„Pożyczyliśmy od teściów pieniądze na remont i teraz żałuję. Myślą, że skoro dali kasę, mogą wtrącać się we wszystko”
„To miało być nasze miejsce na świecie. Nasze decyzje, nasze kolory, nasze poranki przy kawie. Brakowało nam pieniędzy na remont, więc gdy jego rodzice zaproponowali pomoc, poczułam wdzięczność. Nie wiedziałam wtedy, że razem z pieniędzmi przyjmuję coś jeszcze”.

- Redakcja
Miałam dwadzieścia dziewięć lat i wiarę, że najważniejsze rzeczy w życiu buduje się wspólnie. Kiedy z Wiktorem kupiliśmy stare mieszkanie w kamienicy, widziałam w nim więcej niż obdrapane ściany i skrzypiącą podłogę. To miało być nasze miejsce na świecie. Nasze decyzje, nasze kolory, nasze poranki przy kawie. Brakowało nam pieniędzy na remont, więc gdy jego rodzice zaproponowali pomoc, poczułam wdzięczność. Nie wiedziałam wtedy, że razem z pieniędzmi przyjmuję coś jeszcze.
Chcemy, żeby było zrobione porządnie
Pierwszy dzień remontu pamiętam jak przez mgłę z kurzu. Stałam w środku salonu, w starych dżinsach i związaną niedbale kitką, i patrzyłam, jak robotnicy skuwają tynk. Serce biło mi szybciej z ekscytacji.
– Wyobrażasz sobie tu jasną podłogę? – zapytałam Wiktora, pokazując mu próbnik paneli. – Taką, która odbije światło z okien.
Uśmiechnął się wtedy i objął mnie ramieniem.
– Jeśli tak chcesz, to tak będzie.
To zdanie powtarzałam sobie jeszcze wiele razy. Kilka dni później do mieszkania weszła Grażyna. Bez pukania, jakby to było oczywiste. Rozejrzała się uważnie, jak inspektor na budowie.
– O, już skuł ścianę – powiedziała do jednego z robotników, zupełnie ignorując mnie. – A jakie płytki wybraliście?
– Jeszcze się zastanawiamy – odpowiedziałam spokojnie. – Myślałam o jasnych, matowych.
Zmarszczyła brwi.
– Jasne są niepraktyczne. Widać każdy ślad. Lepiej coś ciemniejszego.
– Ale mnie właśnie zależy na lekkości – próbowałam wytłumaczyć. – To nieduża kuchnia.
– Kochana, skoro dokładamy się do remontu, chcemy, żeby było zrobione porządnie.
To „porządnie” zabrzmiało jak wyrok.
Jak gość we własnym mieszkaniu
Od tamtej pory zaczęła przychodzić codziennie. Czasem z Ryszardem, który milczał, ale jego krótkie uwagi były stanowcze.
– Gniazdka lepiej przenieść na tamtą ścianę – powiedział któregoś dnia. – Tak będzie rozsądniej.
Stałam obok i słuchałam, jak zmieniają ustalenia, które wcześniej omawiałam z wykonawcą. Wieczorem zwróciłam się do Wiktora.
– Umawialiśmy się inaczej. Dlaczego nikt mnie o to nie zapytał?
Wzruszył ramionami.
– Rodzice mają doświadczenie. Robili już kilka remontów. Chcą dobrze.
– To jest nasze mieszkanie – odpowiedziałam ciszej, niż zamierzałam.
– Nasze, ale z ich pomocą – odparł. – Nie rób problemu.
Problem. Słowo, które zaczęło pojawiać się coraz częściej. Zauważyłam, że gdy byłam w pracy, Grażyna potrafiła zmienić decyzję bez konsultacji. Pewnego popołudnia weszłam do mieszkania i zobaczyłam próbki farb rozłożone na parapecie.
– Wybrałam ten kolor – oznajmiła. – Ten, który ty proponowałaś nie podobał mi się.
– Ale to ja będę na niego patrzeć codziennie – powiedziałam, czując, jak drży mi głos.
Spojrzała na mnie z pobłażliwym uśmiechem.
– Przyzwyczaisz się.
