„Przez 2 lata kochanek obiecywał mi, że odejdzie od żony. Zwodził mnie i kłamał, a ja marnowałam najlepsze lata”
„Siedzieliśmy wtedy w jego aucie pod moim blokiem. Patrzył na mnie tak intensywnie, że nie umiałam mu nie wierzyć. Chciałam w to wierzyć. Tak bardzo tęskniłam za czyimś dotykiem, za ciepłem. I właśnie wtedy zaczęło się coś, co miało mnie wiele kosztować”.

Wszystko zaczęło się zupełnie zwyczajnie. Nie planowałam romansu, nie szukałam wrażeń. Byłam po rozwodzie, z dorastającym synem i pustką, której nic nie potrafiło zapełnić. Kiedy poznałam Roberta, od razu poczułam, że coś mnie do niego ciągnie. Był czuły, zaangażowany, uważny. Tyle że… żonaty. Powiedział, że ich małżeństwo od dawna istnieje tylko na papierze, że łączy ich tylko kredyt i dzieci. Obiecywał, że odejdzie, że już rozmawiają o rozstaniu. A ja… uwierzyłam. Trwało to dwa lata. Dwa lata życia w cieniu, w kłamstwie, z nadzieją na coś, co nigdy nie nadeszło.
Wtedy potrzebowałam bliskości
Spotkaliśmy się na szkoleniu z zakresu zarządzania zespołem. Pracowałam wtedy w średniej firmie produkcyjnej, miałam za sobą trudny rozwód i próbowałam na nowo poskładać swoje życie. Nie szukałam niczego, nie miałam siły. I nagle on – Robert. Przystojny, z inteligentnym spojrzeniem, wyważony w słowach, zawsze uśmiechnięty. Usiedliśmy obok siebie zupełnie przypadkiem, a rozmowa między nami potoczyła się lekko, jakbyśmy znali się od lat. Już wtedy coś zadrgało. Poczułam dziwny spokój przy nim.
Zapytał, czy mam ochotę na kawę po zajęciach. Miałam. A potem jeszcze na spacer. Nie zająknął się, że ma żonę. O tym powiedział dopiero kilka dni później, jakby nie chciał tego przede mną ukrywać, ale też nie spieszyło mu się z prawdą. Powiedział, że to trudna relacja, że wszystko między nimi dawno wygasło.
– Nie śpimy razem, nie jesteśmy już parą, tylko współlokatorami – zapewniał.
Siedzieliśmy wtedy w jego aucie pod moim blokiem. Patrzył na mnie tak intensywnie, że nie umiałam mu nie wierzyć. Chciałam w to wierzyć. Tak bardzo tęskniłam za czyimś dotykiem, za ciepłem. I właśnie wtedy zaczęło się coś, co miało mnie wiele kosztować.
Każda obietnica budziła nadzieję
Na początku wszystko wydawało się możliwe. Spotykaliśmy się po pracy, czasem w weekendy, kiedy – jak mówił – jego żona wyjeżdżała z dziećmi do teściów. Zawsze miał plan, zawsze się starał. Przynosił wino, przygotowywał kolacje, potrafił przyjechać tylko po to, by mnie przytulić i zaraz wracać do domu.
– Jeszcze chwilę, kochanie. Już niedługo – szeptał, całując mnie w czoło. – Wszystko się zmieni.
Mówił, że muszę być cierpliwa. Że rozwód to nie taka prosta sprawa, że dzieci są jeszcze małe, że nie chce ich ranić. Tłumaczył się kredytem, który trudno będzie podzielić, teściową, która mu groziła, że wyciągnie brudy. A ja… słuchałam. Tłumaczyłam go przed sobą i przed przyjaciółkami, które z czasem zaczęły kręcić nosem.
– Jeśli naprawdę chce odejść, to odejdzie – mówiła Sylwia. – Nie trzymaj się jego słów, patrz na czyny.
Ale ja nie chciałam patrzeć. Wystarczyło, że przychodził, mówił, że tęskni, że tylko przy mnie czuje się sobą. Obiecywał, że wkrótce wszystko się ułoży. Każda jego obietnica była jak światło w tunelu, w który tak głęboko weszłam. Nie wiedziałam wtedy, że ten tunel nie ma końca.
Coś stawało na drodze do rozwodu
Z czasem zaczęłam zadawać pytania. Subtelnie, nie naciskałam. Wiedziałam, że nie znosi presji. Pytałam, czy rozmawiał już z żoną, czy wie, kiedy planuje wyprowadzkę. A on tylko wzdychał i odsuwał temat.
– Wszystko się skomplikowało – mówił. – Mieliśmy już wszystko ustalone, ale nagle teściowa zaczęła ją podpuszczać. Grozi, że odbierze mi dzieci. Wyczekajmy jeszcze trochę, proszę.
Z miesiąca na miesiąc „chwilę” przeciągał w nieskończoność. Coś się waliło w jego firmie, potem teściowa miała problemy zdrowotne, potem żona dostała depresji i nie chciał jej dobijać. Każda nowa historia była kolejnym powodem, by niczego nie zmieniać. Kiedy pewnego razu powiedziałam, że czuję się, jakby prowadził podwójne życie, złapał mnie za rękę i spojrzał z wyrzutem.
– To nie tak. Nie wiesz, ile mnie to wszystko kosztuje. Chcę być z tobą, tylko muszę to dobrze załatwić.
I znowu dałam się wciągnąć w jego narrację. Przecież nie płakałby przy mnie, gdyby kłamał. Nie przyjeżdżałby o północy, żeby tylko się przytulić. Tak myślałam. Wierzyłam, że jestem jego przyszłością, że tylko chwilowo tkwi w przeszłości. Nie dostrzegałam, że ona wcale nie zamierzała ustąpić miejsca.
Ciągle czekałam na kontakt
Z czasem moje życie zaczęło kręcić się wyłącznie wokół niego. Codziennie sprawdzałam telefon – rano, w pracy, przed snem. Czekałam na te krótkie wiadomości: „Myślę o tobie”, „Dzień dobry, kotku”, „Tęsknię”. Kiedy nie pisał przez kilka godzin, czułam niepokój. Gdy nie odpowiadał do wieczora – wpadłam w panikę. Tłumaczył, że ma dzieci, że nie może się zdradzić. A ja, zamiast się obrazić, zaczęłam go tłumaczyć. Przed sobą.
Moje życie towarzyskie zamarło. Coraz rzadziej wychodziłam z koleżankami, bo on mógł napisać. Nie rezerwowałam żadnych wyjazdów, bo „może wtedy znajdzie czas”. Nawet syn zaczął mnie pytać, czemu tak często się uśmiecham do telefonu. Bolało mnie to. Ale gdy Robert dzwonił wieczorem, jego głos koił wszystko.
– Gdybym mógł, już bym z tobą był. To tylko kwestia czasu.
Wszystko inne przestało mieć znaczenie. Zaniedbałam siebie, relacje z ludźmi, pasje. Tylko on się liczył. A przecież nadal był mężem innej kobiety. Nadal nie mieszkał ze mną. Nadal nie mogłam złapać go za rękę w sklepie. Byłam jego sekretem, którego nie miał odwagi ujawnić.
Poprosiłam go o wybór
Pewnego wieczoru siedziałam sama z kieliszkiem wina i patrzyłam w pusty ekran telefonu. Nie napisał nic przez cały dzień. Żadnego „hej”, żadnego „myślę o tobie”. Był czwartek – dzień, w który zawsze do mnie dzwonił po 21:00. Zegar wybił 23:10. Cisza. Poczułam, jak coś we mnie się zatrzymuje. Po raz pierwszy pomyślałam, że może już nie czeka na moment, kiedy będzie mógł ze mną być. Może czeka, aż mi się znudzi.
Następnego dnia sama do niego zadzwoniłam. Odebrał szybko, jakby nic się nie stało. Mówił coś o korkach, o zamieszaniu w pracy. Nie słuchałam.
– Robert – przerwałam mu. – Albo się rozstajesz z żoną teraz, albo ja odchodzę. Nie proszę o termin. Proszę o działanie.
Zamilkł. A potem zapytał, czy jestem pewna.
– Przecież wiesz, ile to wszystko dla mnie znaczy… – zaczął.
– I właśnie dlatego – odpowiedziałam – nie chcę być już tylko opcją.
Rozłączył się, obiecując, że się odezwie. Nie zadzwonił przez kilka dni. Potem przysłał krótką wiadomość: „Nie jestem gotowy. Przepraszam.” Tyle. Dwa lata nadziei – zakończone jednym zdaniem.
Dwa lata złudzeń
Po jego wiadomości przez długi czas nie mogłam złapać tchu. Nie dlatego, że nie wiedziałam, że to się tak skończy. Wiedziałam. Po prostu... nie chciałam dopuścić tej prawdy do siebie. Przez dwa lata czekałam. Wierzyłam, że miłość jest silniejsza niż przywiązanie, że związek bez namiętności w końcu się rozpadnie. Myliłam się. On nie chciał zmieniać swojego wygodnego życia. Ja byłam tylko dodatkiem – emocjonalną ucieczką, której nie planował przenieść do realnego świata.
Musiałam się podnieść. Odcięłam się. Zablokowałam jego numer, usunęłam zdjęcia, wiadomości, nawet przestałam jeździć tamtą trasą do pracy, by nie mijać jego osiedla. Nie było łatwo. Przez pierwsze tygodnie bywały dni, kiedy nie chciało mi się wstawać z łóżka. Ale z każdym kolejnym tygodniem wracałam do siebie. Przestałam czekać. Zaczęłam znów żyć.
Zrozumiałam, że kobieta nie powinna błagać o miłość. Nie powinna pozwalać się ukrywać. I że prawdziwa bliskość nie potrzebuje wymówek. Dziś patrzę na siebie w lustrze i nie szukam już potwierdzenia w oczach mężczyzny. Wiem, że zasługuję na więcej. I że nigdy nie wrócę do roli tej drugiej.
Natalia, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam zaradnego faceta, a trafiłam na lebiegę. Cieszę się, że chociaż jego ojciec potrafi o mnie dobrze zadbać”
- „Dzień Babci i Dziadka to moje przekleństwo. Na emeryturze miałam odpoczywać, a nie niańczyć niewychowane wnuki”
- „Wyszłam za mąż tylko dla pieniędzy. Dopiero po latach zrozumiałam, że gruby portfel nie zastąpi mi prawdziwej miłości”

