„Poszłam na wesele koleżanki bez męża i zapomniałam o obrączce. Dopiero nasionko w brzuchu ściągnęło mnie na ziemię”
„Przez kilka dni zbierałam się, żeby powiedzieć Mariuszowi. Próbowałam zaczynać rozmowę. On zbywał mnie wzruszeniem ramion. Gdy raz powiedziałam: – A co, gdybyśmy... jednak mieli dziecko? Spojrzał na mnie jak na kogoś obcego”.

Czasem łapię się na tym, że bardziej tęsknię za kimś, kim kiedyś byłam, niż za jakąkolwiek inną osobą. Pamiętam siebie sprzed kilku lat – miałam błysk w oczach, głowę pełną planów i przekonanie, że wszystko, czego pragnę, jest na wyciągnięcie ręki. A potem… wyszłam za Mariusza i zaczęłam powoli znikać.
Na zewnątrz wszystko wyglądało normalnie – stabilna praca w marketingu, wspólne mieszkanie, zero dramatów. Mariusz był opanowany, zorganizowany, miał swoje zasady. A jedną z nich było: „dzieci nie wchodzą w grę”.
– Dziecko to koniec wolności, Iza – mówił zawsze spokojnie, bez emocji. – Mamy fajne życie, nie psujmy tego.
Nie protestowałam. Chciałam być rozsądna. Z czasem przestałam wracać do tematu. Mówiłam sobie, że może wcale nie chcę. Że może lepiej żyć po swojemu, zwiedzać świat, nie mieć zobowiązań.
Jednak za każdym razem, gdy widziałam kobietę z dzieckiem, coś mnie ściskało od środka.
Kiedy przyszło zaproszenie na wesele dawnej przyjaciółki z liceum, poczułam ekscytację. A potem ulgę, że Mariusz nawet nie chciał rozważyć wspólnego wyjazdu.
– Nie dla mnie te klimaty – rzucił, niemal nie odrywając wzroku od laptopa. – Jak chcesz, jedź sama, rozerwij się z koleżankami.
– Jasne. I tak mam ochotę na tańce – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ta jedna noc wywróci moje życie do góry nogami.
Spotkałam go przypadkiem
Już przy wejściu na salę weselną usłyszałam znajomy śmiech. Ten sam, co kiedyś – trochę zadziorny, trochę zbyt głośny. Odwróciłam głowę i zamarłam. Michał. Mój pierwszy chłopak z liceum. Ten, którego kochałam tak mocno, że brakowało tchu. Ten, który po maturze po prostu… zniknął.
– Iza?! – podszedł do mnie z niedowierzaniem. – To naprawdę ty? Prawie cię nie poznałem.
– Michał… – uśmiechnęłam się. – Minęło z dziesięć lat, co?
– Jedenaście – poprawił i uściskał mnie mocno. – Nadal pachniesz tak samo.
Zaczerwieniłam się jak nastolatka. Był inny niż zapamiętałam, bardziej męski, dojrzalszy, ale oczy miał nadal te same – ciemne, wesołe, ale też trochę smutne. Okazało się, że rozwiódł się dwa lata temu. Bez dzieci. Bez żalu. Jak sam powiedział – „z ulgą”. Usiadł obok mnie przy stole, a potem już się nie rozstawaliśmy. Śmialiśmy się, wspominaliśmy szkolne wycieczki, pierwsze nieporadne pocałunki w kinie, wagary w parku.
– Pamiętasz, jak prawie nas złapali, jak uciekaliśmy z matematyki? – zapytałam, prawie płacząc ze śmiechu na samo wspomnienie.
– Jakbym miał zapomnieć? Wtedy myślałem, że się z tobą ożenię – mruknął.
Zamilkłam. Coś we mnie zadrżało. Z tańca w taniec, z drinka w drink... Świat rozmył się w migoczących światłach i dotyku jego dłoni. Kiedy dotknął mojej twarzy, nie cofnęłam się.
– Chodź – powiedział cicho. – Zostań ze mną jeszcze trochę.
Nie zaprotestowałam. W hotelowym pokoju pachniało winem i perfumami. A potem… potem była tylko cisza, nasze ciała i decyzja, która podjęła się już bez nas.
Musiałam wrócić do rzeczywistości
Wracając z wesela, patrzyłam przez szybę pociągu na przesuwające się krajobrazy i czułam, jakbym wracała z cudzego życia. Telefon milczał. Michał nie pisał, nie dzwonił. Zostawił mi tylko wspomnienie i pustkę, której nie potrafiłam wypełnić. Może tak miało być? Może to była tylko chwila słabości, kaprys?
W domu czekał na mnie znajomy chłód. Mariusz nawet nie spojrzał znad komputera, kiedy weszłam.
– Jak było? – rzucił bez emocji.
– W porządku. Zwykłe wesele – odpowiedziałam i przeszłam do sypialni.
Przez kolejne dni żyłam na autopilocie. Praca, dom, udawanie. A potem... coś się zmieniło. Tydzień opóźnienia. Dwa. Przypomniałam sobie tamten ranek po weselu. W łazience drżały mi dłonie. Na teście ciążowym zobaczyłam dwie kreski.
Siedziałam na brzegu wanny, gapiąc się na test i nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. W sercu czułam dziwną mieszaninę paniki i radości. To było moje dziecko. Krew z mojej krwi. Spełnienie marzenia, którego bałam się wypowiadać na głos. Tylko że... nie z tym mężczyzną. Nie w tym życiu.
Przez kilka dni zbierałam się, żeby powiedzieć Mariuszowi. Próbowałam zaczynać rozmowę, nawiązywać do przyszłości. On zbywał mnie wzruszeniem ramion. Gdy raz powiedziałam:
– A co, gdybyśmy... jednak mieli dziecko?
Spojrzał na mnie jak na kogoś obcego.
– To by był najgorszy dzień mojego życia, Iza.
Nie powiedziałam już nic. Wiedziałam jednak, że tego sekretu długo nie ukryję.
Wszystko się posypało
To był zwyczajny wieczór. Mariusz brał prysznic, ja robiłam herbatę. Gdy wrócił do łazienki po ręcznik, zauważyłam, że zamarł. Usłyszałam tylko jego suchy, spokojny głos:
– Co to jest?
Odwróciłam się. W dłoni trzymał test ciążowy, który musiałam przez nieuwagę zostawić w szufladzie.
– Mariusz... ja... – zaczęłam, ale nie dokończyłam.
– Jesteś w ciąży? – zapytał, nie podnosząc głosu.
Skinęłam głową. Cisza. Żadnej reakcji. Żadnego pytania o zdrowie, o dziecko. Tylko ta lodowata twarz, którą znałam aż za dobrze.
– To nie moje – powiedział w końcu. – Prawda?
Nie odpowiedziałam. Głos uwiązł mi w gardle. Nie miałam siły kłamać. Usiadł na krześle w kuchni. Wciąż był spokojny. Zbyt spokojny.
– A więc tak się to kończy – stwierdził. – Sypiasz z innym facetem i wracasz do mnie z jego dzieckiem?
– Nie planowałam tego. To... po prostu się stało – szepnęłam.
Wstał. Podszedł do mnie i powiedział, jakby mówił o sprawach zawodowych:
– Wybierz. Ja albo dziecko. Nie zamierzam wychowywać cudzego bachora. Jeśli je urodzisz, mnie tu nie będzie
Poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Nie walczył. Nie zadał ani jednego pytania. Byłam dla niego czymś do odhaczenia. Patrzyłam mu prosto w oczy.
– Wybieram dziecko – powiedziałam.
Odwrócił się i poszedł do sypialni. Już wiedziałam, że to koniec.
Zostałam z tym sama
Kilka dni po tym, jak Mariusz się wyprowadził, napisałam do Michała. Najpierw krótko: „Musimy porozmawiać. To ważne”. Czekałam godzinę. Dwie. W końcu odpisał: „O co chodzi?”. Nie chciałam tego tłumaczyć przez wiadomości. Zadzwoniłam.
– Michał, ja… jestem w ciąży – powiedziałam od razu.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Halo? – zapytałam niepewnie.
– Słyszę – odpowiedział chłodno. – To... na pewno moje?
Zaparło mi dech.
– Myślisz, że zmyślam? Że to jakiś trik?
– Nie wiem, Iza. Minęło trochę czasu. Może chcesz tylko kogoś obarczyć odpowiedzialnością.
Zamilkłam. Łzy cisnęły mi się do oczu.
– Wiesz co? Nie potrzebuję twoich pieniędzy. Nie potrzebuję litości. Ale myślałam, że powinieneś wiedzieć.
– Dzięki za informację – rzucił i się rozłączył.
Przez kolejne dni próbowałam się z nim skontaktować. Pisałam. Prosiłam, byśmy porozmawiali. Odpowiadał coraz rzadziej, coraz krócej. Aż w końcu przestał w ogóle się odzywać. Wiedziałam już, co to znaczy. Michał nie zamierzał być ojcem. Nie zamierzał być częścią tego życia.
Płakałam, ale nie długo. Coś się we mnie zmieniło. Wstałam, wytarłam twarz i zaczęłam układać plan. Szukałam lekarza, czytałam o ciąży, przeglądałam ogłoszenia o wynajmie tańszego mieszkania. Zadzwoniłam do swojej przyjaciółki.
– Zostałam sama – powiedziałam.
– Ale masz mnie – odpowiedziała. – I to dziecko. To więcej, niż ci się teraz wydaje.
Miała rację. Po raz pierwszy czułam, że żyję nie tylko dla kogoś. Że też jestem kimś ważnym.
Czułam zazdrość i żal
Mariusz odszedł bez słowa. Wziął swoje rzeczy, zostawił klucze na kuchennym blacie. Nawet nie zapytał, jak się czuję. Cisza, która po nim została, była głośniejsza niż jakiekolwiek krzyki. Zostałam sama w mieszkaniu. Brzuch rósł powoli. Ciało się zmieniało, a ja razem z nim. Czasem kładłam dłonie na skórze i szeptałam do dziecka, że wszystko będzie dobrze. Nawet jeśli jeszcze w to nie wierzyłam.
Bywały dni, kiedy płakałam po cichu do poduszki. Gdy widziałam pary na ulicy, ojców niosących niemowlęta, ogarniało mnie coś pomiędzy zazdrością a żalem. Czasem zastanawiałam się, czy to była kara, czy może właśnie wybawienie.
Poród nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Samotna noc, skurcze, panika. W szpitalu personel był uprzejmy, ale obcy. Nikt nie trzymał mnie za rękę. Nikt nie czekał za drzwiami. A potem – wszystko się zmieniło.
Gdy położyli mi córkę na piersi, świat nagle przestał być taki pusty. Spojrzałam w te maleńkie oczy i poczułam coś, czego nie umiem opisać. Miłość? Spokój? Sens? Może wszystko naraz.
– Witaj, Zosiu – wyszeptałam.
Wiedziałam, że Michał się nie pojawi. Nie napisał, nie zadzwonił. Mariusz – tym bardziej. Nie było łez, nie było dramatów. Była tylko ja i ona.
Kilka dni później w sali poporodowej rozmawiałam z pewną kobietą z grupy wsparcia.
– Nie wiem, jak jej kiedyś powiem, że jej ojciec nie chciał jej znać – przyznałam.
– Powiesz jej prawdę – odpowiedziała. – Ale najpierw pokażesz, że to nie znaczy, że jest mniej kochana.
Mam coś ważniejszego
Czasem patrzę na Zosię, jak biega po pokoju, potyka się o własne nogi i wybucha śmiechem, i myślę: to wszystko było po coś. Te łzy, samotność, odrzucenie. Każdy z tych momentów prowadził mnie tutaj – do niej. Nie łudzę się już, że wszystko się ułoży. Że nagle Michał zapuka do drzwi albo że Mariusz zadzwoni z przeprosinami. Obaj wybrali swoją drogę. Nie jestem już tą kobietą, która będzie za nimi biegać i błagać o cokolwiek.
Zbyt długo byłam kimś, kto rezygnuje z siebie dla spokoju innych. Zbyt długo godziłam się na miłość warunkową, ciszę zamiast rozmowy i życie, które nie było moje. Zosia nauczyła mnie, że mogę być silna. Mogę być matką, kobietą i sobą – bez kompromisów, bez udawania.
Nie wiem, czy jeszcze kiedyś kogoś pokocham, czy jeszcze komuś zaufam. Bywają wieczory, kiedy tęsknię za ramieniem, na którym mogłabym się oprzeć. Za ciepłym głosem, za wspólnym śniadaniem. To jednak nie jest już tęsknota za konkretnym mężczyzną. To tylko cień przeszłości. Dziś jestem mamą. To wystarczy. Zosia ma moje oczy. Czasem, kiedy patrzy na mnie uważnie, czuję, że rozumie więcej, niż umie powiedzieć. Trzymam ją mocno. Jestem jej światem. A ona – moim.
Izabela, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój mąż się ucieszył, gdy powiedziałam mu, że jestem w ciąży. Na szczęście wcale nie dopytywał, kto jest ojcem”
- „Po firmowej integracji w górach rosło we mnie nasionko. Mąż nie chciał dzieci, ale postawiłam go przed faktem dokonanym”
- „W moim domu panują zasady, a dzieci maja ich przestrzegać. To trudne, gdy własna teściowa podważa twój autorytet”