Wiktor stał obok niej. Nie zaprotestował. Nawet nie spojrzał w moją stronę. Wtedy po raz pierwszy poczułam się jak gość we własnym mieszkaniu. Jakbym dostała zaproszenie do projektu, który ktoś inny prowadził. Zamiast wspólnych wieczorów nad planami miałam narady, w których moje zdanie było uprzejmie wysłuchiwane, a potem odkładane na bok. Któregoś dnia, gdy Grażyna kolejny raz poprawiała ustawienie szafek w projekcie kuchni, zapytałam wprost:
– Czy ja w ogóle mam coś do powiedzenia?
Zapadła krótka cisza. Irena udawała, że nie słyszy. Wiktor tylko skinął głową, jakby to było oczywiste. I wtedy zrozumiałam, że to nie jest już tylko remont. To była próba sił, w której ja byłam najsłabszym ogniwem.
Przy każdej decyzji robisz problem
Remont przeciągał się tygodniami, a razem z nim przeciągało się coś między mną a Wiktorem. Kiedyś rozmawialiśmy o wszystkim. Teraz każde zdanie dotyczyło kosztów, terminów albo… jego rodziców. Pewnego wieczoru siedzieliśmy na podłodze w salonie, wśród kartonów z nowymi lampami.
– Zamówiliśmy zabudowę do przedpokoju – powiedział nagle.
Podniosłam głowę.
– Co znaczy „zamówiliśmy”?
– Ja z mamą. Była promocja, nie było czasu czekać.
– Nawet mnie nie zapytałeś.
Westchnął ciężko.
– Liwia, to tylko szafa.
– Nie chodzi o szafę – odpowiedziałam. – Chodzi o to, że przestajesz mnie pytać o cokolwiek.
Spojrzał na mnie z wyraźnym zniecierpliwieniem.
– Bo przy każdej decyzji robisz problem. Rodzice dają nam pieniądze, starają się, a ty ciągle jesteś niezadowolona.
Zabolało mnie to bardziej, niż gdyby podniósł głos.
– Niezadowolona? Ja tylko chcę mieć wpływ na to, jak będzie wyglądać moje życie.
– Nasze życie – poprawił mnie chłodno. – I przestań ciągle na wszystko narzekać.
Słowo „narzekać” długo brzmiało mi w głowie.
Marzenia sprowadzone do drobiazgów
Zaczęłam unikać mieszkania, gdy wiedziałam, że przyjdą jego rodzice. Siedziałam dłużej w pracy, chodziłam bez celu po sklepach z wyposażeniem wnętrz, patrząc na rzeczy, których i tak nie mogłam wybrać. Pewnego dnia wróciłam wcześniej. W kuchni stała Grażyna z katalogiem.
– Zmieniliśmy projekt łazienki – oznajmiła. – Ta twoja propozycja za kilka lat wyszłaby z mody.
– Ale to mnie się miała podobać – odpowiedziałam.
Ryszard odchrząknął.
– Trzeba myśleć przyszłościowo.
Wiktor stał przy oknie i przeglądał telefon.
– Naprawdę uważasz, że to w porządku? – zwróciłam się do niego.
– Przecież to drobiazgi – odparł. – Ważne, że wszystko będzie solidne.
Drobiazgi. Moje marzenia sprowadzone do drobiazgów. Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Chciałam go zapytać, czy jeszcze jesteśmy drużyną. Ale między nami było coś ciężkiego i niewidzialnego. Kilka dni później nie wytrzymałam.
– Mam dość – powiedziałam w kuchni, gdy jego rodzice znów omawiali coś z wykonawcą. – To jest nasze mieszkanie. Chcę decydować razem z mężem.
Grażyna spojrzała na mnie chłodno.
– Gdybyśmy nie pomogli, nie byłoby czego urządzać.
– Nikt was nie zmuszał – odpowiedziałam, czując, jak trzęsą mi się ręce.
Wiktor podszedł do mnie i ściszył głos.
– Przestań. Robisz scenę.
– Bo nikt mnie nie słucha.
– Słuchamy – powiedział, ale jego oczy były gdzie indziej. – Po prostu nie zawsze masz rację.
