„Przez 30 lat pięłam się po szczeblach kariery. Dziś jestem samotna i żałuję, że wybrałam pracę zamiast rodziny”
„Jego słowa nie miały w sobie złośliwości. I to bolało najbardziej. On nie był zgorzkniały. Był szczęśliwy. Patrzył na mnie nie jak na utraconą miłość, ale jak na daleką znajomą, której się powiodło”.

Mam wszystko, o czym marzyłam jako dwudziestolatka: władzę, pieniądze, prestiż i szacunek w branży. A jednak, gdy gasną światła w biurowcach naprzeciwko, czuję w klatce piersiowej pustkę tak wielką, że fizycznie sprawia mi ból.
Ciężko pracowałam
Pamiętam dzień, w którym dostałam klucze do tego gabinetu. Było to trzy lata temu. Awans na wiceprezes zarządu międzynarodowej korporacji. Szczyt, na który wspinałam się, drapiąc pazurami po szkle, przez niemal trzy dekady. Asystentka, młoda i ambitna dziewczyna o imieniu Julia, wniosła karton z moimi rzeczami, patrząc na mnie z nieukrywanym podziwem.
– Pani prezes, to niesamowite – powiedziała wtedy. – Jest pani dla nas wszystkich inspiracją.
Uśmiechnęłam się do niej.
– Dziękuję, Julio. To efekt ciężkiej pracy i wyrzeczeń – odpowiedziałam, brzmiąc jak cytat z podręcznika motywacyjnego.
Wyrzeczenia. Wtedy to słowo brzmiało dumnie. Oznaczało nieprzespane noce nad raportami, weekendy spędzone w samolotach i brak czasu na głupoty. Dziś to słowo ma smak popiołu. Usiadłam w fotelu, obróciłam się w stronę okna i spojrzałam na miasto.
Czułam dumę, owszem. Ale pod tą dumą, gdzieś głęboko, czaił się cień. Wiedziałam, że wieczorem wrócę do pustego domu, zamówię catering dietetyczny i obejrzę wiadomości. Nie będzie nikogo, kto otworzyłby szampana. Nie będzie nikogo, kto zapytałby: jak się czujesz? Będą tylko gratulacje na portalu społecznościowym, lajki i komentarze od ludzi, którzy chcą coś ode mnie uzyskać.
Chciałam zrobić karierę
Trzydzieści lat temu miałam dwadzieścia osiem lat i świat stał przede mną otworem. Byłam zakochana w Igorze. Igor nie był typem biznesmena. Był majsterkowiczem, człowiekiem o brudnych rękach i sercu wielkim jak ocean. Planowaliśmy ślub.
Mieliśmy wybrane imiona dla dzieci – Zosia i Tomek. Mieliśmy nawet upatrzoną działkę pod miastem, gdzie Igor chciał zbudować nasz dom z wielkim ogrodem. Wszystko zmieniło się w jeden deszczowy czwartek. Mój szef wezwał mnie do siebie.
– Firma otwiera oddział w Londynie – powiedział. – Potrzebujemy tam kogoś takiego jak ty. Bystrego, bez zobowiązań, gotowego na wyzwania. To szansa na szybką ścieżkę kariery. Dwa lata kontraktu, a potem wracasz jako dyrektor.
Serce zabiło mi mocniej. Londyn, wielki świat, międzynarodowe transakcje. To było to, o czym marzyłam na studiach. Ale wiedziałam, co to oznacza. Igor nie mógł wyjechać, właśnie zakładał własną firmę, dostał pierwsze duże zlecenie w kraju. Rozmowa z nim była najtrudniejszą rzeczą, jaką zrobiłam w życiu.
– Dwa lata – tłumaczyłam gorączkowo, widząc, jak jego twarz tężeje. – To szybko zleci. Będziemy do siebie latać. Zarobimy na ten dom.
Zostawiłam go
Patrzył na mnie tymi swoimi ciepłymi, brązowymi oczami, w których powoli gasło światło.
– Nie chodzi o dom – powiedział cicho. – Chodzi o nas. Jeśli teraz wyjedziesz, to już nie wrócisz. Nie taka sama. Kariera cię pochłonie. Widzę, jak ci się świecą oczy, gdy mówisz o tym kontrakcie. Bardziej niż wtedy, gdy mówimy o naszej przyszłości.
– To nieprawda! – zaprzeczyłam gwałtownie, choć w głębi duszy wiedziałam, że ma rację. – Kocham cię, ale nie mogę zmarnować takiej szansy. Zrozum mnie.
– Rozumiem – odparł, wstając od stołu. – Ty wybierasz drogę na szczyt. Ja wybieram drogę do domu. Te drogi się rozchodzą.
Wyjechałam dwa tygodnie później. Płakałam w samolocie, ale gdy tylko wylądowałam na Heathrow i poczułam pęd wielkiego miasta, łzy wyschły. Rzuciłam się w wir pracy. Dwa lata zmieniły się w pięć.
Igor przestał pisać po pół roku. Słyszałam od wspólnych znajomych, że się ożenił, że ma córkę. Poczułam wtedy ukłucie zazdrości, ale szybko zagłuszyłam je kolejną premią roczną i awansem. Wmawiałam sobie, że on wybrał przeciętność, a ja wybrałam wybitność.
Nie miałam czasu
Praca zabrała mi nie tylko Igora. Zabrała mi też Beatę, moją młodszą siostrę. Beata była moim przeciwieństwem. Została w naszym rodzinnym mieście, wyszła za mąż za nauczyciela historii, urodziła trójkę dzieci. Żyli skromnie, czasem pożyczali ode mnie pieniądze, co zawsze robiłam z lekkim poczuciem wyższości, traktując to jak jałmużnę dla mniej zaradnych krewnych.
Problem polegał na tym, że pieniądze były jedyną rzeczą, jaką im dawałam. Nie miałam czasu. Nie przyjechałam na chrzciny jej pierworodnego syna. Wysłałam drogi prezent. Na komunię jej córki wpadłam na godzinę, z telefonem przy uchu, i wyjechałam przed tortem, bo musiałam zdążyć na samolot do Frankfurtu. Najgorsze przyszło pięć lat temu, gdy nasza mama zachorowała. Beata dzwoniła do mnie codziennie.
– Mama słabnie – mówiła drżącym głosem. – Przyjedź, proszę. Ona pyta o ciebie.
– Nie mogę teraz – odpowiadałam zniecierpliwiona, przeglądając w tym czasie prezentację na radę nadzorczą. – Mamy zamknięcie kwartału. Załatwię jej najlepszych lekarzy, opłacę prywatną opiekę.
– Ona nie potrzebuje lekarzy, ona potrzebuje córki! – krzyknęła wtedy Beata, co było do niej niepodobne. – Pieniądze to nie wszystko!
Różniłyśmy się
Mama odeszła dwa tygodnie później. Zdążyłam na pogrzeb, oczywiście. Przyjechałam w czarnym kostiumie od projektanta. Ludzie szeptali, patrząc na mnie. Czułam się jak aktorka na scenie, a nie jak żałobniczka. Po ceremonii Beata podeszła do mnie. Miała zmęczoną twarz, sińce pod oczami i tanie buty, ale biła od niej godność, której ja nie miałam.
– Dziękuję, że przyjechałaś – powiedziała chłodno. – Przelew za pomnik też dotarł. Ale wiesz co? Mama do końca patrzyła na drzwi. Czekała.
– Robiłam, co mogłam – broniłam się.
– Nie – przerwała mi siostra. – Robiłaś karierę. Jesteśmy kwita finansowo, ale emocjonalnie… Jesteś dla nas obca. Moje dzieci cię nie znają. Dla nich jesteś ciocią z telewizora.
Od tamtego dnia nasze kontakty stały się sporadyczne. Wysyłam prezenty na święta, ona odsyła kartki z podziękowaniem. Żadnych telefonów, żadnych zwierzeń. Mam siostrę, a jakbym jej nie miała.
Byłam surowa
Wróćmy do teraźniejszości. Ostatnie miesiące były dla mnie pasmem sukcesów zawodowych, które nie przynosiły żadnej satysfakcji. Zaczęłam zauważać rzeczy, na które wcześniej byłam ślepa. Zaczęłam obserwować moją asystentkę Julię. Widzę w niej siebie sprzed lat. Ten sam ogień w oczach, ta sama gotowość do poświęceń. Tydzień temu przyszła do mnie z prośbą o urlop.
– Pani prezes, mój chłopak zaplanował wyjazd w góry na rocznicę – powiedziała nieśmiało.
Spojrzałam na kalendarz. Mieliśmy audyt.
– Wiesz, jaki to ważny tydzień – powiedziałam tonem, którego używałam, by zamykać dyskusję. – Audytorzy będą tu siedzieć do nocy. Potrzebuję cię. Góry nie uciekną, a kariera wymaga priorytetów.
Zobaczyłam, jak jej twarz gaśnie. Dokładnie tak samo, jak twarz Igora trzydzieści lat temu.
– Tak, oczywiście, rozumiem – wydukała i wyszła.
Czułam się jak potwór. Zniszczyłam jej chwilę szczęścia w imię raportów, które za rok wylądują w niszczarce. Chciałam do niej podejść, powiedzieć: „Jedź, poradzę sobie sama”, ale nie potrafiłam. Maska twardej szefowej przyrosła mi do twarzy zbyt mocno.
Powiodło mu się
Kulminacja nastąpiła kilka dni później. Musiałam pojechać do urzędu miasta. To była rutynowa wizyta. Wychodząc z budynku, postanowiłam przejść przez pobliski park, żeby złapać chwilę oddechu przed kolejnym spotkaniem.
Dzień był piękny, słoneczny. Park tętnił życiem. Matki z wózkami, studenci na trawie, starsi ludzie karmiący gołębie. Szłam szybkim krokiem, stukając obcasami o asfalt, patrząc w ekran telefonu. Nagle na kogoś wpadłam.
– Przepraszam najmocniej – powiedziałam odruchowo, nie podnosząc wzroku.
– Nic się nie stało… Ala?
Ten głos… Nie słyszałam go od trzech dekad, a rozpoznałam natychmiast. Podniosłam głowę. Przede mną stał Igor. Był starszy, posiwiał na skroniach, przy oczach miał siateczkę zmarszczek, ale uśmiech pozostał ten sam. Obok niego stała kobieta w moim wieku, trzymająca go pod ramię, a wokół nich biegała dwójka małych dzieci.
– Co ty tu robisz?
– Przyjechaliśmy odwiedzić córkę, studiuje tutaj – wyjaśnił, wskazując na młodą dziewczynę, która właśnie do nich podchodziła z lodami. – Poznaj moją żonę Anię. I wnuki, Jaś i Maja.
Był szczęśliwy
Jego żona uśmiechnęła się do mnie ciepło, bez cienia wrogości. Pewnie nawet nie wiedziała, kim jestem. A może wiedziała i po prostu jej to nie obchodziło, bo wygrała.
– Miło mi – powiedziała.
– Gratuluję – powiedział Igor szczerze. – Widziałem cię kiedyś w gazecie. Wyglądasz na kobietę sukcesu. Osiągnęłaś to, co chciałaś.
Jego słowa nie miały w sobie złośliwości. I to bolało najbardziej. On nie był zgorzkniały. Był szczęśliwy. Patrzył na mnie nie jak na utraconą miłość, ale jak na daleką znajomą, której się powiodło. Byłam dla niego tylko epizodem z przeszłości, podczas gdy on był moją największą straconą szansą.
– A ty? – zapytałam, desperacko szukając tematu. – Zbudowałeś ten dom?
– Tak – zaśmiał się. – Trochę inny niż planowaliśmy, mniejszy, ale z wielkim ogrodem. Mamy tam teraz huśtawki dla wnuków.
Zazdrościłam mu
Chwilę później pożegnaliśmy się. Oni poszli w alejkę, ja zostałam sama na środku chodnika z teczką pełną dokumentów wartych miliony, i poczułam, że te miliony są bezwartościowe w porównaniu z tym, co właśnie zobaczyłam.
Patrzyłam za nimi, dopóki nie zniknęli za drzewami. Zrozumiałam wtedy, że Igor wybrał życie. Prawdziwe, pełne, ciepłe życie. A ja wybrałam chłód klimatyzowanych biur. Wróciłam do biura, ale nie mogłam się skupić. Odwołałam popołudniowe spotkania, co wywołało konsternację w sekretariacie. Wróciłam do mojego apartamentu.
Wyjęłam telefon. Lista kontaktów liczy ponad dwa tysiące numerów. Prezesi, dyrektorzy, politycy, dziennikarze. Ale nie ma tam nikogo, do kogo mogłabym zadzwonić i powiedzieć: „Jest mi smutno”. Nikogo, kto przyjechałby z kubełkiem lodów i posiedział ze mną w ciszy.
Przez lata wmawiałam sobie, że samotność to cena za sukces. Że ludzie na szczycie są samotni, bo niewielu potrafi dotrzymać im kroku. Bzdura. Jesteśmy samotni, bo odrzuciliśmy wszystkich, którzy chcieli iść z nami, ale nie w tym tempie, które narzuciliśmy. Budowałam mury zamiast mostów.
Myślę o Julii, mojej asystentce. Jutro rano pierwszą rzeczą, jaką zrobię, będzie wysłanie jej na ten urlop. Powiem jej, żeby wyłączyła telefon. Może dla niej nie jest za późno? Może ona nie popełni mojego błędu?
Alina, 52 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzieci traktują mnie jak bankomat, bo dostaję emeryturę po mężu. Zdziwią się, gdy zamiast spadku zobaczą figę z makiem”
- „Zainwestowałem moje oszczędności w remont domu rodziców. Szybko wyciągnęli ręce po więcej kasy”
- „W kolejce usłyszałam znajomy głos. W jednej chwili jesień mojego życia zmieniła się w kwitnącą wiosnę”

