Reklama

Jestem kobietą po siedemdziesiątce, wdową. Mam dorosłą córkę, ale nie chciałabym jej obarczać swoją obecnością zbyt często. Ma swoje życie, a ja swoje przyzwyczajenia. Tylko wnuczka, Julka, przynosi mi prawdziwą radość. Młoda, uśmiechnięta, pełna energii – jakby świat miał się dopiero zacząć. Dla niej jestem gotowa wyjść z domu, nawet zimą na lodowisko.

Kocham ją

Raz w tygodniu jeździmy razem na ślizgawkę. Ona wskakuje na lód i sunie jak wiatr, a ja siedzę przy bandzie z moim termosikiem z kawą. Obserwuję ją z łezką w oku – z dumą, ale i z nostalgią. Nieraz, kiedy para łyżwiarzy sunie razem po tafli, zaciskam mocniej palce na kubku. Takich chwil się nie zapomina. Tych z młodości.

Jako dziewczynka też jeździłam – z koleżankami, z chłopcami ze szkoły. Czułam się wtedy lekka, wolna, jakby świat naprawdę należał do mnie, ale to było dawno. Od lat nie miałam łyżew na nogach. Nie dlatego, że nie chciałam, po prostu nie było czasu, bo dom, dzieci, praca. A teraz boję się, że się przewrócę. Bo co taka stara baba miałaby robić na lodzie?

Siedziałam jak zwykle na drewnianej ławce przy bandzie, w grubym płaszczu i z rękami wsuniętymi w rękawiczki. Obserwowałam Julkę, która z roziskrzonymi oczami śmigała po lodzie, jakby miała skrzydła zamiast łyżew. Czasem machała do mnie, a ja udawałam, że też jestem w tym świecie, choć w środku czułam, że coraz bardziej się oddalam.

Lubiłam patrzeć

Lodowisko było pełne dzieciaków, młodzieży, rodziców ze smartfonami. W tym zgiełku zauważyłam mężczyznę, który usiadł obok mnie. Był w moim wieku albo niewiele starszy. Wysoki, z siwymi włosami i ciepłym spojrzeniem. Uśmiechnął się do mnie lekko, jakbyśmy znali się od lat.

– Pani wnuczka? – zapytał.

– Wnuczka, tak. Co tydzień tutaj przyjeżdżamy. Ona się bawi, ja patrzę – odpowiedziałam trochę speszona, że ktoś zwrócił się do mnie tak po prostu.

– Ja też przychodzę co tydzień. Mój wnuk uczy się dopiero jeździć, to tamten chłopiec w czerwonej czapce – wskazał głową w stronę małego chłopca, który właśnie upadał na pupę, a zaraz potem sam wstawał z uśmiechem.

Było w nim coś, co sprawiało, że chciałam słuchać dalej.

– Patrzy pani na lód tak, jakby trochę pani żałowała, że jest po tej stronie bandy.

Moje myśli cofnęły się do tamtych zim, gdy z koleżankami robiłyśmy piruety, a chłopcy bili brawo. Potem znów spojrzałam na taflę, jakbym mogła zobaczyć tamtą siebie.

Wspomnienia wróciły

– Kiedyś jeździłam. Lubiłam to bardzo, ale teraz to już nie dla mnie.

– Dlaczego?

– To nie takie proste, jak się ma siedemdziesiąt lat. Nogi nie te, strach inny. A poza tym, co ludzie pomyślą?

Zaśmiał się, ale nie szyderczo. Było w tym śmiechu ciepło.

– Ludzie zawsze coś myślą. A może warto im pokazać, że wiek to nie powód, żeby z czegoś rezygnować?

Pokręciłam głową, ale on tylko wstał, podszedł do budki z łyżwami i po chwili wrócił z parą, którą podał mi bez słowa.

– Zaryzykuję – powiedział. – Jeśli się pani przewróci, będziesz miała o czym opowiadać. A jak nie, to poczuje się pani znów jak ta dziewczyna sprzed lat.

Spojrzałam na łyżwy, potem na niego. W jego oczach nie było presji, tylko zachęta. Powoli zdjęłam buty i zaczęłam zakładać łyżwy. Palce mi drżały, nie tylko z zimna.

Chciałam spróbować

Wprowadził mnie na lód, trzymając pod ramię. Czułam, jak moje ciało protestuje, a równocześnie coś we mnie się budzi. Zrobiłam kilka kroków, potem jeszcze kilka. Pośliznęłam się, zachwiałam, ale on był tuż obok.

