Reklama

Rok temu wydawało mi się, że najtrudniejsze już za mną. Po śmierci męża nauczyłam się ciszy i samotnych wieczorów. Kiedy Paulina stanęła w progu z walizką i dwójką dzieci, zapłakana i rozbita po rozwodzie, bez wahania oddałam jej klucze i własną sypialnię. Byłam pewna, że to chwilowe. Nie przypuszczałam, że we własnym domu zacznę czuć się jak gość.

Córka zaczęła się rządzić

Na początku wszystko wydawało się naturalne. Lena spała przytulona do mnie, kiedy budziła się w nocy z płaczem. Tymon siadał mi na kolanach przy śniadaniu i opowiadał o przedszkolu. Paulina chodziła po domu w dresie, z podkrążonymi oczami, a ja mówiłam sobie, że to tylko przejściowe. Że teraz ja jestem jej oparciem, tak jak kiedyś ona była moim. Zmiany zaczęły się od drobiazgów.

– Mamo, przestawimy kanapę pod okno? – zapytała pewnego dnia Paulina, już z rękami na oparciu. – Dzieci potrzebują więcej przestrzeni.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, a salon wyglądał inaczej. Mój fotel, ten sam, w którym mój mąż czytał gazetę, wylądował w kącie. Zdjęcia z naszej rocznicy zniknęły z komody.

– Schowałam je do szuflady – wyjaśniła, nie patrząc mi w oczy. – Dzieci ciągle pytają o dziadka. Może lepiej na razie mniej wspomnień.

Przytaknęłam. W gardle stanęła mi gula, ale nie zaprotestowałam. Tłumaczyłam sobie, że przecież to też ich dom. Z czasem zaczęłam jednak zauważać, że coraz rzadziej siadam w salonie. Wieczorami Paulina oglądała swoje seriale, dzieci bawiły się na dywanie, a ja zamykałam się w małym pokoiku, który dawniej był gabinetem męża. Tam stało moje prowizoryczne łóżko i jedna szafa.

Pewnego popołudnia, gdy próbowałam czytać książkę, Lena wpadła bez pukania.

– Babciu, możesz z nami zagrać? Mama mówi, że i tak siedzisz sama.

Zabolało mnie to „i tak”. Jakbym była dodatkiem do ich życia, wypełniaczem czasu. Coraz częściej łapałam się na tym, że chodzę na palcach. Gdy chciałam zrobić herbatę, pytałam:

– Paulinko, potrzebujesz skorzystać z kuchni?

Brzmiało to absurdalnie. To była moja kuchnia od trzydziestu lat. A jednak czułam się jak intruz.

Straciłam swoje miejsce

Najbardziej bolały mnie niedziele. Kiedyś zapraszałam Irenę na ciasto, rozmawiałyśmy przy stole, wspominałyśmy dawne czasy. Teraz stół był zastawiony kolorowymi kubkami i zeszytami do rysowania.

Może dziś nie zapraszaj nikogo – rzuciła Paulina któregoś razu. – Dzieci są zmęczone, potrzebują spokoju.

– To tylko Irena – odpowiedziałam cicho.

– Wiem, mamo, ale teraz priorytetem są dzieci.

To słowo zaczęło wybrzmiewać coraz częściej. Wieczorem poszłam do Ireny. Usiadłyśmy przy jej stole, a ja po raz pierwszy powiedziałam na głos to, co od tygodni tłumiłam.

– Czuję się, jakbym była u siebie lokatorką, a do tego służącą i czase bankomatem – przyznałam.

Irena spojrzała na mnie uważnie.

– A mówiłaś jej o tym?

– Jak mam mówić? Jest po rozwodzie. Przeżyła tyle. Nie chcę dokładać jej ciężaru.

– Grażynko, pomoc to nie to samo co oddanie wszystkiego – odparła spokojnie.

Wróciłam do domu późnym wieczorem. W przedpokoju leżały buty dzieci, w kuchni stały niepozmywane talerze. Z salonu dobiegał śmiech z telewizora. Stanęłam na chwilę w progu i poczułam coś, czego wcześniej nie znałam – żal pomieszany z irytacją.

Córka była cwana

Tamtego popołudnia wróciłam wcześniej z zakupów. Siatki postawiłam w kuchni i już miałam zawołać Paulinę, gdy usłyszałam jej głos dochodzący z salonu. Rozmawiała przez telefon. Nie chciałam podsłuchiwać, ale moje imię padło tak wyraźnie, że zamarłam.

– U mamy jest wygodnie – mówiła lekko, niemal beztrosko. – Przynajmniej nie muszę się martwić czynszem ani opieką nad dziećmi. Ona i tak jest w domu, więc pomaga.

Serce zaczęło mi bić szybciej.

– Nie, nie spieszę się z wyprowadzką. Teraz ceny są kosmiczne. A tutaj mamy przestrzeń, dzieci czują się bezpiecznie.

Kiedy weszłam do salonu, uśmiechnęła się do mnie, jakby nic się nie stało.

– Mamo, kupiłaś te jogurty dla Leny?

– Kupiłam – odpowiedziałam spokojnie. – Paulina, możemy porozmawiać?

Westchnęła ciężko.

– Teraz? Jestem w trakcie planowania grafiku z klientką.

– To ważne.

Usiadła naprzeciwko mnie, skrzyżowała ręce na piersi.

O co chodzi?

Przez chwilę milczałam, zbierając myśli.

– Usłyszałam fragment twojej rozmowy – zaczęłam. – Powiedziałaś, że jest ci wygodnie. Że nie musisz się martwić czynszem.

Zmrużyła oczy.