To był moment, w którym coś we mnie pękło. Nie chodziło o płytki, kolory ani zabudowę. Chodziło o to, że w najważniejszym sporze mojego życia stałam sama. Zauważyłam, że przestał ze mną planować przyszłość. Rozmowy o wakacjach, o dzieciach, o codzienności zastąpiły krótkie komunikaty organizacyjne. Czułam się jak lokatorka w projekcie jego rodziny. Któregoś wieczoru spojrzałam na ścianę w salonie, już pomalowaną na wybrany przez Grażynę kolor. Była ładna. Ciepła. Pasowała do mebli. A jednak miałam wrażenie, że patrzę na czyjeś mieszkanie. Na czyjeś życie.
Nie pasuję do własnego domu
Kiedy wnieśli ostatni mebel, mieszkanie wyglądało jak z katalogu. Wszystko było dopasowane, przemyślane, solidne. Tylko ja nie potrafiłam znaleźć w nim siebie. Stałam w kuchni i przesuwałam dłonią po blacie. Był ciemniejszy, niż chciałam. Cięższy. „Praktyczny” – jak powtarzała Grażyna. Otworzyłam szafkę. Pachniała nowością, ale nie czułam radości. Raczej pustkę. Kilka dni później teściowie zaprosili swoich znajomych, żeby „pokazać efekt”. Nie miałam siły protestować.
– Chodźcie, zobaczcie łazienkę – mówiła Grażyna z dumą. – Dopilnowaliśmy każdego szczegółu.
Dopilnowaliśmy. Stałam obok Wiktora, kiedy obca kobieta komplementowała płytki.
– Świetny wybór – pochwaliła. – Bardzo eleganckie.
– Dziękuję, długo się nad nimi zastanawiałam – odpowiedziała Grażyna, jakby to był jej dom.
Spojrzałam na Wiktora. Uśmiechał się uprzejmie.
– Wiktor – powiedziałam później w sypialni, gdy zostaliśmy sami. – Czy ty słyszałeś, co ona mówiła?
– Co takiego?
– Jakby to było ich mieszkanie.
– Bo nam pomogli. To naturalne, że czują satysfakcję.
– A ja? – zapytałam cicho. – Ja nic nie czuję. Oprócz tego, że nie pasuję do własnego domu.
Westchnął, jakbym znowu zaczynała ten sam temat.
– Liwia, naprawdę przesadzasz. Mamy piękne mieszkanie. Powinniśmy się cieszyć.
– To nie chodzi o piękne mieszkanie. Starałam się, żebyśmy byli w tym razem.
Zamilkł. Patrzył na podłogę.
– Znowu robisz z tego coś większego, niż jest.
Czuję się tutaj jak dodatek
Punktem kulminacyjnym był dzień, kiedy oficjalnie „zakończyliśmy” remont. Grażyna przyszła z bukietem kwiatów i starannie zapakowaną paczką.
– To na nowe gniazdko – powiedziała, wręczając mi prezent.
Rozpakowałam go przy wszystkich. W środku były zasłony. Grube, w odcieniu, którego nigdy bym nie wybrała.
– Te będą pasować lepiej niż te, które wybrałaś – dodała z uśmiechem.
Zrobiło mi się gorąco.
– Bez was nie dalibyśmy rady – powiedział głośno Wiktor. – Dziękuję.
Czekałam. Na jedno zdanie. Na spojrzenie w moją stronę. Na: „Liwia też włożyła w to mnóstwo pracy”. Nie doczekałam się. Stałam kilka kroków dalej, trzymając w rękach zasłony, które symbolicznie zastąpiły wszystko, co chciałam tu mieć. I wtedy zrozumiałam coś bardzo wyraźnie: ja nie przegrałam z jego matką. Przegrałam z jego milczeniem. Wieczorem, gdy drzwi za gośćmi się zamknęły, w mieszkaniu zapadła cisza. Ciężka, jak powietrze przed burzą.
– Dlaczego nic nie powiedziałeś? – zapytałam.
– O czym?
– O mnie. O tym, że to też moja praca. Moje zaangażowanie.
– Liwia, to nie był konkurs zasług.
– Dla mnie był – odpowiedziałam. – Bo ja czuję się tutaj jak dodatek.
Podszedł do okna.
– Nie mam siły na kolejną kłótnię.
Patrzyłam na jego plecy i nagle poczułam, że jestem sama. Nie dlatego, że mnie nie kochał. Tylko dlatego, że nigdy nie potrafił stanąć po mojej stronie, gdy było to niewygodne. W tamtej chwili wiedziałam już, że coś się kończy. Jeszcze nie wiedziałam jak, ale wiedziałam, że nie potrafię dłużej mieszkać w miejscu, które od początku było kompromisem z mojej godności.
Zawsze wybierałeś spokój
Tamtej nocy nie trzaskałam drzwiami. W kuchni stały jeszcze kwiaty od Grażyny, a na stole leżały nowe zasłony. Wiktor akurat brał prysznic w łazience, a ja wyjęłam z szafy walizkę. Składałam ubrania powoli, jakbym wykonywała zwykłą czynność przed wyjazdem. Tylko ręce miałam chłodne i nienaturalnie spokojne. Kiedy wyszedł i zobaczył torbę, zamarł.
– Co ty robisz?
– Pakuję się.
– Dokąd?
– Do siebie.
Patrzył na mnie bez zrozumienia.
– Przecież jesteś u siebie.
Pokręciłam głową.
– Nie. Tu wszystko zostało wybrane beze mnie.
– Znowu zaczynasz – westchnął. – To tylko zasłony.
– Nie chodzi o zasłony. Chodzi o to, że kiedy trzeba było wybrać między spokojem z rodzicami a mną, zawsze wybierałeś spokój.
Zamilkł. W jego oczach zobaczyłam zmęczenie, może nawet strach.
– Nie chcę wybierać – powiedział cicho.
– A ja nie chcę być na drugim miejscu.
Nie próbował mnie zatrzymać. Stał w przedpokoju, gdy zamykałam walizkę. Wyszłam bez scen, bez łez.
Mam prawo do własnego głosu
Wynajęłam małą kawalerkę na drugim końcu miasta. Pierwszej nocy usiadłam na podłodze, oparta o pustą ścianę. Była biała, dokładnie taka, jaką kiedyś wybrałam do naszego salonu. Wiktor dzwonił przez kolejne dni.
– Wróć. Porozmawiam z rodzicami – powtarzał.
– To nie o rozmowę chodzi – odpowiedziałam. – Tylko o to, czy potrafisz być ze mną, kiedy to niewygodne.
– Przecież zawsze byłem.
– Nie. Byłeś obok.
Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy. Próbowaliśmy rozmawiać spokojnie, bez oskarżeń. Ale za każdym razem wracaliśmy do tego samego miejsca – on nie chciał konfliktu z rodzicami, ja nie chciałam życia w cieniu ich decyzji. Kilka miesięcy później rozwiedliśmy się. On zachował mieszkanie. Słyszałam od wspólnych znajomych, że jest piękne i bardzo funkcjonalne. Wierzę w to. Grażyna dopilnowała wszystkiego. Ja w swojej kawalerce sama wybrałam płytki do łazienki. Sama zawiesiłam lekkie zasłony. Może nie są tak praktyczne, ale wpuszczają dużo światła.
Czasem jeszcze myślę o Wiktorze. O tym, jak staliśmy w pustym salonie i planowaliśmy wspólne życie. Wiem, że mnie kochał. Ja też go kochałam. Tylko że miłość bez odwagi staje się cicha. A cicho można stracić wszystko. Straciłam dom i męża. Ale odzyskałam coś ważniejszego – poczucie, że mam prawo do własnego głosu. I dziś, kiedy przekręcam klucz w drzwiach swojego małego mieszkania, wiem jedno: dom to nie jest miejsce urządzone „porządnie”. To miejsce, w którym nikt nie mówi ci, że masz się przyzwyczaić.
Liwia, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na rocznicę zamiast róż dostałam od męża wiadro i kurz. W nagrodę za 10 lat małżeństwa dostałam remont”
- „Mąż kłamał, że haruje przy remoncie, a to była tylko przykrywka. Zamiast kłaść gładzie, kładł się w cudzych objęciach”
- „Na czas remontu mieszkania zamieszkaliśmy u teściów. Szybko wystawili nam słony rachunek za gościnę”

