„Poszłam na kurs tańca, by dobrze wypaść na weselu. Narzeczony nie miał pojęcia, jakie figury ćwiczyliśmy po godzinach”
„Korygował moje błędy, ale nigdy nie oceniał. Po prostu prowadził, pozwalał mi się mylić, a potem pokazywał, jak zrobić to lepiej. Zaczęłam czekać na te spotkania, choć początkowo tłumaczyłam sobie, że chodzi wyłącznie o postępy w tańcu”.

- Redakcja
Mój ślub miał być jak z bajki. Wszystko zaplanowałam co do najmniejszego szczegółu. Najważniejszy jednak był dla mnie pierwszy taniec. Marzyłam, żebyśmy z Tomkiem płynęli po parkiecie z gracją, jak bohaterowie filmów, które oglądałam od dziecka. Chciałam tego momentu, kiedy świat na chwilę zniknie, a ja poczuję, że to najpiękniejsza chwila w moim życiu.
Marzyłam o tym
Tomek nie podzielał mojego entuzjazmu. Tłumaczył, że nie ma czasu na lekcje. Zbywał mnie machnięciem ręki, kiedy kolejny raz próbowałam go namówić na wspólne zajęcia. Mówił, że to tylko taniec. W końcu przestałam prosić i zapisałam się na kurs sama.
Tak poznałam Michała. Wysoki, pewny siebie, z uśmiechem, który sprawiał, że od razu czułam się spokojniejsza. Od pierwszej chwili widziałam, że kocha to, co robi. Jego ruchy były płynne i eleganckie, a sposób, w jaki mówił o tańcu, brzmiał niemal jak poezja. Kiedy po raz pierwszy złapał mnie w talii, prowadząc do podstawowych kroków, poczułam, że jest kimś, komu mogę zaufać.
Pierwsze zajęcia były czystą frustracją. Moje ruchy były sztywne, kroki spóźnione, a kiedy Michał próbował mnie prowadzić, instynktownie się cofałam. Czułam się spięta. Nie potrafiłam odpuścić kontroli.
– Nie jesteś przyzwyczajona do tego, żeby ktoś przejął prowadzenie? – zapytał z uśmiechem.
– Zdecydowanie nie – odpowiedziałam, próbując zamaskować irytację śmiechem.
– Może czas spróbować? – spojrzał mi prosto w oczy, a ja poczułam coś dziwnego, czego nie umiałam nazwać.
To było coś innego
Michał był cierpliwy i konsekwentny, korygował moje błędy, ale nigdy nie oceniał. Po prostu prowadził, pozwalał mi się mylić, a potem pokazywał, jak zrobić to lepiej. Zaczęłam czekać na te spotkania, choć początkowo tłumaczyłam sobie, że chodzi wyłącznie o postępy w tańcu. Pewnego dnia powiedział:
– Taniec to nie tylko kroki. To opowieść. Jeśli nie poczujesz emocji, nigdy nie będzie wyglądał dobrze.
– Myślisz, że można udawać emocje? – zapytałam, bardziej siebie niż jego.
– Można, ale dobry tancerz to wyczuje – odpowiedział cicho.
Nie wiedziałam, czy mówił o tańcu, czy o czymś więcej, ale od tamtej chwili coraz częściej łapałam się na tym, że zwracam uwagę na drobiazgi, które powinnam ignorować – na sposób, w jaki poprawia rękawy koszuli, na zapach jego perfum, na ciepło jego dłoni, które zostawało na mojej skórze o ułamek sekundy za długo.
Z czasem lekcje stały się czymś więcej niż tylko nauką tańca. To były chwile, w których mogłam być kimś innym. Z Michałem czułam się lekka, jakby taniec naprawdę miał moc unoszenia ponad ziemię.
To był moment
Pewnego wieczoru kończyliśmy powtarzanie obrotów. Noga poślizgnęła mi się na parkiecie, straciłam równowagę i zanim zdążyłam się zorientować, Michał złapał mnie w pasie, przytrzymując mocno.
– Może rzeczywiście muszę ci bardziej ufać – rzuciłam, próbując zamaskować nerwowość śmiechem.
– Zaufanie to podstawa w tańcu. I w życiu – odpowiedział, ale nie cofnął się od razu.
Trzymał mnie trochę za długo. Czułam jego oddech na policzku i dłoń na plecach. Nie odsunęłam się pierwsza. To był tylko moment, sekundy, ale przez tę krótką chwilę świat zwęził się do ciepła jego ciała i ciszy, która zapadła między nami.
Wróciłam do domu z sercem walącym jak po biegu. Wtedy jeszcze nie chciałam tego nazwać. Wmawiałam sobie, że to nic, że po prostu wyolbrzymiam. Przecież miałam wychodzić za mąż. To, co działo się na parkiecie, było tylko częścią tańca.
Następnego dnia przed lekcją założyłam bluzkę, w której czułam się bardziej atrakcyjna. Kiedy Michał ujął moją dłoń, zdałam sobie sprawę, że czekam na jego dotyk.
Myślałam o nim
Na tydzień przed ślubem miałam ostatnie lekcje z Michałem. Taniec wychodził mi już dobrze, kroki były płynne, obroty lekkie. Powinnam czuć satysfakcję, ale zamiast tego czułam niepokój. Wciąż powtarzałam sobie, że to tylko emocje związane ze ślubem.
Tego dnia sala była cicha, przygaszone światła nadawały jej kameralny nastrój. Michał ustawił mnie w pozycji do tańca, ale nie zaczęliśmy od razu. Jego dłoń zatrzymała się na mojej talii, a ja czułam ciepło bijące od jego ciała.
Nie wiem, kto pierwszy się nachylił. Może on, może ja. Może po prostu oboje poddaliśmy się temu napięciu, które rosło między nami od tygodni. Jego usta musnęły moje na krótką chwilę, ledwie dotyk, ale wystarczyło.
Oderwałam się pierwsza. Serce waliło mi jak szalone.
– Co my robimy? – wyszeptałam.
Michał wpatrywał się we mnie intensywnie, ale nie odpowiedział.
Wyszłam z sali, nie oglądając się za siebie. Wracałam do domu wstrząśnięta, powtarzając w myślach, że to nic nie znaczyło. Że to był moment, impuls, błąd, który natychmiast trzeba wyrzucić z pamięci. Przecież za kilka dni wychodziłam za mąż. Tylko dlaczego, zamiast myśleć o Tomku, wciąż czułam na ustach smak tego pocałunku?
Nie tak miało być
Dzień ślubu nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Od rana wszystko działo się jak w filmie, w którym byłam tylko aktorką odgrywającą swoją rolę. Fryzjerka, makijażystka, fotograf ustawiający mnie do zdjęć. Goście ściskający mnie za rękę i życzący „wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia”. Mówiłam „dziękuję”, uśmiechałam się, ale w środku czułam się pusta.
Tomek wyglądał na szczęśliwego. Może dlatego, że dla niego to był po prostu kolejny etap życia, coś, co trzeba było zrobić, a potem wrócić do codzienności. Staliśmy przed ołtarzem, ksiądz mówił słowa, które powinny mnie wzruszyć, ale ja ledwo je słyszałam. Miałam w głowie tylko jedną myśl: „To się naprawdę dzieje”.
Przysięgę powiedziałam bez wahania, automatycznie, tak jak się nauczyłam. Pierścionek wsunął się na mój palec, obrączka błysnęła w świetle kościelnych żyrandoli. Kiedy ksiądz ogłosił nas mężem i żoną, usłyszałam oklaski, poczułam uścisk Tomka, jego pocałunek w czoło. Wszystko było dokładnie tak, jak miało być.
A potem nadszedł moment pierwszego tańca. Znajome dźwięki walca wypełniły salę. Tomek ujął mnie w ramiona, poprowadził do pierwszego kroku. Widziałam w jego oczach, że się stara, że chce to zrobić dobrze. Ale coś było nie tak.
Nie mogłam zapomnieć
Jego dotyk nie był tym dotykiem. Ruchy były sztywne, niepewne. Brakowało tej lekkości, którą czułam, gdy prowadził mnie Michał. I wtedy to do mnie dotarło. To nie powinno tak wyglądać. To nie on powinien trzymać mnie tak blisko. To nie z nim zatańczyłam swój prawdziwy pierwszy taniec.
Ślub minął, wesele dobiegło końca, a ja rozpoczęłam życie, które sama sobie wybrałam. Byliśmy małżeństwem. Nic się nie zmieniło, a jednocześnie zmieniło się wszystko.
Tomek był czuły, troskliwy, zachowywał się tak, jak mąż powinien. Wracaliśmy do naszej codzienności, planowaliśmy podróż poślubną, przyjmowaliśmy gości, którzy wciąż gratulowali nam i wspominali „ten przepiękny pierwszy taniec”. Za każdym razem, gdy ktoś to mówił, miałam ochotę krzyczeć.
To była przeszłość
Każde wspomnienie o tańcu z Michałem, o jego dłoniach prowadzących mnie po parkiecie, wracało do mnie jak echo. Wiedziałam, że powinnam to odciąć, zapomnieć, potraktować jak przeszłość, ale nie potrafiłam.
Nie szukałam kontaktu z Michałem. Nie pisałam, nie dzwoniłam. Był kimś, kogo powinnam zostawić za sobą. Ale los miał inne plany.
Pewnego dnia, wracając z zakupów, zobaczyłam go przypadkiem na ulicy. Stał po drugiej stronie, rozmawiał z kimś, uśmiechał się. Może mnie nie zauważył. A może udawał, że mnie nie widzi. Nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Nie zatrzymał się. Ja też nie. Przeszłam obok, udając, że to nic nie znaczy. A potem wróciłam do domu i zrozumiałam, że nigdy nie zapomnę.
Kinga, 26 lat
Czytaj także:
„Wspólnik okradł mnie z pieniędzy, a żona ze złudzeń. Bardziej ode mnie kochała dzieła sztuki i zabiegi w SPA”
„Relacja z teściową wiąże bardziej niż święty sakrament. Chciała zmusić nas do małżeństwa, bo rozwód to przecież grzech”
„Noc poślubną mąż wolał spędzić z moją druhną niż ze mną. Zgotowałam mu taką atrakcję wieczoru, że długo popamięta”