– Trzyma pani równowagę lepiej niż niejeden nastolatek – powiedział.

Uśmiechnęłam się. Jechaliśmy wolno. Śmiałam się, gdy niepewnie przestawiałam nogi, śmiałam się z własnych potknięć i tej odrobiny szaleństwa. Gdy zeszliśmy z lodu, odpięłam łyżwy i spojrzałam na niego.

– Dziękuję – powiedziałam cicho.

– Może za tydzień znów tu pani będzie? – zapytał.

– Może – odparłam, nie chcąc jeszcze obiecywać, ale wiedziałam, że będę.

Przyjechałam na lodowisko tydzień później. Powiedziałam sobie, że to z myślą o Julce, ale prawda była inna. Rozejrzałam się, był tam. Stał przy bandzie, rozmawiał z wnukiem i śmiał się. Gdy mnie zauważył, uniósł rękę w geście powitania, jakby czekał.

Czekał na mnie

Tym razem sama weszłam na lód. Zrobiłam kilka niepewnych kroków, kiedy straciłam równowagę. Zanim zdążyłam spanikować, poczułam jego ramię pod łokciem.

– Już pani nie ucieknie beze mnie – powiedział.

Ślizgaliśmy się powoli, jedno obok drugiego, bez pośpiechu. Mówiliśmy o naszych dzieciach, o wnukach, o tym, jak to jest być samemu. Powiedział, że jego żona zmarła cztery lata temu, przez pierwszy rok nie mógł wchodzić do ich sypialni. Znałam ten ból.

– Czasem człowiek już nie chce nikogo wpuszczać do środka – powiedziałam. – Bo nie wie, czy potrafi jeszcze zaufać.

– A może nie musi od razu ufać? Może wystarczy po prostu być obok? – odpowiedział.

Wieczorem, gdy wróciłam do domu, pomyślałam o jego oczach i o tym, jak spokojnie się przy nim czułam. Następnym razem ubrałam się już dużo staranniej.

Zgodziłam się

Spotykaliśmy się co tydzień już bez ustaleń. Po prostu wiedzieliśmy, że w soboty oboje tam będziemy. Pewnego dnia zapytał:

– Może dziś pójdziemy na herbatę? Niedaleko stąd jest taka mała kawiarnia, z firankami jak z dawnych lat.

Nie miałam czasu się zastanawiać. Skinęłam głową. Usiedliśmy przy oknie, zamówiliśmy herbatę z cytryną i szarlotkę. Mówił o swojej żonie – że była ciepła, ale uparcie niezależna, lubiła planować. Znałam taki typ kobiety. Ja byłam inna, cicha, bardziej czekająca niż działająca.

– Po jej śmierci bałem się, że całkiem się zamknę – powiedział. – A teraz siedzę tu z panią i to chyba znaczy, że coś się jeszcze we mnie tli.

– Nie wiem, czy to ważne, ale jest mi z panem dobrze.

Spojrzał na mnie uważnie, nie mówił nic przez chwilę.

– Nie musimy nic nazywać. Możemy po prostu być.

W nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o jego śmiechu i spojrzeniu, które nie próbowało niczego wymuszać.

Miałam obawy

W następną sobotę usiedliśmy na tej samej ławce, co zawsze. Czułam puls w gardle i lodowate palce. On siedział obok, spokojny.

– Muszę coś panu powiedzieć – zaczęłam. – Wnuczka mnie zapytała, czy jest pan moim chłopakiem. Nie wiem, co my robi­my. To jest głupie, w tym wieku… To się nie powinno dziać.

– Myśli pani, że ja wiem, co robię? Nie planowałem, że nagle zacznie mi brakować pani głosu, że będę się stresował każdej soboty jak chłopiec przed randką.

Odwróciłam się do niego. Patrzył mi prosto w oczy.

– Nie wiem, co będzie jutro i nie wiem, co powiedzieć innym, ale dziś… Chciałabym zjeść z panem ciasto drożdżowe i napić się herbaty. U mnie, jeśli pan nie ma nic przeciwko.

Spojrzał na mnie, a potem lekko skinął głową.

– Nie mam nic przeciwko, ale ostrzegam: zakochuję się w kobietach, które proponują mi ciasto drożdżowe.

Maria, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama