Reklama

Nigdy nie byłam duszą towarzystwa. Imprezy mnie męczą, tłum przytłacza, a rozmowy o niczym – nudzą bardziej niż ośmiogodzinny dzień w pracy. Maks dobrze o tym wiedział. Wiedział też, że nie przepadam za jego znajomymi – tą zgraną paczką z czasów liceum, która dziś udaje dorosłych z telefonem i winem w ręce, ale w środku nadal rozmawia głównie o tym, kto kogo „zrobił w balona” i jaką dramę miała Ola na ostatnim spotkaniu.

Nie chciałam tam iść. Naprawdę nie chciałam, ale Maks nalegał. Mówił, że za dużo ostatnio siedzimy w domu, że fajnie będzie się wyrwać, że Ola organizuje „coś luźnego, bez spiny”. No więc poszłam. W obcisłych jeansach, które mnie uwierały, z bólem głowy i jeszcze większym przeczuciem, że nie powinnam tam być.

Na miejscu od razu czułam się jak mebel. Wszyscy się znali. Żarty leciały cięgiem, a ja raz po raz zerkałam na telefon. Minęło dopiero 45 minut. Przysięgam, wydawało mi się, że siedzimy tam co najmniej trzy godziny. Usiadłam na parapecie w kuchni, Maks gdzieś zniknął, a ja w końcu nie wytrzymałam.

Wyszło trochę niezręcznie

– Lena, wszystko w porządku? – Maks wsunął się do kuchni z plastikowym kubkiem w dłoni. – Bo wyglądasz, jakby cię tu ktoś przywiązał.

– No bo trochę tak się czuję – odpowiedziałam półgłosem. – Nic tu po mnie. Ty masz z nimi kontakt, ja… po prostu tu stoję.

– Kochanie, przecież mówiłem, że to będzie luźne. Trochę wina, pogadamy, pośmiejemy się. No nie patrz tak.

Ja się nie śmieję – powiedziałam cicho, patrząc w blat. – Próbuję. Ale serio, Maks, mam ochotę już iść. Możemy za chwilę się zwinąć?

Westchnął i popatrzył gdzieś w bok.

– Daj spokój, dopiero przyszliśmy. Przecież nawet nie było tortilli, a Ola się tak starała. Nie bądź taka…

Nie skończył, a już sobie gdzieś poszedł. Zamiast odpowiedzi, wyjęłam telefon. Napisałam wiadomość do niego – kilka słów, w moim stylu, zniecierpliwionych, ale dobitnych. „Ta impreza to jakaś żenada. Jak długo jeszcze musimy tu siedzieć?”.

Wysłałam. W tej samej sekundzie zrobiło się... dziwnie. Rozmowy w salonie nagle przycichły. Jakby ktoś ściszył dźwięk w telewizorze. Usłyszałam kilka cichych westchnięć, potem nerwowy śmiech.

– Ktoś właśnie nazwał tę imprezę „żenadą” – rzucił Bartek, stojący przy lodówce. – I wysłał to na grupę.

– Czekaj... Lena? To ty? – Ola podniosła głowę znad telefonu.

Zamarłam. Ja? Maks też spojrzał na mnie. Raz na mnie, raz na swój ekran. I już wiedział.

– Ty... – zaczął, ale nie dokończył.

Wszyscy patrzyli. Czułam, jak robi mi się gorąco na twarzy.

To miał być… żart – powiedziałam powoli, chociaż zabrzmiało to jak najgorsza ściema świata.

Zrobiło się nieprzyjemnie

– Żart? Serio, Lena? – Ola wybuchnęła śmiechem, takim nieprzyjemnym, z domieszką niedowierzania. – Nazwać imprezę żenadą i wysłać to wszystkim? Super zabawne.

– Przecież to nawet nie było do was... To miał być SMS do Maksa – zaczęłam się tłumaczyć, czując, jak ręce mi drżą. – To była pomyłka. Przepraszam.

– Pomyłka?! – rzucił Bartek z ironicznym uśmieszkiem. – Ty chyba naprawdę myślisz, że tu wszyscy są głupi.

– Dobra, zostawcie ją, zdarza się – próbował wtrącić Maks, ale nikt go nie słuchał. Sam nie brzmiał przekonująco.

– Nie, nie zdarza się, Maks – Ola wbiła we mnie wzrok. – Wiesz, co się nie zdarza? Przyjść na czyjąś imprezę, udawać, że się dobrze bawisz, a potem pisać za plecami takie teksty. W sumie... chociaż nie za plecami, skoro to dostał każdy z nas.

Milczałam. Co miałam powiedzieć?

To nie pierwszy raz, kiedy jesteś dziwna, Lena – dodała Ola, splatając ręce na piersi. – Zawsze siedzisz w kącie, patrzysz na nas z góry i udajesz, że jesteś ponad to. A potem robisz z siebie ofiarę.

– Nie udaję niczego – wyszeptałam.

– Aha, czyli jesteś po prostu niemiła. Jasne – mruknął Bartek.

Maks stał obok, bierny. Nie dotknął mojej ręki, nie powiedział ani słowa w mojej obronie. Jakby nagle zobojętniał. Czułam, że zaczyna mi się kręcić w głowie. Gdyby nie ściana za plecami, pewnie bym osunęła się na podłogę. To nie była już niezręczność. To było jak publiczny lincz.

Stanął po ich stronie

– Dobra, wystarczy – odezwał się w końcu Maks. Wszyscy spojrzeli na niego z oczekiwaniem. Przez chwilę miałam nadzieję, że mnie obroni. Powie coś, cokolwiek, co zdejmie ze mnie ten ciężar.

– Wystarczy? – powtórzyła Ola z drwiną. – Może powiesz coś więcej? To twoja dziewczyna.

– No właśnie – westchnął i podrapał się po karku. – I nie pierwszy raz robi taką akcję. Ciągle narzeka. Na imprezy, na znajomych, na wszystko. Ja się czasem po prostu już męczę.

Zamarłam. Słowa Maksa wbiły się we mnie jak szpilki.

– Serio? – zapytałam cicho. – To teraz się o tym dowiaduję?

– Bo jak próbuję z tobą rozmawiać, to albo się zamykasz, albo robisz z siebie męczennicę – rzucił chłodno. – Ja się tu dobrze bawię, a ty siedzisz z wiecznym fochem. Tak, to jest męczące.

– No wreszcie ktoś to powiedział! – zawołał ktoś z tłumu. Śmiech. Ktoś zrobił zdjęcie. Inny nagrywał. Słyszałam dźwięk telefonu. Moja twarz. Moja porażka.

– Spoko, nie musisz się tłumaczyć – powiedział Bartek do Maksa. – Wszyscy wiemy, jak to jest być z kimś, kto cię ściąga w dół.

Zawiało chłodem. A może to ja nagle zadrżałam. Nie poznawałam tych ludzi. Ani Maksa. Stał kilka kroków ode mnie, ale jeszcze nigdy nie był tak daleko. Miałam ochotę krzyczeć, coś zniszczyć, uciec. Nie zrobiłam nic. Stałam jak idiotka w centrum tego żenującego spektaklu. A mój chłopak... był widzem.

Uciekłam stamtąd

Wyszłam bez słowa. Nie trzaskałam drzwiami, nie rzucałam dramatycznych spojrzeń – po prostu wyszłam. Z mieszkania, z tej dusznej atmosfery, od ludzi, którzy mnie nie znali, ale uznali, że wiedzą wszystko. Zostawiłam kurtkę. Zostawiłam Maksa.

Szłam bez celu. Śnieg delikatnie skrzypiał pod podeszwami, ręce miałam wbite głęboko w kieszenie bluzy. Nagle mi nie przeszkadzało, że marznę. Właściwie... czułam się z tym lepiej. Jakby to, co działo się w środku, wreszcie znalazło ujście na zewnątrz.

W głowie przewijały się obrazy: Maks spuszczający wzrok, Ola z kpiącym uśmieszkiem, obce mi twarze z telefonami, które teraz pewnie wrzucały coś na internet z podpisem „A to dobre!”. Miałam ochotę płakać, ale nie mogłam. Zamiast łez – miałam pustkę. Siedziałam i zastanawiałam się, jak bardzo się pogubiłam. Jak długo udawałam, że to działa. Ile razy odpuszczałam. Dlaczego? To nie była tylko ta wiadomość. To było wszystko. Każda impreza, na którą szłam wbrew sobie. Każde „daj spokój, Lena”, które słyszałam. Każde uczucie, że jestem przeszkodą. Może on po prostu nigdy mnie nie lubił taką, jaką jestem. A ja tak bardzo chciałam mu się spodobać, że aż przestałam być sobą.

Wszystko mu wygarnęłam

Zobaczyłam go kątem oka, zanim jeszcze się odezwał. Stał po drugiej stronie ulicy, jakby się wahał, czy podejść. W końcu ruszył w moją stronę, trzymając moją kurtkę.

Zostawiłaś... – powiedział tylko, podając mi ją, jakbyśmy byli dwojgiem obcych ludzi. Wzięłam. Nie podziękowałam. Nie miałam w sobie siły na uprzejmości.

Usiadł obok. Milczeliśmy przez chwilę.

– Lena, ja... – zaczął, ale nie patrzył mi w oczy.

– Wiesz, co bolało najbardziej? – przerwałam mu. – Nie to, że wysłałam tę wiadomość wszystkim. Nie to, że się ze mnie śmiali. Bolało to, że siedziałeś tam i pozwalałeś, żeby mnie niszczyli. Stałeś i nic nie zrobiłeś.

Nie chciałem robić scen – powiedział cicho.

– Scen? To była twoja odpowiedź na to, że ktoś upokarza twoją dziewczynę?

Zacisnął szczękę. Nie potrafił się obronić. Wiedział, że mam rację.

– Wiesz, jak często czułam się obok ciebie nikim? Jak dodatkiem do twojego świata? Nigdy nie stawałeś po mojej stronie. Ani razu.

– Przesadzasz. Przecież... – urwał. Nie miał nic więcej do powiedzenia.

Wstałam.

Nie musisz się tłumaczyć. Nie chcę już nic słyszeć. Myślę, że to było wszystko, co powinniśmy sobie powiedzieć.

Nie zatrzymał mnie. Nawet nie zapytał, gdzie idę. Wróciłam do domu sama. W ciszy po raz pierwszy od dawna poczułam, że zrobiłam coś właściwego.

To on na mnie nie zasługuje

Buty rzuciłam gdzieś w przedpokoju, płaszcz zostawiłam na podłodze. Usiadłam na łóżku w ubraniach i przez kilka minut po prostu patrzyłam w ścianę. W środku było cicho. Tak bardzo cicho, że aż bolało. Wzięłam notes, ten stary, z miękką okładką, w którym kiedyś zapisywałam myśli, kiedy jeszcze miałam wrażenie, że jestem coś warta. Otworzyłam na przypadkowej stronie i zaczęłam pisać. Niezgrabnie, chaotycznie, bez planu. Po prostu musiałam to z siebie wyrzucić.

„Najgorsze nie było to, że wszyscy się śmiali. Najgorsze było to, że on stał po ich stronie. Patrzył na mnie, jakbym już nie byłam jego dziewczyną, tylko kłopotem, którego nie warto bronić”. Zamknęłam notes. Położyłam się i przykryłam kocem, choć nie miałam siły się przebrać. Czułam pustkę, ale też coś jeszcze – coś dziwnego, dziwnie spokojnego. Jakby to była ulga. Już nie muszę się dopasowywać. Nie muszę udawać. Nie muszę uśmiechać się do ludzi, którzy i tak mnie nie chcą.

Zrozumiałam coś ważnego. Może nie jestem dla wszystkich. Może nawet nie jestem łatwa do kochania, ale nie będę już nikomu udowadniać, że zasługuję na miejsce przy jego boku. Zasługuję na swoje własne.

Lena, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama