Reklama

Zawsze uważałam się za osobę rozsądną. Planowałam, liczyłam, spisywałam wszystko w tabelkach. Kupno naszego pierwszego mieszkania miało być początkiem spokojnego życia z Wiktorem – wspólną decyzją, wspólną odpowiedzialnością. Nie przewidziałam tylko jednego: że największym zagrożeniem dla tych planów nie będą pieniądze ani remont, ale zbyt łatwe „zaufaj mi”, wypowiedziane przy rodzinnym stole.

Teść się wymądrzał

Na początku naprawdę wierzyłam, że to dobry pomysł. Zbigniew pojawiał się w mieszkaniu jeszcze przed nami. Kiedy przyjeżdżaliśmy po pracy, drzwi były już otwarte, a w powietrzu unosił się zapach świeżo ciętych płyt.

– No, młodzi, zobaczcie, jak to będzie wyglądać – powiedział pierwszego dnia, stukając ołówkiem w ścianę. – Tu zrobimy ładne przejście, szerzej. Będzie przestronniej.

– Ale my chcieliśmy zostawić tę ściankę – wtrąciłam ostrożnie. – W projekcie była wnęka na regał.

Zbigniew uśmiechnął się pod nosem.

Projekty to sobie można w ramkę oprawić. Ja wam zrobię funkcjonalnie.

Wiktor roześmiał się cicho.

– Tata wie, co robi. Przecież tyle lat pracował w budowlance.

Poczułam wtedy coś dziwnego . To było przecież nasze mieszkanie. Nasze decyzje. A jednak w tamtej chwili nie chciałam wyjść na osobę czepialską.

Przez pierwsze dni byłam pod wrażeniem jego energii. Rozstawiał narzędzia, planował, szkicował coś na kawałkach kartonu. Wiktor chodził za nim jak uczeń za mistrzem.

– Podaj poziomicę – rzucał Zbigniew.

– Już, tato – odpowiadał Wiktor, z widocznym zapałem.

Stałam z boku, ściskając w dłoni wydrukowane inspiracje z internetu. Kiedy próbowałam je pokazać, słyszałam:

– Karolinko, w praktyce to wygląda inaczej.

Za każdym razem to „Karolinko” brzmiało jak uprzejme odsunięcie mnie na bok.

Nie widziałam postępów

Tydzień zamienił się w dwa. Potem w trzy. Zamiast jednego skończonego pomieszczenia mieliśmy trzy rozgrzebane. W salonie stały worki z gruzem, w kuchni brakowało połowy gniazdek, a łazienka była tylko szkicem na ścianach.

– Jeszcze chwila, młoda. Nie da się wszystkiego naraz – mówił teść, gdy pytałam o terminy.

Mieszkaliśmy u mojej siostry. Z początku traktowałam to jak krótką przygodę. Po miesiącu zaczęłam czuć się jak gość, który przeciąga wizytę.

Któregoś wieczoru, gdy wróciliśmy z mieszkania, usiedliśmy z Wiktorem w samochodzie i długo nie wysiadaliśmy.

– Nie wydaje ci się, że to trwa za długo? – zapytałam cicho.

Westchnął.

– Tata robi to po kosztach. Gdybyśmy wzięli ekipę, zapłacilibyśmy dwa razy tyle.

– Ale przynajmniej wiedzielibyśmy, kiedy skończą.

– Karolina, przesadzasz. On się stara.

To „przesadzasz” zabolało bardziej niż pobłażliwy uśmiech teścia. Poczułam, że zamiast partnera mam obok siebie mediatora, który za wszelką cenę chce uniknąć konfliktu.

Kolejnego dnia przyjechałam sama, żeby zobaczyć postępy. Zastałam Zbigniewa stojącego na drabinie.

– O, przyszłaś mnie kontrolować? – rzucił półżartem.

– Nie kontrolować. Po prostu chciałam zobaczyć, jak idzie.

– Idzie dobrze. Tylko trzeba cierpliwości.

Spojrzałam na nierówne krawędzie ściany w przedpokoju. W projekcie miały być gładkie, z delikatnym podświetleniem. Teraz wyglądały jak szkic, który ktoś porzucił w połowie.

– Myślę, że powinniśmy ustalić jakiś konkretny termin – odważyłam się powiedzieć.

Zbigniew zszedł z drabiny i popatrzył na mnie uważnie.

– Młoda, ja to robię dla was, a ty mi tu o terminach?

Zamilkłam. Nie chciałam wywoływać sprzeczki. Ale po raz pierwszy pomyślałam, że to „dla was” ma w sobie ukryty rachunek – taki, którego jeszcze nie umiałam policzyć. Wieczorem Wiktor był zmęczony. Zapytałam, czy możemy porozmawiać.

– Znowu o remoncie? – skrzywił się.

– Nie tylko o remoncie. O nas.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

– Co z nami?

Nie umiałam tego wtedy dobrze nazwać. Czułam tylko, że coś zaczyna pękać.

Byłam zła na teścia

Drugi miesiąc remontu minął szybciej w kalendarzu niż w rzeczywistości. Każdy weekend wyglądał tak samo – jedliśmy obiad u teściów, a rozmowa prędzej czy później schodziła na mieszkanie. Zbigniew opowiadał o postępach, jakby budował dom od podstaw.

– Wczoraj poprawiłem wam instalację w kuchni – oznajmił pewnej niedzieli, odkładając widelec. – Poprzedni układ był bez sensu.

– Ale my go ustalaliśmy razem – wtrąciłam ostrożnie.

Teresa spojrzała na mnie znad talerza.

– Karolino, Zbyszek całe życie pracował przy takich rzeczach. Lepiej wie, co się sprawdzi.

Wiktor milczał. Kroił kotlet z nadmierną dokładnością, jakby linia cięcia była sprawą najwyższej wagi.

– Ja tylko chciałabym wiedzieć, kiedy to się skończy – powiedziałam spokojnie. – Minęły już dwa miesiące.

Zbigniew odsunął krzesło.

– A kto wam to robi? Firma? Czy ja?

– Ty, i jesteśmy wdzięczni – odpowiedział szybko Wiktor.

Teresa pokiwała głową.

– Trochę cierpliwości. Zbyszek się stara.

Wróciliśmy do domu mojej siostry w napięciu. W samochodzie panowała cisza, przerywana tylko szumem kierunkowskazu.

– Musiałaś tak przy wszystkich? – odezwał się w końcu Wiktor.

– Tak jak? Zapytać o termin?

– Tata poczuł się zaatakowany.

– A ja czuję się ignorowana – odpowiedziałam. – To jest też moje mieszkanie.

Zacisnął dłonie na kierownicy.

– On chce dobrze.

– A ty? – spojrzałam na niego. – Ty czego chcesz?

Nie odpowiedział od razu. W końcu westchnął.

– Chcę spokoju.

To jedno zdanie zabolało bardziej niż wszystkie wcześniejsze uwagi teścia. Zrozumiałam, że dla Wiktora najważniejsze było uniknięcie konfliktu. Nawet jeśli oznaczało to, że ja zostanę zepchnięta na drugi plan.

Nie podobało mi się to

Kilka dni później pojechałam sama do mieszkania. W salonie leżały nowe płyty, których nie wybieraliśmy.

– Skąd to? – zapytałam, gdy Zbigniew wszedł z klatki schodowej.

– Okazja. Kolega miał nadwyżkę. Taniej niż w sklepie.

– Ale my wybraliśmy inne.

Wzruszył ramionami.

– Te są solidniejsze.

Poczułam, jak rośnie we mnie bezsilność.

– To nie chodzi tylko o solidność. Chodzi o to, że to miało być nasze.

– Wasze? – powtórzył. – Gdyby nie ja, dalej byście zbierali na ekipę.

Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że rachunek za tę „pomoc” nie będzie wyrażony w złotówkach. Wieczorem spróbowałam jeszcze raz porozmawiać z Wiktorem.

– Czuję, że twoja lojalność zawsze będzie po stronie rodziców – powiedziałam.

– To nieprawda.

– To dlaczego ani razu nie powiedziałeś przy nich, że mam rację?

Zamilkł. Patrzył w podłogę.

– Bo nie chcę wybierać.

– Ale już wybierasz – odpowiedziałam cicho.

W tamtej chwili zrozumiałam, że nie walczę tylko o termin zakończenia remontu. Walczyłam o swoje miejsce w naszym małżeństwie. A ono zaczynało się niebezpiecznie chwiać.

Remont się nie kończył

Czwarty miesiąc remontu przywitał nas kartonami ustawionymi pod ścianą i decyzją, której oboje się baliśmy.

Nie możemy dłużej siedzieć u twojej siostry – powiedział Wiktor, stojąc pośrodku niedokończonego salonu. – Jakoś to ogarniemy.

„Jakoś” stało się naszym nowym planem. Wprowadziliśmy się do mieszkania bez listew, bez drzwi do łazienki i z prowizorycznym blatem w kuchni. Pierwszą noc spaliśmy na materacu, a echo odbijało się od surowych ścian.

– To potrwa jeszcze chwilę – powtarzał Wiktor, gasząc światło.

Ale chwile zaczęły się mnożyć.

Zbigniew wpadał bez zapowiedzi. Miał klucz „na wszelki wypadek”. Czasem budził nas dźwiękiem wiertarki o ósmej rano w sobotę.

– Trzeba wykorzystać dzień – tłumaczył, jakbyśmy byli lokatorami, a nie właścicielami.

Któregoś popołudnia wróciłam z pracy wcześniej. W salonie stała drabina, a część ściany była rozebrana.

– Co się stało? – zapytałam, zrzucając płaszcz.

Zbigniew otarł czoło rękawem.

– Zmieniamy układ. Będzie więcej światła.

– Jak to zmieniamy? – podeszłam bliżej. – Przecież tu miała być ściana pod telewizor.

– Za ciężko by było. Lepiej tak.

Stałam w ciszy, patrząc na gruz pod nogami. Nikt mnie nie zapytał. Nikt nie uprzedził. Wieczorem wybuchłam.

– Nie możemy tak żyć! – powiedziałam, kiedy Wiktor wszedł do salonu. – Twój ojciec burzy ściany bez słowa!

– Przesadzasz. Chciał dobrze.

– To nie jest kwestia dobrych chęci. To jest nasze mieszkanie!

– Nasze, więc też moje – odpowiedział podniesionym głosem. – A ja mu ufam.

Zrobiło mi się zimno.

– A mnie?

Zamilkł. Ta cisza była głośniejsza niż każda kłótnia.

Mówiłam, co myślę

Od tamtej chwili zaczęliśmy unikać rozmów. On dłużej zostawał w pracy. Ja wracałam późno, siedząc jeszcze chwilę w samochodzie, zanim weszłam na klatkę schodową. W domu panował nieustanny bałagan – i w przestrzeni, i między nami. Najgorsze były wizyty teściów. Teresa chodziła po mieszkaniu, kiwając głową.

– No, widać postęp – mówiła z dumą. – Gdyby firma to robiła, dawno by was z torbami puścili.

Czułam, jak zaciskają mi się dłonie. Pewnego wieczoru, gdy znów usłyszałam, że powinnam być bardziej cierpliwa, coś we mnie pękło.

– Dość – powiedziałam głośno. – Chcę zatrudnić ekipę i zakończyć ten remont.

Zapadła cisza. Zbigniew spojrzał na mnie, jakbym właśnie podważyła całe jego doświadczenie.

Czyli moja praca jest nic niewarta? – zapytał sztywno.

– Nie o to chodzi…

– Właśnie o to chodzi – przerwał mi. – Brak szacunku.

Wiktor podszedł bliżej.

– Karolina, nie rób scen.

To zdanie uderzyło mnie mocniej niż spojrzenie teścia.

– Scen? – powtórzyłam. – Ja tylko chcę normalnie mieszkać.

– Wystarczy trochę cierpliwości – powiedziała Teresa.

Spojrzałam na Wiktora. Czekałam, aż coś powie. Że mnie rozumie. Że to też jego dom i jego decyzja. Nie powiedział nic.

Mąż miał pretensje do mnie

Po tamtej kłótni Zbigniew wyszedł bez słowa. Drzwi zamknęły się mocniej niż zwykle. Teresa podążyła za nim, rzucając tylko krótkie:

– Szkoda, że tak to widzisz.

W mieszkaniu została cisza. Taka ciężka, lepka. Wiktor stał przy oknie, patrząc w dół na parking.

– Naprawdę musiałaś to zrobić przy nich? – zapytał w końcu.

– A kiedy miałam to zrobić? – odpowiedziałam zmęczonym głosem. – Od miesięcy próbuję rozmawiać.

Odwrócił się.

– Tata się starał.

– A ja? – spojrzałam mu prosto w oczy. – Ja też się starałam. Żeby nikogo nie urazić. Żeby być miłą, wyrozumiałą. I wiesz co? Czuję się jak gość we własnym domu.

Nie zaprzeczył. Nie przytulił mnie. Usiadł tylko na krześle i schował twarz w dłoniach. Przez kilka dni nikt z teściów się nie odezwał. Zbigniew nie przyjechał. Narzędzia zostały w kącie salonu, jak porzucony dowód winy. Wiktor chodził przygaszony. Ja czułam jednocześnie ulgę i strach. W końcu sama zadzwoniłam do firmy remontowej, którą wcześniej polecała mi koleżanka. Przyjechali obejrzeć mieszkanie. Młody kierownik spojrzał na rozebraną ścianę i westchnął.

Da się to doprowadzić do porządku. Potrzebujemy trzech tygodni.

Trzech tygodni. Tyle wystarczyło obcym ludziom, by zrobić to, co ciągnęło się miesiącami.

– Zróbmy to – powiedziałam, zanim Wiktor zdążył się odezwać.

Spojrzał na mnie długo, a potem skinął głową.

Remont dobiegł końca

Prace ruszyły szybko. Każdego dnia widziałam realny postęp. Ściany były równe. Podłoga ułożona tak, jak planowaliśmy. Po raz pierwszy poczułam, że to naprawdę nasze miejsce, ale między nami wciąż coś było nie tak. Siedzieliśmy wieczorami na kanapie i rozmawialiśmy o rachunkach, o pracy, o tym, co trzeba jeszcze dokupić. Nie rozmawialiśmy o tym, co wydarzyło się przez ostatnie miesiące. Któregoś dnia Wiktor wrócił od rodziców późnym wieczorem.

– Tata powiedział, że już nie chce wtrącać się w nasze sprawy – oznajmił bez emocji.

– A ty? – zapytałam.

Usiadł obok mnie.

– Myślę, że za długo próbowałem wszystkich pogodzić. I straciłem z oczu to, co najważniejsze.

– Czyli?

– Ciebie. Nas.

To był pierwszy raz, kiedy jasno stanął po naszej stronie. Nie przeciwko rodzicom – po prostu przy mnie.

Remont skończył się zgodnie z zapowiedzią. Zapłaciliśmy więcej, niż planowaliśmy na początku. Relacje z teściami pozostały chłodne. Najważniejsze jednak, że z Wiktorem przestaliśmy udawać, że nic się nie stało. Usiedliśmy któregoś wieczoru przy nowym stole w salonie.

– Jeśli jeszcze kiedyś będziemy robić remont – powiedział półżartem – to tylko z umową i ekipą.

Uśmiechnęłam się.

– I z jasnymi zasadami między nami.

Karolina, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama