mnie. Mimo moich siwych włosów, mimo dodatkowych kilogramów, mimo okularów poznał mnie.
Zamknęłam się w łazience na korytarzu i oparłam czoło o zimne kafelki. W lustrze zobaczyłam przerażoną starszą panią. Gdzie podziała się ta dziewczyna z warkoczem, która całowała się z nim w deszczu pod wiatą przystankową?
Wspomnienia uderzyły mnie jak fala powodziowa. Rok 1978. Miałam dwadzieścia dwa lata. On był o trzy lata starszy, taki „niebezpieczny chłopak” z gitarą i marzeniami o wolności, których moi rodzice nienawidzili. Ojciec nazywał go chuliganem i niebieskim ptakiem. Dla mnie był całym światem. Planowaliśmy ślub w tajemnicy. Mieliśmy uciec. Czekałam spakowana tamtej nocy. Czekałam do świtu. Nie przyjechał.
Dwa dni później dowiedziałam się, że wyjechał z miasta. Ktoś powiedział, że widział go z inną. Ktoś inny, że po prostu stchórzył. Nigdy nie dostałam listu, telefonu, nic. Wyszłam za Mietka rok później, z rozsądku, z żalu, z potrzeby stabilizacji. Było mi z nim dobrze, ale nigdy, przenigdy nie poczułam przy nim tego ognia, co przy Cześku.
Miałam do niego żal
– I co teraz, Stasiu? – zapytałam swoje odbicie. – Masz siedemdziesiąt lat, a trzęsiesz się jak nastolatka.
Wzięłam głęboki oddech. Nie dam się. Jestem dorosła, to przeszłość. Wyjdę stąd, pójdę na spacer i będę go unikać przez trzy tygodnie. To duży obiekt, dam radę. Wychodząc z łazienki, wpadłam prosto na niego. Stał na korytarzu, oparty o ścianę, jakby na mnie czekał.
– Stasia? – Jego głos był niższy, bardziej chropowaty, ale melodia głosu była ta sama.
– Dzień dobry, panie Czesławie – powiedziałam oficjalnie, próbując go wyminąć. Moja torebka drżała w dłoniach.
Zastąpił mi drogę.
– Stasia, zaczekaj. Czy to… czy to naprawdę ty?
– Nie mam czasu. Mam zabieg – skłamałam, czując, jak policzki mi płoną.
– Tu zabiegi kończą się o trzynastej – uśmiechnął się kącikiem ust. Ten cholerny, łobuzerski uśmiech. Zmarszczki wokół jego oczu pogłębiły się, dodając mu tylko uroku.
– Proszę mnie zostawić. Nie mamy o czym rozmawiać. Wszystko zostało powiedziane czterdzieści lat temu. Milczeniem.
Jego twarz spoważniała. W oczach pojawił się ból, którego się nie spodziewałam.
– Nic nie zostało powiedziane, Stasiu. I właśnie po to tu jestem. Może los wreszcie przestał być dla mnie wredny. Musimy porozmawiać.
– Nie muszę niczego – warknęłam, czując napływ dawnej złości. – Zostawiłeś mnie.
Ukartowali to
– Nigdy cię nie zostawiłem – powiedział, patrząc mi prosto w oczy. – To twój ojciec powiedział mi, że wyszłaś za mąż i nie chcesz mnie znać. Pokazał mi zaproszenie na ślub.
Zamarłam.
– Jaki ślub? Wzięłam ślub rok później!
Czesław potarł twarz dłonią. Dłonią dużą, spracowaną, ale zadbaną.
– Spotkajmy się wieczorem przy fontannie o dziewiętnastej. Proszę. Jeśli po tym, co ci powiem, będziesz chciała odejść, zniknę. Przysięgam.
Odeszłam bez słowa, ale wiedziałam, że tam pójdę. Ciekawość była silniejsza od rozsądku. Ubrałam się staranniej niż zwykle. Hela, oczywiście, to zauważyła.
– Oho! Widzę, że schabowy nie był jedynym daniem, które cię zainteresowało! Ten nowy, co? Ten wysoki? Widziałam, jak gadaliście na korytarzu. Brawo, Stasia! Do ataku!
– Idę na spacer, Hela. Daj mi spokój.
– Załóż tę czerwoną apaszkę. Dodaje ci wigoru! – krzyknęła za mną.
Chciałam poznać prawdę
Park zdrojowy wieczorem był magiczny, latarnie rzucały ciepłe światło na alejki, słychać było cichą muzykę z pobliskiej kawiarni. Usiedliśmy na ławce. Zachowywaliśmy dystans, jakbyśmy bali się, że dotyk spowoduje wybuch.
Opowiedział mi wszystko. O tym, jak przyszedł do mojego domu tamtego wieczoru, ale mój ojciec wyszedł do niego z kolegami. O groźbach. O tym, że ojciec wmówił mu, że jestem w ciąży z innym i że planujemy szybki ślub. Czesław był młody, dumny i głupi. Uwierzył. Wsiadł w pociąg i pojechał na drugi koniec Polski, do wujka. Przez lata bał się sprawdzić prawdę. Potem założył rodzinę, ale…
– To nigdy nie było to – powiedział, patrząc na swoje buty. – Moja żona zmarła trzy lata temu. Była dobrą kobietą, ale całe życie szukałem w niej ciebie.
Słuchałam tego i łzy płynęły mi po policzkach. Zmarnowaliśmy tyle czasu przez kłamstwo i dumę. Przez mojego ojca, który chciał dla mnie lepszej partii.
– I co teraz? – zapytałam szeptem.
Czesław powoli, ostrożnie przesunął rękę po oparciu ławki i dotknął mojego ramienia. Autentyczny prąd przeszedł przez moje ciało, od karku aż do pięt.
– Teraz wypijemy herbatę. A potem zobaczymy.
Znów to poczułam
Przez następne dni Polanica przestała być uzdrowiskiem. Stała się naszą kryjówką. Hela była zachwycona, choć oficjalnie nic jej nie mówiłam.
– Stasia, ty promieniejesz! Ten borowinowy okład to chyba na mózg ci podziałał, bo masz oczy jak dwudziestolatka! – rechotała, kiedy wracałam do pokoju tuż przed ciszą nocną.
Napięcie między nami rosło z każdą godziną. To nie była spokojna przyjaźń dwojga staruszków. To było nienasycone pragnienie, spotęgowane czterdziestoma latami rozłąki. Pamiętam ten czwartek. Poszliśmy na dalszy spacer, w stronę lasu, z dala od wścibskich oczu kuracjuszy. Zaczęło padać. Schroniliśmy się pod drewnianą wiatą turystyczną. Byliśmy mokrzy, zdyszani po podejściu pod górę. Czesław zdjął marynarkę i zarzucił mi ją na ramiona. Jego dłonie zatrzymały się na mojej szyi.
– Tyle lat… – szepnął.
Pocałował mnie. To był pocałunek mężczyzny, który pragnął kobiety. W tym momencie nie liczyły się moje żylaki, jego leki na serce, nasze dorosłe dzieci i wnuki. Byliśmy tylko my. To, co działo się później, było szalone. Wymykaliśmy się z sanatorium jak nastolatkowie.
– Jesteś piękna – mówił. – Jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie.
Ludzie gadali
Oczywiście w sanatorium nic się nie ukryje. Plotki rozeszły się szybciej niż wirus grypy. Zaczęły się spojrzenia. Szepty przy obiedzie.
– Patrz, to ta, co się z tym siwym prowadza. Wstyd, w tym wieku – usłyszałam kiedyś w kolejce do windy.
Zabolało, ale wtedy Czesław chwycił mnie za rękę, publicznie, przy wszystkich. Splótł swoje palce z moimi i spojrzał wyzywająco na plotkary.
– Niech gadają. Zazdroszczą, bo sami już zapomnieli, co to znaczy żyć – powiedział głośno.
Hela, o dziwo, stała za mną murem.
– A niech se używają! Życie jest krótkie! – krzyczała na korytarzu do jakiejś dewotki, która skrzywiła się na mój widok. – Stasia, ty bierz, co los daje, a tym babom nic do tego!
Ale najtrudniejsze miało dopiero nadejść. Telefon od córki.
– Mamo? Co ty tam wyprawiasz? – głos Agaty był lodowaty. – Dzwoniła do mnie ciocia Krysia. Jej znajoma jest w tym samym sanatorium. Podobno masz jakiegoś gacha? Mamo, to niepoważne. Jesteś babcią! Wróć do domu, proszę cię. To jakieś fanaberie.
Strofowała mnie
Rozłączyłam się. Ręce mi się trzęsły. Poczułam ten sam ciężar co w młodości – ciężar oczekiwań. Bądź grzeczna, co ludzie powiedzą, nie wypada. Siedziałam na łóżku i płakałam. Czy ja zwariowałam? Może Agata ma rację? Może jestem żałosną staruszką, która bawi się w miłość? Czesław znalazł mnie w parku godzinę później. Oczy miałam czerwone od płaczu.
– Co się stało? – usiadł obok.
Opowiedziałam mu o rozmowie z córką. O wstydzie. O strachu. Milczał przez chwilę, patrząc na wiewiórki skaczące po drzewach.
– Mój syn też by pewnie tak powiedział – odezwał się w końcu. – Że mi odbiło. Że powinienem siedzieć w fotelu i czekać na śmierć, ale wiesz co? Mam to gdzieś. Przeżyłem zawał dwa lata temu. Leżałem w szpitalu i myślałem tylko o jednym: że moje życie było poprawne, ale puste. Że nie zawalczyłem o to, co było dla mnie ważne. O ciebie.
Spojrzał na mnie z taką determinacją, że aż mnie dreszcz przeszedł.
– Nie pozwolę ci znowu uciec. Nie obchodzi mnie twoja córka, mój syn, ani te wszystkie baby w stołówce. Kochałem cię przez czterdzieści lat, nawet jak o tym nie wiedziałem. Nie zmarnujmy tego czasu, który nam został. Może to rok, może dziesięć lat. Ale niech to będzie nasz czas.
Nie słuchałam ich
Turnus dobiegał końca. Walizki były spakowane. Hela płakała, żegnając się ze mną i z pułkownikiem, którego w końcu poderwała na ostatnim dancingu.
– Będę dzwonić, Stasia! I trzymam kciuki za ciebie i Cześka! Pokażcie im!
Stałam na dworcu autobusowym. Czesław miał pociąg godzinę później w inną stronę. Mieszkał we Wrocławiu, ja w Krakowie. To nie był koniec świata, ale dla ludzi w naszym wieku każda podróż to wyprawa. Czekał ze mną do odjazdu autobusu. Trzymaliśmy się za ręce, nie zważając na ludzi.
– Przyjadę do ciebie w przyszły weekend – powiedział stanowczo. – Powiem synowi. A ty powiedz córce. Nie pytaj ich o zdanie. Poinformuj ją.
– Boję się.
– Ja też, ale bardziej boję się życia bez ciebie.
Pocałował mnie na pożegnanie. Wsiadłam do środka, czując się jak bohaterka filmu. Kiedy wróciłam do domu, mieszkanie wydawało się jeszcze bardziej ciche i puste niż wcześniej. Agata przyszła wieczorem, gotowa na zrobienie mi awantury.
– Mamo, musimy porozmawiać o twoim zachowaniu – zaczęła tonem nauczycielki.
Byłam twarda
Spojrzałam na nią. Na moją dorosłą córkę, która zapomniała, że jej matka też jest człowiekiem.
– Tak, musimy – przerwałam jej spokojnie, stawiając na stole dwie filiżanki kawy. – Ale nie o moim zachowaniu, tylko o mojej przyszłości. Czesław przyjeżdża w sobotę. Zjesz z nami obiad, jeśli będziesz chciała. Jeśli nie – trudno, ale nie pozwolę ci meblować mojego życia. Wychowałam cię, pomagam ci przy dzieciach, ale to moje serce. I nikt nie ma prawa mi mówić, kiedy ma przestać bić mocniej.
Czesław przyjechał w sobotę, z bukietem czerwonych róż. Jest ze mną od tamtego czasu. Minęły dwa lata. Czasami kłócimy się o głupoty, o to, kto ma pilot od telewizora, ale każdego wieczoru, kiedy kładziemy się spać, on całuje mnie i mówi: „Dobranoc, moja Stasiu”. A ja wiem, że sanatorium w Polanicy nie wyleczyło moich stawów. Bolą jak bolały. Ale wyleczyło moją duszę.
Miłość nie patrzy w metrykę. Czasami po prostu każe na siebie bardzo długo czekać, ale kiedy przychodzi… warto dla niej zaryzykować wszystko. Nawet opinię statecznej babci.
Stanisława, 70 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rodzina wpada do mnie na ferie jak do jakiegoś pensjonatu. Jeszcze tylko brakuje, by chcieli pobudkę na życzenie”
- „Liczyłam na romantyczne walentynki z mężem, a spędziłam je w garażu teścia. Nie wiem, czy kiedyś to sobie wybaczę”
- „Nie miałam pomysłu na obiad, ale z pomocą przyszła mi teściowa. Gdyby nie jej przepis, na drugie danie podałabym tosty”

