„Pożyczyłem od sąsiadki kasę na rachunki za prąd i gaz, a potem zacząłem jej unikać. Nie miałem z czego oddać”
„Od tamtej pory jej obecność zaczęła mnie przytłaczać. Każde skrzypnięcie na korytarzu wyrywało mnie z myśli. Bałem się wyjść po zakupy, żeby nie natknąć się na nią przypadkiem”.

Siedziałem w kuchni przy zimnej herbacie i patrzyłem na licznik, który nagle stał się moim wrogiem. Wiedziałem, że to moja wina, choć rachunek nie był większy niż zwykle. Emerytura przyszła za późno, a duma nie pozwalała mi iść po pomoc. Do czasu.
Czułem wstyd, pożyczając kasę
Siedziałem w przedpokoju jeszcze długo po tym, jak światło zgasło. Wstałem, zapaliłem małą latarkę. Rachunek za prąd leżał na półce od dawna. Termin minął też już dawno. Wiedziałem o tym, odkąd spojrzałem na kalendarz, ale wmawiałem sobie, że jakoś to będzie.
Przez chwilę rozważałem telefon do Pawła. Odrzuciłem tę myśl niemal natychmiast. Nie chciałem zaczynać rozmowy od prośby, a już na pewno nie od tłumaczeń. Została Halina. Sąsiadka z klatki obok. Zawsze uśmiechnięta, zawsze wiedziała, kto i kiedy wraca z zakupów.
Stałem pod jej drzwiami dłużej, niż wypadało. Słyszałem radio w środku. W końcu zapukałem.
– Jerzy? – zdziwiła się, gdy otworzyła. – Coś się stało?
– Halino… ja tylko na chwilę – zacząłem, czując, jak język robi mi się ciężki. – Miałbym do ciebie prośbę.
Zaprosiła mnie do środka, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Usiadłem na krześle przy stole, poprawiając rękawy swetra. Powiedziałem wszystko szybko, nie patrząc jej w oczy. O rachunku. O terminie. O tym, że oddam zaraz po emeryturze.
– To przecież drobiazg – machnęła ręką. – Każdemu się zdarza. Ile potrzebujesz?
Podała mi pieniądze bez liczenia, jakby ufała mi bardziej, niż ja sam sobie. Poczułem ulgę, niemal fizyczną. Jakby ktoś zdjął mi z pleców ciężar.
– Oddam za tydzień – powiedziałem zbyt szybko. – Słowo daję.
– Wiem, Jerzy. Spokojnie – uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu było coś, czego wtedy nie umiałem nazwać.
Obiecałem sobie, że to był pierwszy i ostatni raz. Że więcej nie zapukam do tych drzwi. Nie wiedziałem jeszcze, jak łatwo obietnice tracą wartość, gdy brakuje pieniędzy, a wstyd zaczyna szeptać głośniej niż rozsądek.
Małe kwoty, wielkie emocje
Oddałem Halinie pieniądze dokładnie w dniu, w którym przyszła emerytura. Wyliczone co do złotówki. Stałem pod jej drzwiami z kopertą w dłoni, jakbym niósł dowód własnej uczciwości. Uśmiechnęła się, przyjęła pieniądze bez słowa, zapytała tylko, czy u mnie wszystko w porządku. Skinąłem głową i szybko się pożegnałem. Myślałem, że to koniec.
Nie minął miesiąc. Gaz okazał się droższy, niż zapowiadali. Potem doszła dopłata, o której nikt wcześniej nie wspominał. Liczyłem, skreślałem, odkładałem na bok kolejne kartki z notatkami. Zrezygnowałem z gazety, z autobusów, chodziłem pieszo. W sklepie brałem to, co było najtańsze, nawet jeśli wiedziałem, że nie zjem połowy. Mimo to w połowie miesiąca znów zabrakło.
Tym razem nie poszedłem od razu. Mijałem Halinę na klatce schodowej, spuszczałem wzrok, udawałem, że poprawiam zamek w drzwiach. Ona jednak zawsze mnie zauważała.
– Jerzy, tak biegasz, jakbyś mnie unikał – rzuciła pewnego dnia, stając przede mną.
Poczułem, jak czerwienią mi się uszy.
– Nie, skądże… po prostu mam swoje sprawy.
Spojrzała na mnie uważnie, z tym samym uśmiechem co poprzednio.
– Jeśli czegoś potrzebujesz, mów śmiało.
To „śmiało” brzmiało jak zaproszenie i wyrzut jednocześnie. Wieczorem długo siedziałem przy stole, aż w końcu znów zapukałem do jej drzwi. Kwota była mniejsza niż poprzednio. Prawie się usprawiedliwiałem, tłumacząc się z każdego grosza.
– Oddasz, jak będziesz mógł – powiedziała. – Nie ma pośpiechu.
Z czasem te wizyty stały się częstsze. Raz na leki, innym razem na niespodziewany rachunek. Halina nigdy nie odmawiała, ale zaczęła przypominać.
– Emerytura już była, prawda? – rzucała mimochodem na klatce.
– Pewnie pamiętasz o tamtej kwocie – dodawała, nalewając herbatę.
Każde takie zdanie wbijało się we mnie jak drobna drzazga. Niby nic, a jednak bolało coraz bardziej. Przestałem patrzeć jej w oczy. Przestałem też czuć się u siebie swobodnie. Mieszkanie stało się miejscem, w którym liczyłem dni, a nie odpoczywałem. Zrozumiałem, że choć pożyczane kwoty były małe, to emocje wokół nich rosły szybciej niż rachunki. A ja powoli traciłem coś, czego nie umiałem zapisać w żadnym zeszycie.
Emerytura mi nie wystarczała
Emerytura wpływała zawsze tego samego dnia. Kiedyś dawało mi to poczucie porządku, jakby świat jeszcze trzymał się jakichś zasad. Teraz była tylko przypomnieniem, że kwota się nie zmienia, choć wszystko wokół drożało. Siadałem przy stole z kalkulatorem, rozpisywałem rachunki, a na końcu zawsze zostawała pusta linijka, której nie dało się zapełnić.
Ogrzewanie skręciłem do minimum. W domu chodziłem w swetrze, czasem w dwóch. Zrezygnowałem z kawy, z drobnych zakupów na targu, z odwiedzin u Ireny, bo bilet też kosztował. Każda decyzja była jak mała porażka, którą tłumaczyłem sobie rozsądkiem. Nie narzekałem głośno, nawet przed sobą.
Paweł zadzwonił pewnego popołudnia. Głos miał zmęczony, jakby rozmowa ze mną była jednym z obowiązków do odhaczenia.
– Co słychać, tato? Wszystko w porządku?
– W porządku – odpowiedziałem odruchowo. – Jak zwykle.
Opowiedział o pracy, o tym, że ma mało czasu. Słuchałem uważnie, a jednocześnie patrzyłem na stertę rachunków na stole. Chciałem powiedzieć coś więcej. Że jest mi ciężko. Że nie radzę sobie tak, jak powinienem. Zamiast tego zapytałem, czy u niego zdrowie dopisuje.
– Gdybyś czegoś potrzebował, mów – rzucił na koniec.
– Jasne – odpowiedziałem, choć wiedziałem, że nie zadzwonię.
Odłożyłem słuchawkę i poczułem, jak mieszkanie znów robi się za duże. Pomyślałem o Halinie. O tym, że jej drzwi były coraz łatwiejsze do otwarcia, a moje własne jakby się zamykały.
Zacząłem liczyć nie tylko pieniądze, ale też dni do kolejnej rozmowy na klatce schodowej. Bałem się jej spojrzeń, a jednocześnie wiedziałem, że bez nich będzie mi jeszcze trudniej. Emerytura, która kiedyś wystarczała na spokojne życie, teraz ledwo starczała na przetrwanie. A ja coraz częściej miałem wrażenie, że stoję w miejscu, podczas gdy dług – nie tylko ten finansowy – powoli rośnie.
Sąsiadka była niecierpliwa
Zauważyłem to pewnego poranka na klatce schodowej. Niby nic się nie stało, zwykłe „dzień dobry”, ale Halina nie uśmiechnęła się jak dawniej. Spojrzała na mnie uważnie, jakby coś ważyła w myślach.
– Jerzy, pamiętasz, że jesteśmy umówieni na spłatę? – zapytała spokojnie, zbyt spokojnie.
– Tak… oczywiście – odpowiedziałem. – Jeszcze kilka dni.
Skinęła głową, lecz nie dodała nic więcej. Zostałem z tym spojrzeniem na plecach aż do drzwi mieszkania. Od tamtej pory jej obecność zaczęła mnie przytłaczać. Każde skrzypnięcie na korytarzu wyrywało mnie z myśli. Bałem się wyjść po zakupy, żeby nie natknąć się na nią przypadkiem.
– Wiedziałam, że przyjdziesz – powiedziała, zanim zdążyłem się odezwać.
Usiadłem przy stole, jak zawsze, ale tym razem czułem się jak gość, który siedzi za długo. Wytłumaczyłem, że to tylko na chwilę, że sytuacja się poprawi. Słuchała w ciszy, bawiąc się łyżeczką.
– Pomagam ci już od miesięcy – powiedziała w końcu. – I nie mam z tym problemu, ale musimy to jakoś uporządkować.
– Oczywiście – odparłem szybko. – Oddam wszystko.
– Wiem – odpowiedziała. – Tylko dobrze by było, żebyś był… bardziej dostępny. Żebym nie musiała cię szukać po klatce.
To zdanie zabrzmiało dziwnie. Jak warunek, choć nie padło wprost. Od tej pory Halina pozwalała sobie na więcej. Zaglądała, gdy akurat jadłem, komentowała, co kupuję. Pytała, dlaczego nie odbieram telefonu. Jej pomoc przestała być bezinteresowna, a ja coraz częściej czułem się obserwowany.
Wdzięczność mieszała się we mnie z upokorzeniem. Bez niej nie dałbym rady, ale z nią traciłem resztki spokoju. Zrozumiałem, że dług dawno przestał być tylko liczbą. Stał się relacją, w której nie byłem już równy. I choć nie powiedziała tego głośno, wiedziałem, że granica została przekroczona.
Chciałem mieć święty spokój
Przejrzałem szafki, stare pudełka. Znalazłem zegarek po ojcu, kilka drobiazgów z dawnych lat. Każdy przedmiot miał swoją historię, ale teraz liczyła się tylko jedna rzecz – spłacić dług. Pojechałem do lombardu, choć ręce trzęsły mi się przy podpisywaniu papierów. Z pieniędzmi w kieszeni poczułem coś na kształt determinacji. Wiedziałem, że to nie wystarczy na wszystko, ale przynajmniej część. Chciałem odzyskać choć kawałek siebie.
Tego samego dnia zapukałem do Haliny. Otworzyła, spojrzała na mnie zaskoczona.
– Musimy porozmawiać – powiedziałem. – I musimy to zakończyć.
Po raz pierwszy od miesięcy czułem strach i ulgę jednocześnie. Bałem się jej reakcji, ale jeszcze bardziej bałem się zostać tam, gdzie byłem. Nie wiedziałem, jak ta rozmowa się skończy, ale wiedziałem, że nie mogę już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku. Halina wpuściła mnie bez słowa. Położyłem pieniądze na stole i usiadłem naprzeciwko niej, zanim zdążyła coś powiedzieć.
– To wszystko, co mam teraz – zacząłem spokojnie. – Sprzedałem kilka rzeczy. Nie oddaję całej kwoty, ale chcę, żebyś wiedziała, że nie uciekam.
Przeliczyła pieniądze powoli, zbyt dokładnie. Potem podała mi kartkę.
– Spisałam wszystko – powiedziała. – Wyszło więcej, niż myślisz, bo doliczyłam odsetki.
Spojrzałem na sumę i poczułem, jak robi mi się słabo. Była wyższa, niż zakładałem. Przez chwilę chciałem się tłumaczyć, ale zamilkłem.
– Halino – powiedziałem w końcu. – Oddam resztę. Ale na swoich warunkach. Nie będę już przychodził po pomoc. Nie chcę, żebyś mnie kontrolowała.
Patrzyła na mnie długo. W końcu westchnęła.
– Nie chciałam, żeby to tak wyglądało – rzuciła chłodno. – Ale skoro tak czujesz, dobrze. Ustalmy raty i koniec.
Spisaliśmy prostą umowę. Bez uśmiechów, bez herbaty. Gdy wychodziłem, nie zatrzymała mnie w drzwiach. Na klatce schodowej było cicho jak nigdy.
Przez kolejne miesiące żyłem bardzo skromnie, ale regularnie oddawałem ustaloną kwotę. Halina przestała się wtrącać. Mijaliśmy się obojętnie, jak dawni znajomi, którzy nie mają już sobie nic do powiedzenia.
Nie odzyskałem wszystkiego. Zegarek po ojcu przepadł, a spokój wracał powoli. Ale znów mogłem zamknąć drzwi i poczuć, że to moje miejsce. Zrozumiałem, że największym kosztem tej pożyczki nie były pieniądze, tylko strach i wstyd, które pozwoliłem w sobie urosnąć. I że pomoc ma sens tylko wtedy, gdy nie odbiera człowiekowi godności.
Jerzy, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie chcieliśmy odstawać i wybraliśmy się na luksusowe ferie w Alpach. Na własne życzenie wdepnęliśmy w finansowe bagno”
- „Remont w domu zniszczył nasz związek. Zamiast wybierać kolor ścian i wzór na tapetach, pisałam pozew rozwodowy”
- „Po śmierci męża walentynki spędzałam w samotności. To spotkanie z ciepłym seniorem ogrzało moje zmarznięte serce”

