„Przeczuwałam, że obiad w Dzień Babci skończy się awanturą. Wyciągnęliśmy rodzinne brudy, ukrywane przez 3 dekady”
„Zrobił się chaos. Mama płakała, chowając twarz w dłoniach. Beata krzyczała na Marka, żeby usiadł, Aneta próbowała udawać, że jej tu nie ma, przeglądając coś w telefonie, pewnie sprawdzała ceny mieszkań w okolicy”.

Nienawidzę stycznia. W Polsce styczeń to nie jest po prostu miesiąc; to stan umysłu. Szare niebo wiszące nad miastem jak brudna ścierka, błoto pośniegowe chlupoczące pod butami i to przenikliwe zimno, które wchodzi w człowieka i zostaje tam aż do kwietnia. Ale dwudziesty pierwszy stycznia to data święta. Niepodważalna. Dzień Babci.
Denerwowałam się
Siedziałam w samochodzie zaparkowanym pod kamienicą na warszawskiej Pradze, ściskając kierownicę tak mocno, że zbielały mi knykcie. Obok mnie, na fotelu pasażera, leżał bukiet herbacianych tulipanów – ulubionych babci Zofii – i pudełko z cukierni, z którego wydobywał się słodki, mdły zapach lukru. Paweł, mój mąż, położył mi rękę na kolanie.
– Karolina, oddychaj. To tylko trzy godziny. Zjemy obiad, wypijemy kawę, posłuchamy o jej sąsiadce z dołu i wrócimy do domu. Dasz radę.
Spojrzałam na niego z wdzięcznością, ale w środku czułam, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł. Paweł pochodził z normalnej rodziny. Takiej, gdzie ludzie mówią sobie „przepraszam”, a kłótnie kończą się kompromisem, a nie cichymi dniami trwającymi lata. Nie rozumiał, że w mojej rodzinie Dzień Babci to pole minowe. Każde słowo, każdy gest, a nawet to, jak kroisz schabowego, mogło stać się zapalnikiem.
– Ty nie rozumiesz – mruknęłam, patrząc na odrapaną elewację budynku, w którym spędziłam dzieciństwo. – W tym roku jest inaczej. Wujek Marek przyjeżdża.
Paweł uniósł brwi.
– Ten Marek? Z Londynu?
– Tak. Ten, który nie widział matki od pięciu lat, bo twierdził, że „ten kraj go dusi”. A teraz nagle wraca. I założę się o wszystko, co mam, że nie przyjeżdża z tęsknoty.
Wszyscy czekali
Wzięłam głęboki oddech, który smakował spalinami i wilgocią, i wysiadłam z auta. Drzwi otworzyła ciocia Beata, siostra mojej mamy. Miała na sobie tę samą sukienkę co rok temu, ale fryzurę nową, sztywną od lakieru tak bardzo, że bałam się, iż pęknie przy gwałtowniejszym ruchu.
– Karolinka! – krzyknęła, jakby nie widziała mnie dekadę, a nie dwa tygodnie temu. – Aleś ty zmizerniała! Pawełku, ty jej w ogóle nie karmisz?
Zaczęło się. Klasyczna gra wstępna. Przywitania, cmoknięcia w policzki, które zostawiają ślady szminki, ocenianie wagi, ubioru i ogólnego stanu życiowego. Weszliśmy do salonu. Czas w mieszkaniu babci zatrzymał się gdzieś w okolicach 1998 roku. Kryształy w meblościance, dywan w tureckie wzory i ten ciężki, dębowy stół, który pamiętał czasy, gdy rodzina była jeszcze w komplecie. Przy stole siedziała już Aneta, moja kuzynka, córka cioci Beaty. Kobieta, która w rodzinnych rankingach zawsze zajmowała pierwsze miejsce, nawet gdyby konkurencją było oddychanie.
– Cześć, Karolcia – rzuciła, nie wstając z krzesła. Gładziła się po brzuchu, który był idealnie płaski, ale gest sugerował coś innego. Albo ciążę, albo niestrawność, choć w przypadku Anety stawiałam na to pierwsze, tylko po to, by mnie dobić. – Spóźniliście się trzy minuty. Babcia już się denerwowała.
Atmosfera była niezręczna
Babcia Zofia siedziała w swoim fotelu przy oknie. Wyglądała krucho. Z każdym rokiem wydawało mi się, że jest jej coraz mniej, jakby życie powoli z niej wyparowywało, zostawiając tylko skórę i kości. Ale oczy miała te same – stalowoszare, bystre, widzące wszystko.
– Nie gadaj głupot, Anetka – chrypiący głos babci przeciął powietrze. – Ja mam czas. Ja mam już tylko czas. Chodź tu do mnie, dziecko.
Podeszłam i przytuliłam ją. Pachniała lawendą i lekami na serce.
– Wszystkiego najlepszego, babciu – szepnęłam, wręczając tulipany.
– Piękne. – Dotknęła płatków sękatymi palcami. – Ale po co wydawałaś pieniądze?
W tle słyszałam krzątaninę mojej mamy w kuchni. Mama była tą siostrą, która zawsze usługiwała. Beata była tą, która „organizowała”, czytaj: wydawała polecenia, a Marek był tym, którego nie było. Aż do dzisiaj. Zajęliśmy miejsca przy stole. Atmosfera była gęsta jak sos do pieczeni. Wszyscy czekali. Talerze z rosołem parowały, ale nikt nie sięgał po łyżkę. Wszyscy patrzyli na puste krzesło ustawione naprzeciwko babci.
Dzwonek do drzwi zabrzmiał jak wyrok. Mama upuściła ścierkę w kuchni. Ciocia Beata wyprostowała się jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle było możliwe. Babcia nawet nie drgnęła, tylko jej dłoń zacisnęła się na lasce. Do środka wszedł wujek Marek.
Nie hamował się
Wyglądał źle. To było pierwsze, co pomyślałam. Na zdjęciach z Facebooka pozował na tle londyńskich pubów, uśmiechnięty, z kciukiem w górze. Na żywo widziałam zmęczonego czterdziestolatka z poszarzałą cerą, w garniturze, który był o rozmiar za duży i ewidentnie nie był markowy, mimo wielkiego logo na klamrze paska.
– No! – rzucił głośno, rozkładając ramiona. – Rodzina w komplecie! Matula, sto lat!
Podszedł do babci i spróbował ją objąć, ale ona zesztywniała. To był ten moment, w którym powinnam była zrozumieć, że to nie skończy się dobrze. Babcia Zofia nigdy nie odrzucała uścisku.
– Usiądź, Marek – powiedziała cicho. – Zupa stygnie.
Obiad przebiegał w atmosferze, którą można by kroić nożem. Słychać było tylko brzęk sztućców o porcelanę i siorbanie wujka Marka, który jadł tak, jakby nie widział jedzenia od tygodnia.
– A więc – zaczęła Aneta, nie mogąc znieść ciszy. – Dostałam awans. Będę teraz zarządzać całym działem marketingu na Europę Środkową.
– Brawo, córeczko! – pisnęła ciocia Beata. – Widzisz, Karolina? Anetka to potrafi się ustawić. A ty dalej w tej bibliotece?
Przeczuwałam kłopoty
Zacisnęłam zęby.
– W wydawnictwie, ciociu. I tak, dalej tam pracuję.
– No, ale pieniądze to chyba z tego marne – wtrącił wujek Marek, nalewając sobie wódki do kieliszka, chociaż nikt inny nie pił. – Ja to teraz wchodzę w biznes.
Mama postawiła na stole półmisek z kotletami. Ręce jej drżały.
– Marek, może nie pij? Dopiero przyjechałeś.
– A co ty mi będziesz, Hania, gadać? – prychnął. – Matki zdrowie trzeba wypić!
Wypił. Potem nalał sobie drugiego. Jego oczy biegały po pokoju, oceniając meble, obrazy, a w końcu zatrzymały się na babci. Czułam, jak napięcie rośnie. Paweł trącił mnie nogą pod stołem, dając znak: „zjedzmy i uciekajmy”, ale ja wiedziałam, że ucieczki nie będzie. Kiedy na stole pojawił się sernik, wujek Marek był już po czterech głębszych. Jego twarz poczerwieniała, a ruchy stały się zamaszyste.
– Dobra – walnął dłonią w stół, aż filiżanki podskoczyły. – Koniec tych uprzejmości. Matka, musimy pogadać o konkretach.
W pokoju zapadła cisza absolutna. Nawet Aneta przestała żuć.
– O jakich konkretach, synku? – zapytała babcia, patrząc na niego bez lęku.
– O mieszkaniu. O tej kamienicy.
Dosłownie oniemiałam
Moja mama pobladła.
– Marek, to nie jest czas ani miejsce… – zaczęła, ale on jej przerwał gestem dłoni.
– Cicho siedź, Hanka. Ty zawsze byłaś cicha myszka. Tu chodzi o naszą przyszłość. Słuchajcie – zwrócił się do wszystkich. – Mam okazję życia. Inwestycja, ale potrzebuję gotówki. To mieszkanie – rozejrzał się z pogardą – to jest rudera, ale w tej lokalizacji? Praga jest modna. Deweloperzy zabijają się o takie metraże.
Spojrzałam na Pawła. Był w szoku. Czułam, jak krew uderza mi do głowy.
– Chcesz sprzedać mieszkanie babci? – zapytałam, czując, jak głos mi drży z wściekłości. – A gdzie ona ma mieszkać? Na ulicy?
– Co ty tam wiesz, smarkulo – warknął Marek. – Matka pójdzie do ośrodka. Mam taki nagrany, pod Warszawą. Luksusy. Opieka całodobowa. Będzie jej tam lepiej niż w tym kurzu. A my podzielimy się kasą. Hanka, tobie też by się przydało, co? Z tym twoim mężem rencistą? Beata, ty niby bogata, ale kredyty cię cisną, wiem o tym.
Ciocia Beata spuściła wzrok. To był dla mnie pierwszy szok. Beata wiedziała? Beata to rozważała?
– Marku… – zaczęła niepewnie Beata. – Może nie tak ostro, ale… mama faktycznie coraz gorzej sobie radzi. Te schody… to trzecie piętro bez windy…
Nie mogłam w to uwierzyć
To był spisek. Przyjechali tu w Dzień Babci, z kwiatkami i uśmiechami, żeby wysiedlić staruszkę z jej własnego domu, w którym przeżyła pięćdziesiąt lat.
– Wy jesteście nienormalni! – krzyknęłam. – Babcia ma tu swoje życie! Sąsiadki, sklep, przyzwyczajenia! Chcecie ją zamknąć w umieralni, żeby spłacić swoje długi?!
– Uspokój się, Karolina – powiedziała chłodno Aneta. – Nie znasz realiów rynku. Wujek ma rację, to mieszkanie to zamrożony kapitał. A babcia wymaga opieki profesjonalnej, a nie dochodzącej.
– Profesjonalnej? – zaśmiałam się histerycznie. – Chodzi wam tylko o kasę! Marek przepił wszystko w Anglii i teraz wraca po spadek za życia!
Wtedy Marek wstał. Przewrócił krzesło.
– Zamknij się! – ryknął i ruszył w moją stronę. Paweł zerwał się błyskawicznie i stanął między nami.
– Nie zbliżaj się do niej – powiedział mój mąż tonem, którego nigdy u niego nie słyszałam. Niskim, groźnym.
Zrobił się chaos. Mama płakała, chowając twarz w dłoniach. Beata krzyczała na Marka, żeby usiadł, Aneta próbowała udawać, że jej tu nie ma, przeglądając coś w telefonie, pewnie sprawdzała ceny mieszkań w okolicy. Babcia siedziała nieruchomo. Patrzyła na ten cyrk z dziwnym spokojem. Jakby oglądała powtórkę serialu, który zna na pamięć.
Nie spodziewali się
– Wystarczy! – Głos babci nie był głośny, ale miał taką moc, że uciszył nas wszystkich w sekundę. Uderzyła laską w podłogę. Raz, a porządnie. – Siadać wszyscy.
Marek dyszał ciężko, ale usiadł. Paweł wciąż stał, asekurując mnie.
– Chcecie rozmawiać o mieszkaniu? – zapytała babcia, wodząc wzrokiem po swoich dzieciach. – O pieniądzach? Dobrze. Porozmawiajmy.
Sięgnęła do swojej torebki stojącej przy fotelu. Wyciągnęła z niej starą, skórzaną teczkę.
– Myśleliście, że ja nie wiem? – uśmiechnęła się smutno. – Że nie wiem, Marek, że masz długi u ludzi, którzy łamią nogi za spóźnienia? Że Beata zastawiła dom pod hipotekę, bo jej mąż hazardzista przegrał firmę? Że Hania… – spojrzała na moją mamę z czułością – że Hania oddaje mi połowę pensji na leki, w tajemnicy przed wszystkimi, sama chodząc w dziurawych butach?
W pokoju zapadła cisza tak głęboka, że słyszałam bicie własnego serca.
– Marek, chciałeś sprzedać to mieszkanie – kontynuowała babcia, otwierając teczkę. – Ale jest jeden problem. To mieszkanie nie jest już moje.
Marek zbladł. Beata otworzyła usta jak ryba wyrzucona na brzeg.
– Jak to? – wykrztusił wujek. – Przepisałaś na kogoś? Na nią?! – wskazał palcem na mnie.
– Nie – powiedziała babcia spokojnie. – Na nikogo z was.
Zaskoczyła wszystkich
Wyjęła akt notarialny.
– Sprzedałam je trzy miesiące temu w systemie dożywocia. Odwrócona hipoteka. Firma wypłaca mi co miesiąc pensję, a ja mogę tu mieszkać do końca moich dni. A po mojej śmierci mieszkanie przechodzi na własność funduszu.
– Co ty zrobiłaś?! – wrzasnął Marek. Jego twarz z czerwonej stała się purpurowa. – Oszalałaś?! To miliony złotych! Nasze pieniądze! Ojcowizna!
– To nie była wasza ojcowizna – odparła babcia zimno. – To był mój dom. I wiecie co zrobiłam z pierwszą wypłatą? Spłaciłam dług twojego ojca, o którym żaden z was nie wiedział, żebyście nie musieli spłacać go wy po mojej śmierci. A resztę wydaję na siebie. Na rehabilitację, na dobre jedzenie, na taksówki.
– Jesteś… jesteś egoistką! – krzyknęła Beata, tracąc całą swoją klasę. – My tu ledwo wiążemy koniec z końcem!
– Wy? – Babcia zaśmiała się. – Wy czekaliście, aż umrę. Widziałam to w waszych oczach przy każdej wigilii. Kalkulowaliście, ile lat mi zostało. Marek nie dzwonił latami, a dziś przychodzi z kwiatami. Myślisz, synu, że jestem głupia? Że starość odbiera rozum? Odbiera siły, ale nie rozum.
Obrazili się
Marek uderzył pięścią w ścianę. Tynk się posypał.
– Wynoszę się stąd! Nie mam matki! Słyszysz?! Nie mam matki!
Wybiegł z pokoju, trzaskając drzwiami tak, że szyba w witrynie zabrzęczała. Beata wstała powoli, zbierając torebkę.
– Nie wierzę, że nam to zrobiłaś, mamo. Po prostu nie wierzę – syknęła i wyszła, ciągnąc za sobą Anetę, która wyglądała, jakby właśnie dowiedziała się, że jej torebka Louisa Vuittona to podróbka z bazaru.
Zostaliśmy tylko my. Ja, Paweł, moja mama i babcia. Mama płakała cicho, skulona na krześle. Podeszłam do niej i objęłam ją. Babcia patrzyła w okno, na szare, styczniowe niebo. Wyglądała na potwornie zmęczoną, jakby ta scena odebrała jej energię na kolejny miesiąc.
– Haniu – powiedziała babcia. – Nie płacz.
– Mamo, dlaczego mi nie powiedziałaś? – zaszlochała moja mama. – Przecież wzięłabym cię do siebie. Nie musiałabyś…
– Wiem, dziecko. Wiem, ale ty masz swoje życie. I tak za dużo mi dałaś. Chciałam być w końcu niezależna. Chciałam, żebyście przestali na mnie patrzeć jak na worek ze złotem.
O wszystkim wiedziała
Podeszłam do babci i uklękłam przy jej fotelu.
– Ale wujek… on ci tego nie wybaczy – powiedziałam cicho.
Babcia spojrzała na mnie i po raz pierwszy tego dnia zobaczyłam w jej oczach łzy.
– Wiem, Karolinko, ale on mnie stracił już dawno temu. Dziś po prostu podpisaliśmy protokół.
Resztę wieczoru spędziliśmy w dziwnym, melancholijnym spokoju. Paweł naprawił przewrócone krzesło. Zjedliśmy resztę sernika, który nagle smakował jakoś inaczej – mniej mdło, bardziej gorzko, ale prawdziwie. Od tamtego Dnia Babci wujek Marek nie odezwał się ani słowem. Wiem, że wrócił do Anglii, uciekając przed wierzycielami. Ciocia Beata ograniczyła kontakty do wysłania kartki na święta – bez życzeń, tylko podpis.
Babcia Zofia zmarła kilka miesięcy później, w swoim łóżku, w swoim mieszkaniu, patrząc na te same odrapane ściany, które tak bardzo kochała. Do końca była „na swoim”. Kiedy porządkowaliśmy jej rzeczy – teraz już własność funduszu – znalazłam w szufladzie kopertę zaadresowaną do mnie.
Dostałam lekcję życia
W środku było zdjęcie. Ja, mała, na kolanach u babci, a obok uśmiechnięty wujek Marek i ciocia Beata. Wszyscy wyglądaliśmy na szczęśliwych. Na odwrocie babcia napisała drżącą ręką: „Rodzinę się ma, albo się ją tworzy. Pamiętaj o tym, Karolinko. Nie krew jest najważniejsza, ale to, kto poda ci herbatę, gdy trzęsą ci się ręce”.
Wychodząc z kamienicy po raz ostatni, spojrzałam na okna na trzecim piętrze. Były ciemne. Płakałam, ale nie z żalu za mieszkaniem, o które kłóciła się rodzina. Płakałam, bo wiedziałam, że tamtego wtorku babcia Zofia dała mi najważniejszą lekcję w życiu. Nauczyła mnie, że godność nie ma ceny rynkowej, a toksyczne więzy trzeba przecinać ostrym cięciem, zanim uduszą nas wszystkich. Wsiadłam do samochodu, gdzie czekał Paweł i nasza trzymiesięczna córeczka Zosia.
– Wszystko w porządku? – zapytał.
– Tak – odpowiedziałam, patrząc na małą. – Teraz już tak. Jedźmy do domu.
Tego dnia zrozumiałam, że prawdziwy spadek po babci to nie kamienica na Pradze. To odwaga, by żyć na własnych zasadach, nawet jeśli oznacza to, że w Dzień Babci przy stole zostanie tylko garstka ludzi. Ale będą to ci właściwi ludzie.
Karolina, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wiedziałam, że córka nie powinna iść na studniówkę z tym chłopakiem. Wszystko to, co się stało, to moja wina”
- „Jestem krawcową, więc uszyłam córce sukienkę na studniówkę. Nie miałam pojęcia, że się mnie wstydzi”
- „Robiłam wszystko, by córka miała ferie marzeń. Nie rozumiałam, że nie brakuje jej atrakcji, a bliskości”