– Podsłuchiwałaś mnie?

– Nie. Po prostu wróciłam i słyszałam.

Zapadła cisza. Lena i Tymon bawili się w pokoju, ich śmiech kontrastował z napięciem między nami.

– Mamo, chyba nie oczekujesz, że w mojej sytuacji będę podejmować pochopne decyzje – powiedziała w końcu chłodno. – Rozwód to nie jest coś, z czym człowiek radzi sobie w miesiąc.

Nie oczekuję pochopnych decyzji – odpowiedziałam. – Oczekuję planu. Konkretu. Minęło już dziewięć miesięcy.

– Czyli chcesz, żebym się wyprowadziła? – Jej głos zadrżał.

– Chcę wiedzieć, dokąd to zmierza. Czuję się… zmęczona.

– Zmęczona? – powtórzyła, podnosząc ton. – Ja zostałam sama z dwójką dzieci, a ty jesteś zmęczona?

– Paulina, nie licytujmy się.

Pokłóciłyśmy się

Wstała gwałtownie.

– To może przypomnę, kto namawiał mnie, żebym odeszła od Radosława! Kto mówił: „Nie pozwól, żeby cię lekceważył”? Ty! A teraz, kiedy zrobiłam to, co uważałaś za słuszne, nagle przeszkadzam?

Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałam.

– Chciałam, żebyś była szczęśliwa – powiedziałam cicho.

– A może chciałaś mieć mnie z powrotem przy sobie? – rzuciła.

Poczułam, jak ogarnia mnie gorąco. Czy naprawdę tak mnie widziała?

To niesprawiedliwe – wyszeptałam.

– Niesprawiedliwe jest to, że czuję, jakbyś wystawiała rachunek za pomoc – odparła.

Do pokoju wszedł Tymon.

– Mamo, czemu krzyczycie?

Paulina odwróciła się do niego natychmiast, łagodniejąc.

– Nie krzyczymy, skarbie. Rozmawiamy.

Spojrzałam na wnuka i ogarnęło mnie poczucie winy. Nie chciałam, by dzieci były świadkami naszego sporu. Tego wieczoru jadłyśmy kolację w ciszy. Każda ze swoimi myślami.

Córka była przejęta

Punkt zwrotny przyszedł szybciej, niż się spodziewałam. To był wtorek, pamiętam dokładnie, bo właśnie wyjmowałam z piekarnika zapiekankę, kiedy Paulina wpadła do kuchni z telefonem w ręku.

– On chce zmniejszyć alimenty – powiedziała bez przywitania. – Twierdzi, że ma mniej zleceń i musi zacisnąć pasa.

Odstawiłam naczynie na blat.

– Radek tak powiedział?

– Tak. I że powinnam być bardziej elastyczna, bo przecież mieszkam u ciebie.

– I co mu odpowiedziałaś? – zapytałam spokojnie.

– Że dzieci mają swoje potrzeby i że to jego obowiązek. Ale on uważa, że skoro nie płacę czynszu, to nie mam powodów do narzekań.

Usiadła przy stole i zakryła twarz dłońmi.

– Mamo, ja nie dam rady. Jeśli on obniży te pieniądze, nie mam szans na wynajem czegokolwiek.

Poczułam, jak w środku narasta we mnie napięcie. Wiedziałam, że to moment, w którym muszę powiedzieć to, czego unikałam.

– Paulino – zaczęłam ostrożnie – właśnie dlatego potrzebujemy planu.

Podniosła głowę.

– Jakiego planu?

– Konkretnego. Terminu. Nawet jeśli to będzie kilka miesięcy, ale z datą. Nie możemy żyć w zawieszeniu.

Jej twarz stężała.

– Czyli teraz, kiedy sytuacja się komplikuje, ty chcesz mnie przycisnąć?

– Nie przyciskam. Chcę wiedzieć, że to nie jest rozwiązanie na lata.

Wstała gwałtownie.

– A jeśli będzie na lata? Mam iść z dziećmi do jakiejś dziury tylko dlatego, że tych chcesz mieć spokój?

– Nie chodzi tylko o spokój – odpowiedziałam, czując, że głos zaczyna mi drżeć. – Chodzi o to, że ja też mam prawo do swojego życia i miejsca dla siebie.

W jej oczach zobaczyłam coś więcej niż złość. Zobaczyłam zmęczenie i strach. W tym momencie do kuchni wbiegła Lena.

– Mamo, tata napisał? – zapytała z nadzieją.

Paulina uklękła przy niej.

– Napisał, kochanie. Dorośli muszą coś ustalić.

Patrzyłam na nie i nagle dotarło do mnie, że ta rozmowa nie dotyczy tylko pieniędzy ani metrażu mieszkania. To była walka o to, kim jesteśmy wobec siebie.

Postawiłam warunki

Wieczorem zapukałam do jej pokoju.

– Proponuję sześć miesięcy – powiedziałam stanowczo. – W tym czasie szukasz pracy na pełen etat i mieszkania. Pomogę ci, ale potrzebuję konkretu.

Spojrzała na mnie długo.

– A jeśli nie dam rady?

Serce mi ścisnęło, ale nie cofnęłam słów.

– Wtedy wspólnie poszukamy innego rozwiązania. Ale nie możemy udawać, że czas się zatrzymał.

Odwróciła wzrok.

– Dobrze – powiedziała w końcu. – Sześć miesięcy.

Wyszłam z jej pokoju z mieszanką ulgi i lęku. Wiedziałam, że właśnie przekroczyłam granicę, której bałam się od dawna. I że od tej chwili nic między nami nie będzie już takie samo.

Grażyna, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama