„Pożyczyłam kuzynowi kasę, a on nawet nie zaprosił mnie na swój ślub. Jak przyjdzie znów, to zamknę mu drzwi przed nosem”
„Odkąd pamiętam, moja rodzina traktowała mnie jak kogoś odpowiedzialnego, takiego, do kogo można zwrócić się o pomoc w trudnej chwili. I wiecie co? Nie miałam z tym problemu – do czasu, aż ktoś postanowił zamienić moją życzliwość na swój sukces, a potem udawać, że nigdy mnie nie znał”.

- Redakcja
Niektórzy mówią, że pomaganie bliskim wraca podwójnie. Inni twierdzą, że dobro okazane rodzinie nigdy nie idzie na marne. Cóż, z doświadczenia mogę powiedzieć, że życie pisze własne scenariusze, a naiwność bywa najdroższą walutą. Odkąd pamiętam, moja rodzina traktowała mnie jak kogoś odpowiedzialnego, takiego, do kogo można zwrócić się o pomoc w trudnej chwili. I wiecie co? Nie miałam z tym problemu – do czasu, aż ktoś postanowił zamienić moją życzliwość na swój sukces, a potem udawać, że nigdy mnie nie znał.
Bycie „tą dobrą” w rodzinie ma swoją cenę, szczególnie jeśli trafisz na ludzi, którzy potrafią brać bez cienia wdzięczności. Mam opowiedzieć Wam historię? Proszę bardzo. Nie liczcie jednak na ckliwą bajkę z morałem i szczęśliwym zakończeniem. Życie nieczęsto tak wygląda, a ja jestem tego najlepszym przykładem.
Popatrzył na mnie z nadzieją
Kiedy kuzyn zadzwonił do mnie tamtej zimy, nawet przez sekundę nie podejrzewałam, że to będzie rozmowa, która wywróci moje życie do góry nogami. Zwykle dzwonił tylko w święta, czasem z okazji moich imienin – z pustym, przelotnym „wszystkiego najlepszego”, które bardziej przypominało urzędowy obowiązek niż szczerą pamięć. Tym razem głos miał drżący, a jego ton był dziwnie miękki.
– Słuchaj… Przepraszam, że tak od razu, ale… mogę na chwilę przyjechać? – zapytał bez wstępów.
Zaskoczyło mnie to, ale odparłam:
– Jasne, wpadnij, akurat mam dzień wolny.
Pojawił się godzinę później, bez czapki, z rozczochranymi włosami i workami pod oczami, jakby od tygodni nie spał.
– Co się dzieje? – zapytałam, nalewając mu herbaty.
Usiadł na krześle, wzdychając ciężko.
– Wiesz… Zawsze byłem trochę roztrzepany, nie? – próbował się uśmiechnąć, ale to była tylko blada namiastka jego zwykłego, zgryźliwego uśmieszku. – Straciłem pracę. A razem z pracą – mieszkanie. Nie mam z czego żyć, nie mam gdzie spać…
Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. Mój kuzyn był zawsze zaradny, kombinował, jakoś dawał sobie radę. Nigdy nie prosił o pomoc.
– Dlaczego nie powiesz rodzicom? – rzuciłam odruchowo.
Wzruszył ramionami.
– Tata ma własne problemy, mama i tak niczego nie ogarnia. Nie chcę ich dokładać problemów.
Zacisnęłam zęby. Wiedziałam, że nie pyta o przysługę w stylu „pożycz dwie dychy do wypłaty”. On naprawdę był na dnie.
– A ile ci potrzeba, żeby stanąć na nogi? – zapytałam cicho.
Popatrzył na mnie z nadzieją, której nie widziałam u niego nigdy wcześniej.
– Nie wiem… może… kilkanaście tysięcy.
Nie miałam serca mu odmówić
Nie spałam tej nocy. Leżałam wpatrzona w sufit, analizując każde słowo naszej rozmowy. „Kilkanaście tysięcy” – to przecież brzmiało jak kiepski żart. A jednak, widząc jego minę, zrozumiałam, że mówił serio. Rano otworzyłam komputer, policzyłam oszczędności. Nic wielkiego – na dzisiejsze czasy to ledwie poduszka bezpieczeństwa na kilka miesięcy. Mimo to, kiedy następnego dnia zjawił się u mnie z kawą i smutną miną, nie miałam serca mu odmówić.
– Przemyślałaś? – spytał od razu w progu, nawet nie czekając na zaproszenie.
– Wejdź, porozmawiajmy w środku – rzuciłam.
Usiadł naprzeciwko, patrzył na mnie wyczekująco.
– Słuchaj – zaczęłam – jeśli dam ci te pieniądze, to jest dla mnie duża sprawa. Zdaję sobie sprawę, że nie masz nikogo innego, ale… co, jeśli potem nie będziesz miał mi z czego zwrócić?
Spuścił głowę.
– Proszę cię, bez tych pieniędzy na pewno się nie podniosę. Jesteś moją ostatnią nadzieją, rozumiesz?
Westchnęłam. Przez chwilę miałam ochotę po prostu odciąć się od tego wszystkiego.
– Wiesz, że te pieniądze to niemal wszystko, co mam na czarną godzinę?
– Wiem. I obiecuję, że oddam najszybciej, jak tylko będę mógł. Przysięgam – popatrzył mi w oczy i pierwszy raz od dawna wydawał się naprawdę szczery.
Nie wiem, co się ze mną stało. Może przez chwilę uwierzyłam, że kiedyś role mogą się odwrócić.
– Dobra. Dostaniesz je. Tylko nie zawiedź mnie, jasne?
Skinął głową i uśmiechnął się smutno.
– Nigdy cię nie zawiodę.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę przy kawie, a ja w duchu liczyłam, że przynajmniej okaże trochę wdzięczności.
– Wiesz, naprawdę nie wiem, co powiedzieć – mruknął. – Nie spodziewałem się, że się zgodzisz.
– No widzisz. Zaskoczyłam cię – rzuciłam z przekąsem. – Mam nadzieję, że dobrze je wykorzystasz. Co teraz planujesz?
– Wynajmę pokój, może jakaś dorywcza praca się znajdzie. Ważne, żebym znalazł jakiś punkt zaczepienia.
– Ok, to już nie będę więcej zawracał ci głowy. Dzięki, serio.
Wyszedł, a ja przez chwilę patrzyłam na zamknięte drzwi. Z jednej strony czułam ulgę, z drugiej jakiś nieznośny niepokój.
Tak właśnie działa ludzka naiwność
Mijały miesiące. Spodziewałam się chociaż jednego telefonu, krótkiej wiadomości, może zaproszenia na kawę. Nic z tych rzeczy. Czasem łapałam się na tym, że zerkam w telefon, sprawdzam, czy nie dzwonił. Tak właśnie działa ludzka naiwność – jeszcze wmawiasz sobie, że jesteś ważna, że komuś zawdzięcza choćby zwykłe „dziękuję”. Pewnego dnia, zupełnie przypadkiem, wpadłam na jego siostrę pod sklepem. Była w euforii, wycałowała mnie na powitanie.
– I jak, będziesz na weselu?! – wyrzuciła z siebie od razu, nie dając mi dojść do słowa.
Stałam z bułkami w dłoni, próbując zrozumieć, o czym ona mówi.
– Na jakim weselu? – spytałam.
– No Kamila. Nie dostałaś zaproszenia?
Zatkało mnie.
– Jeszcze nie – rzuciłam niedbale.
– Dziwne, myślałam, że już wysłał do wszystkich. Tak czy inaczej, mam nadzieję, że się widzimy. Szykuje się huczna impreza, już nie mogę się doczekać. Podobno panna młoda śliczna jak z reklamy. Nawet rodzina z drugiego końca Polski się zjeżdża! Kamil mówi, że nie będzie żałował kasy na najważniejszy dzień w swoim życiu.
Pożegnałam się jak najszybciej. W domu długo siedziałam przy oknie z herbatą, patrząc w ciemność. Zaczęłam się zastanawiać, jak łatwo komuś zniknąć z życia, kiedy tylko nie jest już potrzebny.
Widocznie nie jestem mile widziana
Dni mijały, a we mnie narastało rozczarowanie. Co chwilę ktoś z rodziny dzwonił, żeby zapytać, czy widzimy się na weselu. Za każdym razem powtarzałam, że nie dostałam zaproszenia. Oczywiście nikt nie chciał mi wierzyć. W końcu któregoś popołudnia zadzwoniła ciotka, ta sama, która przez lata traktowała mnie jak wzór do naśladowania.
– No cześć kochana! Słuchaj, czy ty naprawdę się nie wybierasz na wesele? – zaczęła, zanim zdążyłam się odezwać.
– Nie dostałam zaproszenia – odpowiedziałam sucho. – Widocznie nie jestem mile widziana.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Może jakaś pomyłka? Przecież jesteś jego kuzynką! – próbowała załagodzić sytuację, jakby to był tylko drobny incydent, a nie wyrachowana decyzja.
– No to wyobraź sobie, że pomyłka trwa już kilka tygodni. Nikt się nie odezwał. Jakoś nie wierzę, że zapomniał o mnie przez przypadek.
Już miałam na końcu języka, że dopiero co nie miał niby złamanego grosza, a nagle robi wystawne wesele, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam. Nie miałam już ochoty na dalsze tłumaczenia. Grzecznie się pożegnałam. W tej rodzinie, jeśli czegoś się nauczyłam, to że wdzięczność jest luksusem, na który nie każdy może sobie pozwolić.
Minęło kilka tygodni od wesela mojego kuzyna, a ja, wbrew własnym oczekiwaniom, nie poczułam ani ulgi, ani satysfakcji. Wciąż we mnie tlił się żal. Czasem powtarzałam sobie w myślach, że może przesadzam, może powinnam była się cieszyć, że udało mu się stanąć na nogi. Tyle że im bardziej próbowałam być wyrozumiała, tym bardziej bolała mnie ta cała sytuacja. Rodzina rozmawiała o „najpiękniejszym weselu sezonu”, a nikt nie wiedział, co się naprawdę wydarzyło. Pewnego dnia spotkałam go przypadkiem na mieście. Szliśmy w przeciwnych kierunkach, a on prawie mnie minął, zanim się zorientował, że to ja.
– O, hej! – rzucił z udawaną swobodą, jakbyśmy byli starymi kumplami.
Nie miałam ochoty silić się na uprzejmości. Był wyraźnie skrępowany. Nerwowo poprawił mankiet marynarki, nawet nie patrzył mi w oczy.
– No wiesz… dużo się działo ostatnio. Wesele, praca… – zaczął, jakby próbował się tłumaczyć.
– Chyba coś ci umknęło – przerwałam mu, unosząc brew. – Na przykład to, że oddałam ci ostatnie pieniądze. Myślałam, że przynajmniej się odezwiesz. Albo, nie wiem, że podzielisz się swoim szczęściem.
Zaczął się kręcić niespokojnie.
– No… to tak wyszło. Wiesz, to wszystko było nagle…
– Mhm. Ciekawe, czy twoja żona wie, od kogo dostałeś pieniążki „na nowy start”?
Zmieszał się jeszcze bardziej.
– Posłuchaj… Oddam ci te pieniądze, tylko teraz mam sporo wydatków. Jak tylko się ogarnę, to...
Pokręciłam głową.
– Wiesz co? Daruj sobie te teksty. Na przyszłość – nie proś o pomoc ludzi, o których potem chcesz zapomnieć. Zresztą, chyba nie musisz już się męczyć z moją obecnością.
Minęłam go, zostawiając z jego wymówkami na chodniku. I wtedy poczułam coś, czego nie spodziewałam się po sobie – ulgę. Zrobiłam swoje. On – niech sobie żyje ze swoją wersją wdzięczności.
Karolina, 45 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzieci żyją jak pączki w maśle, a nas ledwo stać na ogrzewanie. Żadne nie pomyśli, by starym rodzicom sypnąć groszem”
- „Syn ma 30 lat i wciąż go utrzymujemy. Mąż się wścieka, że to bumelant, ale ja nie mam serca go wyrzucić”
- „W styczniu zabrakło nam na rachunki, bo córka miała studniówkę. Ta impreza wyczyściła nam portfel”

