Reklama

Miasto mnie dusiło. Nie tylko przez ten smog, który wiecznie unosił się nad dachami, ale przez ludzi, ściany, światła, które nigdy nie gasły. Tam nie dało się złapać oddechu. Praca – dom – praca – sobota w galerii handlowej. Mój mąż Miłosz mówił, że jak tak dalej pójdzie, to któregoś dnia wróci z biura i po prostu się położy, i nie wstanie. Miał dość, ja też.

Zaczęliśmy od nowa

Znaleźliśmy dom w górach. Taki, który wyglądał na rozpadający się, ale miał potencjał – tak przynajmniej mówił właściciel. Stare deski, kafle, zapach stęchlizny. Miłosz rozejrzał się tylko raz i powiedział: „Weźmy go”. Wierzyliśmy, że wystarczy chcieć. Że jak uciekniesz z miasta, to wszystko się poukłada.

Wprowadziliśmy się jesienią. Ściany trzeba było odmalować, naprawić piec, przyzwyczaić się do ciszy. Nie było sąsiadów za ścianą, nikt nie trzaskał drzwiami, nikt nie kłócił się za oknem. Tylko my, las i ciemność, która zapadała wcześniej, niż byliśmy gotowi.

Przez chwilę było inaczej. Pomalowaliśmy razem pokój, śmialiśmy się, kiedy woda w kranie nagle zrobiła się brązowa, spaliśmy na podłodze, przykryci tym, co akurat było pod ręką. Nie mieliśmy jeszcze zasłon, ale nie było kogo się wstydzić. Miłosz mówił, że tu wreszcie zaczniemy oddychać. I ja mu wtedy wierzyłam.

Byłam optymistką

– Nie działa. Piec zgasł znowu – usłyszałam z kuchni.

Zsunęłam się z łóżka, jeszcze zaspana, i owinęłam się kocem. Stopy miałam lodowate, mimo że spałam w wełnianych skarpetkach i dwóch piżamach. Mróz wchodził do domu przez ściany, przez podłogę, przez każdy centymetr tej starej chaty, którą Miłosz nazwał kiedyś naszym azylem. Weszłam do kuchni. Miłosz klęczał przy komorze spalania, drewno leżało w środku nienaruszone – nawet się nie zajęło.

– Może komin znowu zawilgł – powiedziałam cicho.

– Albo po prostu wszystko tu jest do niczego – warknął. – Trzeci raz go dziś odpalam i trzeci raz to samo. Trzeba wezwać fachowca.

– Nie da się. Droga jest zasypana, od trzech dni nikt jej nie odśnieżał. Zresztą i tak nikt tu nie przyjedzie. Nawet nie znamy sąsiadów.

– No właśnie. I jak my mamy tu żyć? Żeby zrobić zakupy, trzeba zakładać rakiety śnieżne i schodzić półtora kilometra w dół, a potem taszczyć wszystko na plecach. Woda raz jest, raz nie ma. Prąd też jak mu się zachce. I te twoje pomysły z pieczeniem chleba i zapiekaniem jabłek w piecu, który nie działa… Serio?

Był wściekły

– A co, w mieście było lepiej? – warknęłam, zanim zdążyłam się powstrzymać. – Przypomnij sobie, jak wracałeś z pracy z zaciśniętymi zębami i mówiłeś, że nienawidzisz tego życia.

– Nienawidziłem roboty, nie życia – rzucił ostro. – Nie po to tyrałem po godzinach, żeby teraz mieszkać jak jaskiniowiec.

Stałam przy zlewie, w którym nie było wody, bo rury gdzieś po drodze zamarzły. Kran był suchy. Żeby zrobić herbatę topiliśmy śnieg. Lodówka w zasadzie nie była potrzebna, bo i tak wszystko w kuchni miało temperaturę zewnętrzną.

To nie była sielanka z internetu. To nie były zdjęcia z hasztagiem „ucieczka na wieś”. To była fizyczna, codzienna walka o to, żeby dom się nie rozpadł, żeby nie zamarznąć w nocy, żeby ugotować coś ciepłego i nie paść z wycieńczenia. Wychodziliśmy codziennie odśnieżać – rano, po południu i znów wieczorem, bo bez tego nie można było nawet otworzyć drzwi.

Mieliśmy dosyć

Nie znaliśmy tu nikogo. Po zmroku w całej dolinie gasły światła, tylko w oddali czasem było widać smugę dymu z jakiegoś komina – świadectwo, że jeszcze ktoś tu został. Reszta to cisza i zimno. Miłosz był coraz bardziej nieobecny. Siedział, wpatrzony w sufit albo wychodził na kilka godzin i nie mówił dokąd idzie. Nie zadawał pytań, nie słuchał, co mówię. Coraz częściej czułam, że nawet moje kroki go drażnią. Drażniło go to, że coś gotuję, że coś mówię, że jestem.

Zastanawiałam się, czy to my byliśmy tacy słabi, czy może po prostu już nie potrafiliśmy być razem, gdy trzeba było naprawdę coś wytrzymać? Czy był w stanie mnie znosić tylko wtedy, gdy miał wygodne krzesło, ekspres do kawy i puste weekendy?

Byłam w sieni, próbując docisnąć drzwi, które znowu się nie domykały. Drewniana futryna napuchła od wilgoci, zawiasy skrzypiały tak, że czułam ten dźwięk aż w zębach. Zimny przeciąg wlazł mi pod sweter i zadrżałam. Wtedy usłyszałam, jak Miłosz targa walizkę po schodach.

– Co robisz? – zapytałam, chociaż odpowiedź była oczywista.

– Jadę.

Zostawił mnie

Zostawił torbę przy drzwiach, jakby chciał, żebym ją zobaczyła, żebym zrozumiała, że nie mówi tego w przypływie złości.

– Ale… dokąd?

– Do miasta. Wracam. Mam dość, to nie ma sensu.

Patrzyłam na niego i czułam, jak moje gardło się zaciska.

– Zostawiasz mnie tu samą?

– Skoro tak bardzo tego chciałaś, proszę bardzo. Zobaczymy, ile wytrzymasz. Może wtedy zrozumiesz, że to był idiotyzm.

– To nie był idiotyzm. To był nasz plan, twój też.

– Ja chciałem uciec od roboty, od pośpiechu, od tej presji, a nie od cywilizacji, nie od ciepłej wody i prądu. Chciałem żyć spokojnie, nie jak śmieć w leśnej norze.

– A myślisz, że dla mnie to nie jest ciężkie? Myślisz, że jak topię śnieg, żeby umyć naczynia, to się zachwycam? Ale jestem tutaj i robię, co trzeba. Ty się tylko złościsz.

– Bo ja nie jestem jak ty. Nie potrafię wmawiać sobie, że to wszystko ma sens, kiedy marznę, kiedy się nie myję drugi dzień, kiedy widzę, że nic się nie poprawia.

– Bo nic się nie poprawi samo! Ale trzeba coś robić, Miłosz! A nie tylko siedzieć i się gapić w ścianę jak obrażony dzieciak!

Pomógł mi

Zamknął oczy. Przez chwilę myślałam, że zostawi torbę, że się opamięta, ale nie. Podniósł torbę, otworzył drzwi.

– Zostaw klucze – powiedziałam. – Jak już idziesz, to nie wracaj jak do hotelu.

Spojrzał na mnie z chłodnym uśmiechem.

– Nie musisz mi grozić. I tak nie wiem, po co miałbym tu wracać.

Trzasnęły drzwi. Zostałam w ciszy, po raz pierwszy naprawdę sama. Wzięłam siekierę i poszłam do drewutni. Musiałam narąbać zapas, bo noc zapowiadała się mroźna. Nie po to tu przyjechałam, żeby się teraz poddać. Pierwsza noc była najgorsza. Ogień zgasł, nim zdążyłam zasnąć, a cisza była tak głęboka, że słyszałam własny oddech. Rano obudził mnie chłód. Założyłam trzy swetry i wyszłam na zewnątrz. Zza płotu zawołał mnie mężczyzna.

– Pani z tego domu? Nowa?

Skinęłam głową.

– Janek jestem, z naprzeciwka. Chodź pani, dam pani bańkę z wodą i drewna. Wygląda pani, jakby już miała dość.

Stanęłam na nogi

Nie odmówiłam. Pomógł mi wnieść drewno do kuchni, pokazał, jak suszyć szczapy nad piecem. Powiedział, żeby dać znać, gdyby coś. Odszedł bez słów, nie oczekując wdzięczności. Resztę dnia spędziłam z YouTube’em. Nauczyłam się, jak przeczyścić piec, jak podpiąć zawór do starej instalacji, jak zrobić knot z ręcznika papierowego.

Wieczorem ogień wreszcie się zajął i utrzymał przez całą noc. Upiekłam kromki chleba na suchej patelni, jadłam, siedząc przy ogniu. Sama. Mówiłam do siebie na głos, żeby nie zamilknąć zupełnie. Mój mąż pojawił się po dwóch tygodniach, bez zapowiedzi. Stał w progu z torbą i lekkim uśmiechem, jakby nic się nie stało.

– Chciałem sprawdzić, czy żyjesz – rzucił.

– Jak widać – odparłam i nalałam mu herbaty. W domu było ciepło, pachniało drewnem, kuchnia działała, zasłony wisiały, podłoga była umyta. Rozejrzał się, wyraźnie zdziwiony.

– Widzę, że się nie rozpadło beze mnie.

– Wręcz przeciwnie. Teraz wszystko działa.

Uśmiechnęłam się lekko, ale bez radości. Siedział przy stole, ale wyglądał obco. Już nie pasował do tego miejsca, do mnie. Był gościem, tyle że nie zaproszonym.

Mariola, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama