Reklama

Wszyscy mówili mi, że jestem naiwna. Że żonaty facet nigdy nie odchodzi, że to tylko statystyka, w której ja jestem błędem pomiarowym. Ja jednak wierzyłam w naszą wyjątkowość. Wierzyłam, gdy szeptał mi do ucha o swojej zimnej, martwej relacji z żoną, gdy planowaliśmy nasze przyszłe mieszkanie, gdy wybieraliśmy imiona dla dzieci, których jeszcze nie mieliśmy. Kochałam go miłością totalną, ślepą i głuchą na sygnały ostrzegawcze.

Zauroczył mnie

To była branżowa konferencja w Jachrance. Typowy korporacyjny spęd – dużo alkoholu, sztucznych uśmiechów i duszna atmosfera ambicji mieszająca się z zapachem drogich perfum. Robert był wtedy starszym managerem z sąsiedniego działu. Charyzmatyczny, pewny siebie, z tym rodzajem męskiego uroku, który sprawia, że kiedy na ciebie patrzy, czujesz się jedyną osobą w pomieszczeniu.

Wtedy, przy barze, gdy zamawiał dla mnie kolejne wytrawne wino, nie widziałam obrączki. A może nie chciałam jej widzieć? Zdjął ją wcześniej, chowając do kieszeni spodni, co odkryłam dopiero po roku. Tamtego wieczoru opowiedział mi historię, którą zna każda kochanka na świecie, choć każda myśli, że w jej przypadku to prawda objawiona. Opowiadał o samotności we dwoje. O żonie, Justynie, która zmieniła się po urodzeniu dzieci, o braku czułości, o tym, że żyją jak współlokatorzy.

Jego głos był niski, pełen smutku, który wydawał mi się taki autentyczny. Czułam się wybrana. Czułam, że to ja jestem tą, która go rozumie, która może go uratować. Kiedy wylądowaliśmy w jego pokoju hotelowym, nie myślałam o moralności. Myślałam o chemii, która nas spalała. Byłam przekonana, że to początek wielkiej miłości, a jego małżeństwo to tylko niefortunna przeszłość, która zaraz się skończy.

Czekałam cierpliwie

Minęły cztery lata. Cztery lata kłamstw, ukradkowych spotkań i obietnic bez pokrycia. Nasze życie toczyło się w trybie „stand-by”. Robert był mistrzem logistyki. Wymyślił system, który działał perfekcyjnie. Wtorki i czwartki były dla nas. Oficjalnie miał wtedy treningi squasha albo przedłużające się negocjacje z klientami. W rzeczywistości przyjeżdżał do mojego małego mieszkania na Mokotowie.

To były momenty, dla których żyłam. Gotowałam jego ulubione potrawy – risotto z grzybami, którego podobno Justyna nie umiała zrobić tak dobrze. Kochałam się z nim tak, jakby jutra miało nie być, starając się zrekompensować mu ten rzekomy chłód w domu. Każdy jego dotyk był obietnicą. Powtarzał mi wtedy:

– Wytrzymaj jeszcze trochę. To skomplikowane. Dzieci mają teraz egzaminy. Nie mogę im tego zrobić teraz.

Potem były święta Bożego Narodzenia, Wielkanoc, długie weekendy majowe. Wtedy zapadała cisza. Jego telefon milczał, a ja siedziałam sama w pustym mieszkaniu, wpatrując się w ekran smartfona, czekając na chociaż jeden sygnał, jedno „kocham cię, tęsknię”.

Zazdrościłam jej

Najgorsze były zdjęcia na Facebooku. Jego żona, którą opisywał jako zimną heterę, wrzucała fotki z rodzinnych wakacji. Uśmiechnięci, opaleni, trzymający się za ręce.

– To na pokaz – tłumaczył mi potem. – Muszę utrzymywać pozory ze względu na interesy teścia. Wiesz, jak to jest w tej branży. Rozwód teraz zniszczyłby moją firmę.

Wierzyłam. Pokłóciłam się nawet z moją najlepszą przyjaciółką.

– On cię wykorzystuje! – krzyczała na mnie, gdy po raz kolejny odwołał nasze wspólne wakacje dzień przed wylotem. – Jesteś dla niego darmową terapią i materacem. On nigdy jej nie zostawi!

– Nie znasz go! – broniłam go. – Nie wiesz, co oni przeżywają. On cierpi bardziej niż ja!

Przestałam odbierać telefony od przyjaciółki. Zostałam sama ze swoją tajemnicą i Robertem, który był moim całym światem. Po trzecim roku bycia „tą drugą”, zaczęłam naciskać. Moja cierpliwość się kończyła. Miałam 32 lata, zegar biologiczny tykał, a ja wciąż byłam panną z dochodzącym partnerem.

Coś się zmieniło

Robert wyczuł zmianę. Jest inteligentnym manipulatorem, wiedział, kiedy poluzować, a kiedy przyciągnąć smycz.

– Masz rację – powiedział pewnego wieczoru, gładząc mnie po włosach. – Już czas. Rozmawiałem z prawnikiem. Zaczynamy dzielić majątek, ale musimy być ostrożni, żeby Justyna nie puściła mnie w skarpetkach.

Moje serce zaczęło bić jak szalone. W końcu!

– Szukam dla nas domu – dodał szeptem. – Czegoś z dala od miasta. Tylko my, las i cisza. Tak jak marzyłaś.

To był ten haczyk, na który złapałam się ostatecznie. Przez kolejne pół roku żyliśmy wizją tego domu. Robert pokazywał mi katalogi, pytał o zdanie w sprawie kuchni, koloru ścian w sypialni. Czułam, że wreszcie budujemy coś trwałego.

– Kupiłem działkę – oznajmił w marcu. – W Konstancinie, ale na razie nie mogę cię tam zabrać, to ma być niespodzianka, gdy wyleją fundamenty. Poza tym, wiesz… oficjalnie to jeszcze wspólnota majątkowa, muszę to przepisać na firmę, to skomplikowane.

Uspokoiłam się. Przestałam robić sceny, gdy spóźniał się na spotkania. Byłam idealną, cierpliwą partnerką. Przecież budował dla nas dom.

Nie mogłam się doczekać

To był deszczowy wtorek. Robert wpadł do mnie prosto z biura, był zdenerwowany, chaotyczny.

– Zostawię u ciebie teczkę, okej? Nie mogę jej wziąć do domu, Justyna węszy. To dokumenty finansowe firmy, nie chcę awantur – rzucił w biegu, zbierając się do wyjścia wcześniej niż zwykle, bo córka ma gorączkę.

Zostałam sama z czarną, skórzaną aktówką leżącą na komodzie. Nigdy nie grzebałam w jego rzeczach. Szanowałam jego prywatność, bo tego ode mnie wymagał, ale tego wieczoru coś mnie tknęło. Może to intuicja, a może po prostu nuda? Podeszłam do teczki.

W środku były faktury, jakieś umowy leasingowe. I gruba, niebieska teczka z napisem „Projekt azyl”. Serce podeszło mi do gardła. „Azyl”. Tak nazywaliśmy nasze marzenie o ucieczce. Drżącymi rękami otworzyłam teczkę. To były plany architektoniczne. Piękny, nowoczesny dom parterowy z wielkimi przeszkleniami.

Zaczęłam przeglądać rzuty. Salon – 40 metrów. Sypialnia główna z garderobą. Gabinet. I wtedy mój wzrok padł na kolejne pomieszczenia. Pokój Poli. Pokój Antka. Pola i Antek to dzieci Roberta.

Nie mogłam uwierzyć

Dlaczego w naszym domu, w naszej ucieczce, są zaplanowane pokoje dla jego dzieci? Przecież mówił, że będą mieszkać z matką, a u nas będą tylko bywać w weekendy, w pokoju gościnnym. Tutaj mieli oddzielne, w pełni wymiarowe sypialnie z własnymi łazienkami.

Przewróciłam kolejną stronę. Projekt wnętrz. Wizualizacja kuchni. Była piękna, ale zupełnie nie w moim stylu. Zamiast nowoczesnego minimalizmu, o którym marzyłam i o którym mu mówiłam setki razy – styl prowansalski. Białe frezowane szafki, drewniane blaty. Dokładnie taki, o jakim Robert kiedyś z pogardą mówił, że to wymysł jego żony.

Na dole strony, w ramce z danymi inwestora, widniały nazwiska: Robert i Justyna. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Zrobiło mi się niedobrze. Musiałam usiąść na podłodze. To nie był dom dla nas. To nie był nowy start ze mną. To był ich nowy dom. Ich wspólna inwestycja. On nie szykował się do rozwodu. On cementował swoje małżeństwo nową, luksusową willą.

Zdradził mnie

Nie spałam całą noc. Rano zadzwoniłam do pracy i wzięłam urlop na żądanie. Musiałam to zobaczyć. Musiałam mieć pewność, zanim zrobię cokolwiek głupiego. W dokumentach był dokładny adres działki. Wsiadłam w samochód i pojechałam do Konstancina. Deszcz przestał padać, wyszło ostre, wiosenne słońce, które drażniło moje niewyspane oczy.

Znalazłam to miejsce bez trudu. Działka była ogromna, otoczona lasem. Budowa trwała w najlepsze – dom był już w stanie surowym zamkniętym. Zaparkowałam w bocznej uliczce, między drzewami, tak by nikt mnie nie zauważył. Serce waliło mi jak młot. Po piętnastu minutach podjechał samochód. Jego Volvo. Znałam ten dźwięk silnika lepiej niż własny oddech.

Wysiadł Robert. W dżinsach i luźnej koszuli, wyglądał na zrelaksowanego. Otworzył drzwi pasażera. Wysiadła Justyna. Nigdy nie widziałam jej na żywo, tylko na zdjęciach. Była niższa niż myślałam, drobna. Miała na sobie jasny płaszcz i nie wyglądała na zimną, nieszczęśliwą kobietę, o której słuchałam przez cztery lata.

Czułam się oszukana

Robert objął ją w talii. Coś do niej powiedział, a ona roześmiała się głośno. To był śmiech szczęśliwej, kochanej kobiety. Podeszli do budynku. Widziałam, jak Robert gestykuluje, pokazując jej coś na piętrze. Wyglądali jak para z reklamy dewelopera. Wtedy Justyna odwróciła się bokiem. Wiatr rozchylił poły jej płaszcza. Była w zaawansowanej ciąży. Brzuch był wyraźnie widoczny. W tym momencie mój świat się zawalił. Wszystko to było kłamstwem. Każde słowo.

Przez cztery lata byłam tylko odskocznią. Zabawką, która podnosiła jego ego, gdy w domu było nudno, ale gdy tylko sytuacja się stabilizowała, wracał do swojego gniazda. A ten dom, o którym opowiadał mi z taką pasją, kłamiąc, że to nasze miejsce, był prezentem dla niej i dla ich trzeciego dziecka.

Czułam się brudna, upokorzona, ale przede wszystkim czułam wściekłość tak czystą i gorącą, że mogłabym podpalić ten las samym spojrzeniem. Wróciłam do domu w amoku. Spakowałam jego rzeczy, które trzymał u mnie. Szczoteczkę do zębów, kilka koszul, zapasowe ładowarki, ulubiony kubek. Wszystko wrzuciłam do worka na śmieci. Wiedziałam, że przyjdzie wieczorem odebrać teczkę. Czekałam.

Byłam wściekła

O 19 usłyszałam klucz w zamku.

– Cześć, kochanie! – zawołał od progu, wchodząc z beztroskim uśmiechem. – Ale korki, masakra. Masz tą teczkę? Muszę lecieć, bo Justyna marudzi, że znowu siedzę po godzinach.

Stanęłam w korytarzu. Nie umalowałam się, nie uczesałam. Czułam, że wyglądam jak wrak, ale nie dbałam o to.

– Byłam tam – powiedziałam cicho.

Robert zamarł, zdejmując buty.

– Gdzie byłaś?

– W Konstancinie.

Jego twarz zmieniła się w ułamku sekundy. Uśmiech zniknął, zastąpiony przez czujność drapieżnika, który został zapędzony w kozi róg.

– Paulina, o czym ty mówisz? Śledziłaś mnie?

– Widziałam dom. Widziałam pokoje dla dzieci. Widziałam kuchnię w stylu prowansalskim. I widziałam twoją żonę. Gratuluję, trzecie dziecko w drodze? To ten efekt „martwej sypialni”?

Przez chwilę milczał. Spodziewałam się, że zacznie przepraszać, że padnie na kolana, zacznie wymyślać kolejne kłamstwa, że to wpadka, że to nic nie znaczy, ale on zrobił coś gorszego. Westchnął z irytacją, jakbym była niesfornym dzieckiem, które robi problemy z niczego.

Nie czuł się winny

– Nie rozumiesz – powiedział chłodno. – To nie jest takie proste. Życie to nie bajka. Budujemy ten dom, bo to inwestycja. A dziecko… to się po prostu stało. To miało naprawić naszą relację, dla dobra starszych dzieci.

– Naprawić relację? – zaśmiałam się histerycznie. – Przecież mówiłeś, że tam nie ma czego naprawiać! Mówiłeś, że mnie kochasz! Że to ja jestem twoim życiem!

– Bo jesteś! – podszedł do mnie, próbując mnie złapać za ramiona. – Jesteś moją odskocznią, moim tlenem. Przy tobie czuję, że żyję. Z nią to obowiązek, kredyty, rutyna. Z tobą to pasja. Nie możemy tego ciągnąć tak jak teraz? Przecież jest nam dobrze. Dom w Konstancinie nic nie zmieni między nami. Będę miał bliżej do ciebie niż z obecnego mieszkania.

Zatkało mnie. Jego tupet nie miał granic. On nie planował odejść. On planował mieć dwie rodziny. Jedną reprezentacyjną w pięknej willi, i drugą – mnie, ukrytą w cieniu, dyspozycyjną w każdy wtorek i czwartek, czekającą na ochłapy jego czasu. Zrozumiałam, że dla niego jestem tylko dodatkiem. Luksusowym gadżetem, jak skórzana tapicerka w samochodzie.

To był koniec

Podeszłam do drzwi i otworzyłam je szeroko.

– Wyjdź – powiedziałam. Mój głos był dziwnie spokojny.

– Paulina, przestań histeryzować. Porozmawiajmy jak dorośli.

– Wyjdź! – wrzasnęłam tak głośno, że sąsiad z góry musiał to usłyszeć.

Rzuciłam w niego workiem z jego rzeczami. Koszule wysypały się na klatkę schodową.

– Jesteś wariatką – syknął, zbierając swoje rzeczy. Cały urok prysł. Zobaczyłam go takim, jakim był naprawdę. Małym, egoistycznym kłamcą z przerośniętym ego. – Jeszcze do mnie zadzwonisz. Zawsze dzwonisz. Nie poradzisz sobie beze mnie.

Trzasnęłam drzwiami. Przekręciłam oba zamki. Oparłam się o nie plecami i zsunęłam na podłogę.

Czułam dziwną pustkę, ale też ulgę. Cztery lata czekałam na życie, które nie istniało. Wzięłam telefon. Wybrałam numer, który znałam na pamięć, choć nie dzwoniłam tam od miesięcy.

– Halo? – usłyszałam zdziwiony głos Magdy.

– Miałaś rację – wychrypiałam. – We wszystkim miałaś rację.

– Gdzie jesteś? – zapytała bez cienia satysfakcji w głosie. Tylko troska.

– W domu. Sama.

– Będę za piętnaście minut z winem i pizzą. Nie ruszaj się.

Zrozumiałam swój błąd

Od tamtego dnia minęły trzy miesiące. Nie jest łatwo. Czasami budzę się w nocy i brakuje mi jego ciepła obok. Ciało ma swoją pamięć, a serce nie słucha rozumu od razu. Robert próbował się kontaktować. Dzwonił z nieznanych numerów, wysyłał maile z pracy. Pisał, że tęskni, że popełnił błąd, że tamten dom to więzienie.

Nie odpisałam ani razu. Zablokowałam go wszędzie. Dowiedziałam się od znajomych, że Justyna urodziła syna. Są szczęśliwą rodziną w nowej rezydencji w Konstancinie. Niech będą. Ja muszę odbudować siebie. Straciłam cztery lata.

To dużo, ale odzyskałam resztę swojego życia. Szkoda, że nauka kosztowała mnie tak wiele, ale przynajmniej rachunek został uregulowany. Teraz piję kawę sama. I smakuje lepiej niż najdroższy szampan pity w ukryciu. Bo to moja kawa, w moim życiu, w którym nie ma już miejsca na kłamstwa.

Paulina, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama