„Pracowałam po nocach, by syn mógł pojechać na obóz narciarski. Było ciężko, ale nie żałuję ani chwili”
„Biurowiec znajdował się na drugim końcu miasta, w dzielnicy szklanych domów, gdzie swoje siedziby miały wielkie korporacje. Stawka nie była powalająca, ale po szybkim przeliczeniu zrozumiałam, że jeśli wezmę zmiany codzienne, włącznie z sobotami, w dwa miesiące uzbieram na obóz i jeszcze zostanie na porządną kurtkę dla Janka”.

Kiedy patrzyłam na mojego syna, który z wypiekami na twarzy oglądał w internecie zdjęcia ośnieżonych stoków, czułam w gardle rosnącą gulę. Nie wiedział, że jeszcze godzinę wcześniej płakałam w łazience, trzymając w ręku rachunek za prąd, który przekreślał nasze plany na najbliższe miesiące. Dla niego ferie były obietnicą przygody, dla mnie stały się wyścigiem z czasem i własną dumą. Nikt z moich znajomych nie wiedział, co robię, gdy zapada zmrok. To miał być mój sekret, moja cicha walka o to, by Janek choć przez chwilę nie musiał czuć ciężaru dorosłego życia, który ja dźwigałam na barkach każdego dnia.
Kropla w morzu potrzeb
Wszystko zaczęło się w chłodny, listopadowy wieczór. Janek, mój dwunastoletni syn, wbiegł do kuchni, machając kolorową ulotką. Jego oczy błyszczały. Nie widziałam go takiego, od kiedy jego ojciec odszedł, zostawiając nas z kredytem i brakiem alimentów.
— Mamo, zobacz! — krzyknął, kładąc papier na stole, tuż obok moich niezapłaconych rachunków, które szybko przykryłam gazetą. — To ten obóz narciarski, o którym mówił Bartek. Wszyscy jadą. Trener powiedział, że mam talent, że powinienem spróbować prawdziwych gór, a nie tylko tej górki w parku.
Spojrzałam na ulotkę. Zdjęcia roześmianych dzieci w profesjonalnych kombinezonach, błękitne niebo, idealny śnieg. A potem mój wzrok powędrował niżej, do wytłuszczonej ceny. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Kwota była astronomiczna. Dla kogoś, kto zarabia średnią krajową i samotnie utrzymuje mieszkanie w dużym mieście, to było jak wyrok. To nie był po prostu wydatek. To była równowartość moich dwumiesięcznych opłat za czynsz i jedzenie.
— I co? — Janek patrzył na mnie z nadzieją, która ściskała mi serce. — Wiem, że to dużo, ale mam trochę oszczędności w skarbonce. Mam tam sto pięćdziesiąt złotych!
Sto pięćdziesiąt złotych. Kropla w morzu potrzeb. Uśmiechnęłam się jednak, głaszcząc go po włosach. Nie mogłam mu powiedzieć: „Synku, nie stać nas”. Nie po tym, jak w zeszłym roku nie pojechał na zieloną szkołę, bo musieliśmy naprawić pralkę. Nie po tym, jak widziałam, że czuje się gorszy od rówieśników, którzy chwalili się nowymi konsolami i markowymi butami.
— Zobaczymy, co da się zrobić, kochanie — powiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał pewnie. — Zapisy są do końca miesiąca?
— Tak! Ale zaliczkę trzeba wpłacić w przyszłym tygodniu. Mamo, proszę... Obiecuję, że poprawię oceny z matematyki. Będę sprzątał pokój codziennie.
Tej nocy nie spałam. Leżałam w łóżku, wpatrując się w sufit, na którym tańczyły cienie. Pracowałam w administracji małej firmy logistycznej. Moja pensja była stała, ale nie pozwalała na żadne szaleństwa. Każda nadgodzina była już wliczona w budżet. Nie miałam od kogo pożyczyć. Rodzice nie żyli, a duma nie pozwalała mi prosić znajomych, którzy sami borykali się z inflacją. Musiałam znaleźć sposób. Musiałam, bo obiecałam sobie, że Janek nie będzie płacił za błędy dorosłych.
Rzucił mi się na szyję
Następnego dnia w pracy byłam jak w transie. Przeglądałam ogłoszenia w internecie, szukając czegoś, co mogłabym robić popołudniami. Kasjerka? Nie, godziny kolidowały z odbieraniem Janka ze szkoły językowej. Call center? Wymagali dyspozycyjności w weekendy, a te chciałam spędzać z synem. Wtedy trafiłam na ogłoszenie firmy sprzątającej. „Szukamy personelu do sprzątania biurowców. Praca w godzinach 18:00 – 22:00 lub 20:00 – 24:00. Płatne tygodniowo”.
Biurowiec znajdował się na drugim końcu miasta, w dzielnicy szklanych domów, gdzie swoje siedziby miały wielkie korporacje. Stawka nie była powalająca, ale po szybkim przeliczeniu zrozumiałam, że jeśli wezmę zmiany codzienne, włącznie z sobotami, w dwa miesiące uzbieram na obóz i jeszcze zostanie na porządną kurtkę dla Janka.
Zadzwoniłam. Rozmowa była krótka.
— Może pani zacząć od jutra? — zapytał szorstki męski głos.
— Tak — odpowiedziałam bez wahania.
— Proszę zabrać wygodne buty. Resztę zapewniamy.
Najtrudniejszą częścią nie było wcale podjęcie pracy, ale ukrycie tego przed Jankiem. Nie chciałam, żeby wiedział, że jego matka po ośmiu godzinach siedzenia za biurkiem jedzie na kolejne cztery, by szorować toalety i wynosić śmieci po bogatych biznesmenach. Chciałam chronić jego niewinność.
— Słuchaj, synku — powiedziałam przy obiedzie, starając się brzmieć entuzjastycznie. — W firmie ruszył duży projekt. Szef poprosił mnie o pomoc przy nadzorowaniu dokumentacji. Będę musiała wychodzić wieczorami, ale dzięki temu dostanę sporą premię. Wiesz, na co ją przeznaczymy?
Janek upuścił widelec.
— Na obóz?
— Tak. Na twoje narty.
Rzucił mi się na szyję, prawie przewracając krzesło.
— Jesteś najlepsza na świecie! Ale... nie będziesz zbyt zmęczona?
Poczułam ukłucie w sercu. Miał więcej empatii niż większość dorosłych, których znałam.
— Poradzę sobie. To tylko praca przy komputerze, nic ciężkiego — skłamałam gładko, choć w środku wszystko we mnie krzyczało.
Mijali mnie bez słowa
Pierwszy wieczór w „drugiej pracy” był zderzeniem z rzeczywistością. Biurowiec, w którym miałam sprzątać, był monumentalny. Marmurowe posadzki, chromowane windy, zapach drogich perfum unoszący się w lobby. Czułam się tam obco w moich starych dżinsach i wyciągniętym swetrze. Zaprowadzono mnie do pomieszczenia gospodarczego w podziemiach. Dostałam niebieski fartuch z logo firmy, pęk kluczy i wózek ze środkami czystości. Moim rewirem były trzy piętra — open space, gabinety dyrektorskie i kuchnie pracownicze.
— Masz cztery godziny — rzuciła brygadzistka, kobieta o zmęczonej twarzy i twardym spojrzeniu. — Dokładnie wycieraj biurka, oni są wyczuleni na kurz. I pamiętaj, niczego nie ruszamy, żadnych papierów, laptopów. Jesteś niewidzialna.
Niewidzialna. To słowo stało się moim mottem. Kiedy weszłam na pierwsze piętro, biura były już prawie puste. Tylko gdzieniegdzie świeciły się lampki, a pojedynczy pracownicy stukali w klawiatury, zbyt zajęci, by zauważyć kobietę z odkurzaczem. Początkowo czułam wstyd. Bałam się, że spotkam kogoś znajomego, kogoś, z kim kiedyś studiowałam, a kto teraz robi karierę w korporacji. Wyobrażałam sobie te spojrzenia pełne politowania. „Patrzcie, to Joanna, ta zdolna z roku, teraz sprząta nasze śmieci”.
Ale szybko zrozumiałam, że dla tych ludzi byłam elementem tła. Jak kserokopiarka czy ekspres do kawy. Mijali mnie bez słowa, czasem rzucając pod nos zdawkowe „dobry wieczór”, nawet nie patrząc mi w oczy. Praca była ciężka. Fizycznie wyczerpująca. Odkurzanie setek metrów wykładziny, mycie dziesiątek kubków zostawionych w zlewach przez ludzi, którzy zarabiali w godzinę tyle, ile ja miałam zarobić przez cały wieczór. Bolały mnie plecy, ręce piekły od detergentów, mimo że nosiłam rękawiczki.
Najgorsze były jednak momenty ciszy. Kiedy zostawałam sama na wielkim piętrze, z widokiem na rozświetlone miasto za oknem, dopadały mnie myśli. Czy to ma sens? Czy nie powinnam po prostu powiedzieć Jankowi prawdy? Że nas nie stać? Wtedy wyciągałam telefon i patrzyłam na tapetę. Zdjęcie Janka z zeszłej zimy, w za dużej czapce, lepiącego koślawego bałwana. Jego uśmiech był moim paliwem. Zaciskałam zęby, brałam ścierkę i polerowałam mahoniowe biurko prezesa, wyobrażając sobie, że każda starta smuga przybliża mojego syna do górskich szczytów.
Wiedziałam, że kłamię
Po dwóch tygodniach mój organizm zaczął się buntować. Wstawałam o szóstej rano, żeby zrobić śniadanie i wyprawić Janka do szkoły. Potem osiem godzin w biurze logistycznym, szybkie zakupy, obiad, chwila na pomoc w lekcjach i bieg do autobusu, by zdążyć na osiemnastą do biurowca. Wracałam po dwudziestej trzeciej, padając na twarz. Zaczęłam popełniać błędy w mojej głównej pracy. Zapominałam wysłać e-maile, myliłam faktury. Mój szef, zazwyczaj wyrozumiały, zaczął rzucać mi zaniepokojone spojrzenia.
— Joanna, wszystko w porządku? Wyglądasz... na wyczerpaną — odezwał się pewnego dnia, gdy prawie zasnęłam nad klawiaturą.
— Tak, tak, to tylko przesilenie wiosenne. I ten projekt... w domu — jąkałam się, czując, jak palą mnie policzki.
W domu też nie było idealnie. Byłam drażliwa. Kiedy Janek chciał mi opowiedzieć o nowej grze albo o tym, co wydarzyło się w szkole, łapałam się na tym, że nie słucham. Marzyłam tylko o ciszy i poduszce.
— Mamo, słuchasz mnie w ogóle? — zapytał pewnego wieczoru z wyrzutem, gdy po raz trzeci zapytał mnie o zgodę na wyjście do kina, a ja gapiłam się w przestrzeń.
— Tak, kochanie, oczywiście — mruknęłam, masując skronie.
— Nieprawda. Ostatnio ciągle jesteś nieobecna. Czy to przez ten projekt? Może nie powinnaś tyle pracować? Ja mogę nie jechać na ten obóz...
Te słowa podziałały na mnie jak kubeł zimnej wody. Jego smutna mina, to poczucie winy w jego głosie... Nie mogłam na to pozwolić.
— Absolutnie nie! — Przytuliłam go mocno, czując zapach jego włosów. — Pojedziesz. A ja po prostu jestem trochę niewyspana. To minie. Obiecuję.
Wiedziałam, że kłamię. Nie minie, dopóki nie uzbieram całej kwoty. Zostały jeszcze trzy tygodnie. Musiałam wytrzymać. Zaczęłam pić więcej kawy, kupiłam witaminy. W biurowcu, podczas sprzątania, zakładałam słuchawki i słuchałam energicznej muzyki, żeby nie zasnąć na stojąco.
Czułam się upokorzona
Pewnego czwartku zdarzyło się coś, co niemal mnie złamało. Sprzątałam gabinet jednego z dyrektorów finansowych. Było już późno, około dwudziestej pierwszej. Myślałam, że jestem sama na piętrze. Weszłam do środka bez pukania, ciągnąc za sobą wózek. Przy biurku siedział młody mężczyzna, może w moim wieku. Rozmawiał przez telefon, gestykulując żywo. Zamarłam.
— Tak, stary, mówię ci, Alpy w tym roku to podstawa. Zarezerwowałem ten hotel z basenem termalnym. Dzieciaki będą miały instruktorów, a my... no wiesz. Koszt? E tam, jakieś piętnaście tysięcy euro za naszą paczkę. Grosze.
Piętnaście tysięcy euro. „Grosze”. Poczułam, jak w środku wszystko mi się gotuje. Stałam tam z tym cholernym mopem, słuchając, jak on lekką ręką wydaje fortunę na zachcianki, podczas gdy ja wypruwam sobie żyły, żeby uzbierać dwa tysiące złotych na tydzień ferii dla mojego dziecka w polskich górach.
Mężczyzna w końcu mnie zauważył. Przerwał rozmowę i machnął ręką, jakby odganiał muchę.
— Później, proszę pani. Jestem zajęty.
Wyszłam, zamykając cicho drzwi. Oparłam się o ścianę na korytarzu i poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Czułam się upokorzona. Czułam się mała i nic nieznacząca. Miałam ochotę rzucić tym fartuchem, wyjść i nigdy nie wracać. Dlaczego świat jest tak niesprawiedliwy? Dlaczego ja muszę walczyć o przetrwanie, a inni mają wszystko podane na tacy? Weszłam do toalety, przemyłam twarz zimną wodą. Spojrzałam w lustro. Zobaczyłam zmęczoną kobietę z cieniami pod oczami, w niebieskim, brzydkim fartuchu. Ale w jej oczach zobaczyłam też coś innego. Determinację.
