„Poszłam po pączki, a wpadłam w oko piekarzowi. Teraz piecze dla mnie słodkości w każdy weekend”
„Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, pałaszując jeszcze ciepłe drożdżówki. Michał opowiadał mi o piekarni, klientach, którzy zamawiają chleb bezglutenowy, o tym, jak czasem śpi na zapleczu, bo piec trzeba doglądać. Mówił prosto, bez udawania”.

Czasami mam wrażenie, że całe moje życie to czekanie na coś, co nigdy nie przychodzi. Odkąd Tomek odszedł – a raczej odszedł z naszą wspólną koleżanką – jakoś mi przeszła ochota na związki, na te wszystkie romantyczne bzdury. Praca zdalna? Cud, bo nie muszę się do nikogo uśmiechać. Śniadania jem sama, kolacje z winem i serialem. Najbliższą relację mam z kurierem, który już przestał pytać, czy na pewno tyle jedzenia jest dla jednej osoby.
W tłusty czwartek, zgodnie z narodową tradycją, postanowiłam kupić pączki. Weszłam do małej piekarni na Mokotowie, zła, niewyspana, z zamiarem załatwienia tego szybko. I wtedy pierwszy raz zobaczyłam Michała. Stał za ladą, upaprany mąką, z uśmiechem szerokim jak autostrada.
– Dzień dobry! Tylko nie mów, że jesteś na diecie, bo w taki dzień nie można – rzucił, podając mi ciepłego pączka.
Parsknęłam śmiechem, choć nie miałam na to ochoty.
– Raczej na detoksie od ludzi – odburknęłam.
– To dobrze trafiłaś.
Coś w jego głosie kazało mi zostać chwilę dłużej.
Był zabawny
Przez całą drogę do domu ściskałam w dłoni serwetkę z numerem telefonu. Michał napisał go odręcznie, w dziwaczny sposób, jakby nie zależało mu na czytelności. Wciąż się zastanawiałam, co mnie podkusiło, żeby wziąć ten numer. Przecież nie zamierzałam do niego pisać. Mam trzydzieści cztery lata, nie siedemnaście.
Weszłam do mieszkania, rzuciłam serwetkę na blat i zaczęłam krążyć po kuchni. Próbowałam się zająć czymś innym – pranie, herbata, sprawdzanie maili. Ale serwetka leżała i kusiła. Po godzinie nie wytrzymałam.
– To tylko rozmowa. Przecież on pewnie tak zagaduje każdą – mruknęłam pod nosem. Wzięłam telefon i napisałam:
„Podobno najlepsze pączki są z różą, potwierdzasz?”
Odpisał niemal od razu:
– Potwierdzam, chociaż dzisiaj wszystkie smakowały wyjątkowo.
Przewróciłam oczami, ale poczułam dziwną ulgę. Odpisałam złośliwie:
– Jesteś taki miły dla wszystkich klientek, czy tylko dla tych, co narzekają na ludzi?
– Tylko dla tych, które nie lubią ludzi. Reszcie sprzedaję stare bułki.
Zaśmiałam się. Siedziałam na krześle w kuchni i przez chwilę czułam się jak nastolatka. Pisałam z facetem, który upiekł dla mnie pączka. Niby nic, a jednak zrobiło mi się miło. Ale zaraz próbowałam się otrząsnąć. Nie mogłam przecież znowu uwierzyć w te bajki. To była tylko rozmowa. Przypadek. Nie dam się wciągnąć. Tyle że od dawna nikt mnie tak nie rozbawił.
Zrobił mi niespodziankę
W następną sobotę obudził mnie dźwięk domofonu. Zaspana, wciągnęłam pierwszy lepszy dres i zeszłam na dół. Pod drzwiami stał Michał z papierową torbą.
– Pomyślałem, że po wczorajszym maratonie z klientami mogłaś nie mieć siły na śniadanie – powiedział, wręczając mi torbę. – Zostało trochę drożdżówek z piekarni.
– Chcesz mnie utuczyć, czy po prostu każdej klientce tak dogadzasz? – zapytałam, pół żartem, pół serio.
– Tylko wybranym przynoszę bułki do domu – odpowiedział, lekko się uśmiechając.
Wpuściłam go do kuchni. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, pałaszując jeszcze ciepłe drożdżówki. Michał opowiadał mi o piekarni, klientach, którzy zamawiają chleb bezglutenowy, o tym, jak czasem śpi na zapleczu, bo piec trzeba doglądać. Mówił prosto, bez udawania.
– Ty tak wszystkich obdarowujesz swoimi wypiekami? – zapytałam w końcu, próbując ukryć ciekawość.
– Nie każda klientka daje się zaprosić na kawę – odpowiedział. Jego ton był lekki, ale nie dał mi jasnej odpowiedzi.
Poczułam ukłucie niepokoju. Z jednej strony bawiło mnie to całe udawanie, że to tylko przypadkowe wizyty. Z drugiej – zaczęłam łapać się na tym, że czekam na kolejną. Po jego wyjściu analizowałam każde słowo, każde mrugnięcie oka. Przekonywałam siebie, że nie można się angażować. Ale nie potrafiłam przestać myśleć o nim, o tym, co jeszcze mógłby przynieść. Może coś więcej niż bułki.
Poczułam zazdrość
Któregoś sobotniego poranka Michał przyniósł ciasto drożdżowe z kruszonką i zaproponował, żebyśmy zjedli śniadanie na moim balkonie. Pogoda była wczesnowiosenna, ale słońce grzało, a ja pierwszy raz od dawna poczułam się lekka i swobodna.
Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Michał rzucał żartami, opowiadał o dzieciństwie spędzonym na wsi, śmialiśmy się z absurdalnych zamówień klientów. W pewnym momencie zadzwonił jego telefon. Przeprosił, wyszedł do przedpokoju. Przez uchylone drzwi usłyszałam jego głos, cichy, jakby się wstydził:
– Jasne, będę po zamknięciu. Jak zawsze.
Coś we mnie pękło. Usiadłam na łóżku z nogami pod brodę, zaciskając dłonie na kubku kawy. Przez głowę przebiegły mi wszystkie scenariusze – ma dziewczynę, żonę, kogoś ważnego. Jestem tylko przerwą w czyimś życiu, dodatkiem do czyjegoś planu dnia.
Gdy wrócił, udawałam, że wszystko jest w porządku. Ale nie byłam w stanie dłużej wytrzymać tej niepewności.
– Michał, ty masz kogoś? – zapytałam prosto, patrząc mu w oczy.
Zawahał się. Odłożył kubek, spuścił wzrok.
– To skomplikowane – odpowiedział, ledwo słyszalnie.
W tej chwili wszystko we mnie się zagotowało. Wstałam, wskazałam drzwi.
– Skoro nie możesz mi odpowiedzieć, to chyba nie mamy o czym rozmawiać. Wyjdź, Michał.
Zabrał kurtkę bez słowa. Dopiero gdy zamknęły się za nim drzwi, poczułam, jak łzy same cisną się do oczu. *Znowu dałam się nabrać. Idiotka. Nigdy więcej.*
Poczułam się głupio
Przez kolejny tydzień w moim mieszkaniu panowała cisza, której nie potrafiłam zagłuszyć nawet serialami. Sobotni poranek minął bez dźwięku domofonu, bez zapachu drożdżówek.
Z każdym dniem złość przechodziła w tęsknotę, a potem w zwykły wstyd. Przeglądałam nasze stare wiadomości, wracałam do wspólnych śniadań. W końcu napisałam do Michała krótką wiadomość: „Jeśli potrzebujesz czasu – rozumiem. Ale chciałabym wiedzieć, co się stało.” Nie dostałam odpowiedzi.
W sobotę nie wytrzymałam. Włożyłam kurtkę i poszłam do jego piekarni. Stała tam nowa dziewczyna za ladą, nerwowo przekładając bułki.
– Przepraszam, czy Michał dzisiaj jest? – zapytałam cicho.
– Nie, od tygodnia go nie ma na zmianach. Opiekuje się siostrą. Znowu wróciła do szpitala… – dziewczyna spojrzała na mnie uważnie. – Nie wiem, co między wami zaszło, ale jest jak cień samego siebie.
Zrobiło mi się gorąco, żołądek ścisnął mi się w kulkę. Boże, jaką ja jestem idiotką… – powtarzałam sobie w głowie, wychodząc na ulicę.
Wracałam do domu powoli, czując na zmianę wstyd, współczucie i tęsknotę. Przez cały wieczór nie mogłam zebrać się na odwagę, żeby napisać do niego jeszcze raz. Bałam się, że już na zawsze zostanie tylko pustka po sobotnich śniadaniach i ciepłych drożdżówek, których tym razem nie było.
Wszystko mi powiedział
Zebrałam się w sobie dopiero po kilku dniach. Kupiłam bochenek chleba na zakwasie w jakiejś obcej piekarni, ale smakował nijak – obcy, suchy, zupełnie nie ten, do którego przywykłam przez ostatnie tygodnie. W końcu wysłałam Michałowi krótką wiadomość: „Chciałabym z tobą porozmawiać. Jeśli będziesz gotowy – daj znać.” Odpisał dopiero wieczorem. Jedno słowo: „Jutro?”
Spotkaliśmy się w jego małej kuchni. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, w milczeniu. Dopiero po chwili Michał odezwał się cicho:
– Przepraszam, że nic ci nie powiedziałem. Moja siostra od lat choruje. Kiedy zadzwoniła, musiałem jechać do szpitala. Nie chciałem cię mieszać w swoje problemy.
– Wiesz, byłam już kiedyś w relacji, w której udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. To było gorsze niż najgorsza prawda – powiedziałam, patrząc mu w oczy.
Przez chwilę nic nie mówił. Złapał się za głowę, jakby chciał odgonić myśli.
– Ja piekę chleb, bo to jedyna rzecz, którą potrafię kontrolować. Z ciastem zawsze wiadomo: albo wyrośnie, albo nie. Ludzie są trudniejsi.
– Ja zamawiam jedzenie, żeby nie czuć się głodna. Ale i tak jestem – przyznałam półgłosem.
Uśmiechnął się blado. W tej chwili cała moja złość wyparowała. Michał wstał, podszedł do mnie i po prostu mnie przytulił. Trzymał mocno, długo, bez słów. W tamtym uścisku było wszystko – samotność, niepewność, strach przed bliskością. Nie pytał, czy zostanę. Nie wychodził.
Tego wieczoru pierwszy raz od miesięcy nie bałam się obudzić rano.
Agnieszka, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zadzwoniłam do syna, że nie mam na chleb. Powiedział, że nigdy nie będzie moim bankomatem”
- „Ukochany nie dał mi perfum na walentynki, za to sam pachniał podejrzanie. Ciągnął się za nim smród zdrady”
- „Mieliśmy jechać na wymarzone ferie, ale pieniądze nagle wyparowały. Mąż wolał kupić teściowej nowy telewizor”