Nie robiłam tego dla tego faceta w garniturze. Nie robiłam tego dla uznania społeczeństwa. Robiłam to dla Janka. Moja praca, choć fizyczna i nisko płatna, była dowodem mojej miłości. Każda umyta podłoga to był krok do jego szczęścia. Ten snob w gabinecie mógł wydać miliony, ale czy jego dzieci czuły to samo, co poczuje mój syn, wiedząc, że mama spełniła jego marzenie? Może tak, może nie. Ale to nie miało znaczenia. Ważne było to, co ja czułam.
Wróciłam do pracy z nową energią. Wyszorowałam korytarz tak, że lśnił jak tafla lodu. Złość zamieniłam w działanie. Zaprzyjaźniłam się też z panią Grażynką, starszą kobietą, która sprzątała piętro niżej. Spotykałyśmy się w szatni.
— Dziecko, ty się tak nie forsuj — mówiła, częstując mnie domowym ciastem. — Ale wiem, jak to jest. Ja tu robię na leki dla męża. Każdy ma swój krzyż. Ale pamiętaj, praca nie hańbi. Hańbi kradzież i oszustwo. My tu robimy porządek, żeby ten świat jakoś wyglądał.
Jej słowa dodawały mi otuchy. Tworzyłyśmy swoistą wspólnotę cieni — ludzi, dzięki którym korporacyjna maszyna mogła rano ruszyć czysta i pachnąca.
Przytulił mnie mocno
Ostatni dzień mojej dodatkowej pracy przypadł na dwa dni przed terminem wpłaty. Odebrałam kopertę z gotówką od brygadzistki. Moje ręce były szorstkie, paznokcie krótkie i zniszczone, ale kiedy trzymałam te banknoty, wydawały mi się najpiękniejszą rzeczą na świecie. Pojechałam prosto do domu. Janek spał. Usiadłam przy komputerze i zrobiłam przelew. „Opłata za obóz zimowy – Jan K.”. Kliknęłam „Wyślij”.
Poczułam, jak gigantyczny ciężar spada mi z ramion. Zrobiłam to. Nie pożyczyłam, nie ukradłam, nie błagałam. Zarobiłam te pieniądze własnymi rękami. Dzień wyjazdu był mroźny, ale słoneczny. Staliśmy na parkingu pod szkołą, wokół kłębił się tłum rodziców i dzieci. Autokar z napisem „Przygoda w górach” już czekał. Janek miał na sobie nową kurtkę (z wyprzedaży, ale świetnej jakości) i uśmiech, który mógłby roztopić lodowiec.
— Masz wszystko? Kask? Rękawice? Kanapki? — dopytywałam, poprawiając mu szalik.
— Mamo, spokojnie! Jestem gotowy.
— Wiem, synku. Baw się dobrze. I uważaj na siebie.
Przytulił mnie mocno, tak jak tylko on potrafił — bez wstydu przed kolegami.
— Dziękuję, mamo. Wiem, że ciężko pracowałaś nad tym projektem. Jesteś super.
Nie wiedział, jak bardzo miał rację, choć mylił się co do natury „projektu”.
— Dla ciebie wszystko, Janek.
Wsiadł do autokaru, usiadł przy oknie i pomachał mi. Patrzyłam, jak wielka maszyna rusza, wywożąc mój największy skarb na spotkanie przygody. Stałam tam jeszcze chwilę, wdychając mroźne powietrze. Czułam zmęczenie w każdej komórce ciała. Moje dłonie wciąż pachniały lekko chlorowym środkiem czyszczącym, mimo drogiego kremu. Ale w sercu miałam spokój. Wróciłam do pustego mieszkania. Była sobota. Mogłam w końcu posprzątać u siebie, zrobić pranie, nadrobić zaległości. Ale zamiast tego zrobiłam sobie herbatę, usiadłam w fotelu i po raz pierwszy od dwóch miesięcy po prostu zamknęłam oczy, nie myśląc o niczym. Zasnęłam w ciągu minuty, śniąc o ośnieżonych szczytach i szczęśliwym śmiechu mojego syna.
To był najcięższy okres w moim życiu, ale gdybym musiała, zrobiłabym to jeszcze raz. Bo miara matki nie leży w grubości jej portfela, ale w determinacji, by dać dziecku skrzydła, nawet jeśli sama musi szorować podłogę.
Joanna, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po 30 latach wrócił do mnie marnotrawny mąż. Chciał na starość remontować nasze małżeństwo, ale nie jestem naiwna”
- „Oddałem synowi dostęp do mojego konta, bo mu ufałem. Teraz dostaję od niego kieszonkowe z własnej emerytury”
- „Każdy facet jest taki sam. Wolę obchodzić Dzień Singla, niż dawać się nabrać na walentynkowe bajery”

