„Poszłam na bal parafialny, bo doskwierała mi samotność. Życie po 60. to najlepszy czas, żeby zacząć wszystko od nowa”
„Kiedy wracaliśmy na miejsce, czułam, jak oczy kilku kobiet przesuwają się po mnie jak po wystawie. Szeptały cicho, pochylały głowy. Rozpoznałam twarze – panie z kółka różańcowego. Niegdyś serdeczne, teraz miały usta zaciśnięte jak sznurki”.

Pierwsze miesiące po śmierci mojego męża były jak przedstawienie – sąsiedzi pytali, czy czegoś mi nie potrzeba, niektórzy nawet zapraszali na herbatę. Potem zapadła cisza. I ona właśnie najbardziej mnie zaskoczyła, bo nie była smutna, tylko zwykła.
Potrzebowałam towarzystwa
Zaczęłam wychodzić do sklepu częściej niż trzeba. Niby po mleko, niby po bułki, ale bardziej do ludzi. Starałam się zawsze wyglądać dobrze – uczesać się, umalować. Kobieta po sześćdziesiątce nie może wyglądać na zaniedbaną, nawet jeśli już nie czeka na powrót męża z pracy.
Kiedy usłyszałam, że odbędzie się bal parafialny, coś mnie tknęło. Przez ostatnie dwa lata udawałam, że to mnie nie interesuje. Zawsze miałam jakąś wymówkę: a to głowa boli, a to zimno, a to nie mam się w co ubrać. W tym roku nikomu nic nie mówiłam, po prostu się zapisałam.
Powtarzałam sobie, że idę tylko dla towarzystwa. To nic zobowiązującego – zjem trochę ciasta, wypiję herbatkę, pogadam o pogodzie i zdrowiu. Prawda była taka, że serce biło mi szybciej, kiedy zamykałam za sobą drzwi mieszkania. Niby znałam wszystkich, a jednak czułam się tak, jakbym pierwszy raz w życiu wychodziła do ludzi.
Był uprzejmy
Sala parafialna była urządzona skromnie, ale z sercem. Na stołach makowiec, sernik, kruche ciasteczka. Przez chwilę stałam w drzwiach, udając, że rozglądam się za kimś znajomym. W rzeczywistości szukałam miejsca, gdzie mogłabym usiąść bez rzucania się w oczy. Znalazłam wolne krzesło przy końcu stołu, obok starszego mężczyzny, którego nie kojarzyłam z żadnych wcześniejszych spotkań.
– Czy to miejsce jest wolne? – zapytałam.
Skinął głową, odsunął krzesło. Usiadłam i przez chwilę milczeliśmy. Zauważyłam, że mężczyzna też się nie rozglądał, nie machał nikomu, nie szukał wzrokiem znajomych.
– Pierwszy raz pani przyszła? – zapytał nagle.
– Tak… – przyznałam, zerkając na niego kątem oka. – A pan?
– Też pierwszy raz, od kiedy… – przerwał i zamyślił się na chwilę. – Od kiedy zostałem sam.
Nie musiał nic więcej mówić. Rozumiałam go doskonale.
– Maria – przedstawiłam się po chwili.
– Stefan.
Wciągnął mnie w rozmowę
Uśmiechnęliśmy się do siebie lekko, jakbyśmy zawarli milczące porozumienie. Przez dłuższą chwilę jedliśmy ciasto i nie mówiliśmy nic. Nie było to niezręczne milczenie – raczej takie, które pozwalało po prostu być obok drugiego człowieka. Po raz pierwszy od bardzo dawna czułam, że ktoś siedzi przy mnie nie z obowiązku, nie z litości, tylko dlatego, że chce. Muzyka zagrała cicho w tle. Jakiś stary przebój radiowy. Stefan spojrzał w moją stronę, jakby się wahał.
– Pani Mario… czy miałaby pani ochotę… – urwał i poprawił się – Czy zechciałaby pani zatańczyć?
Nie miałam nawet odwagi się zastanawiać.
– Chyba tak – odpowiedziałam i wstałam.
Na parkiecie byliśmy niezdarni. On stawiał kroki nieco za wolno, ja za szybko. Oboje się śmialiśmy. Zespół grał piosenkę, którą znałam jeszcze z dawnych dancingów. Wszystko było jak dawniej, a jednocześnie zupełnie nowe.
– Moja żona też lubiła tę piosenkę – powiedział cicho Stefan.
– Janek, mój mąż, nucił ją pod nosem, kiedy prasował koszule – odpowiedziałam.
Rozumiałam go
Nie rozmawialiśmy o bólu. Nie trzeba było. Wszystko było między słowami. Kiedy wracaliśmy na miejsce, czułam, jak oczy kilku kobiet przesuwają się po mnie jak po wystawie. Szeptały cicho, pochylały głowy. Rozpoznałam twarze – panie z kółka różańcowego. Niegdyś serdeczne, teraz miały usta zaciśnięte jak sznurki.
– Wdowa… i żeby tak na środku sali… – doleciało mnie.
– W tym wieku? To nieprzyzwoite – dodała inna.
Usiadłam, udając, że nie słyszę. Stefan milczał, ale zauważyłam, że i on słyszał. Uśmiech, który wcześniej miał w oczach, przygasł.
– Czy my naprawdę robimy coś złego? – zapytałam po chwili cicho.
– Chyba tylko żyjemy – odpowiedział spokojnie, patrząc przed siebie.
Zacisnęłam dłonie na serwetce. Nagle zrobiło mi się wstyd, nie dlatego, że zatańczyłam, ale że przez sekundę uwierzyłam, że powinnam tego żałować.
Nie żałowałam
Sala zaczęła się powoli wyludniać. Ja wciąż siedziałam przy tym samym stole, z serwetką w ręce, której nie wypuściłam od czasu naszego tańca. Stefan spojrzał na mnie.
– Pani Mario, bardzo dziękuję. Ale chyba już pora…
Nie dokończył, bo wtedy coś mnie tknęło. Wyciągnęłam z torebki kartkę, długopis. Bez słowa zapisałam swój numer telefonu. Podałam mu go.
– Na wypadek, gdyby pan kiedyś miał ochotę jeszcze zatańczyć – powiedziałam.
Złapałam płaszcz z oparcia krzesła i wyszłam, nawet się nie odwracając. Po raz pierwszy od dawna czułam, że oddycham pełną piersią. Wróciłam do domu późno, jak na mnie. Usiadłam w kuchni. Przez okno wpadała tylko poświata latarni, a miasto spało cicho, jakby nie chciało przerywać tej chwili. Patrzyłam na zdjęcie Janka stojące na półce nad zlewem.
– Nie zdradzam cię – powiedziałam szeptem. – Ja po prostu wciąż chcę żyć.
Myślałam o nim
Zastanawiałam się, czy zrobiłam dobrze, czy się nie ośmieszyłam, ale nie potrafiłam żałować. Czułam lekkie, niespodziewane drżenie w piersi. Nie tęsknotę, nie samotność, a nadzieję. Rano, kiedy wstawiłam wodę na kawę, telefon zawibrował. Wiadomość: „Dziękuję za odwagę. Też chciałbym jeszcze pożyć. Stefan”. Oparłam się o kuchenny blat, śmiejąc się sama do siebie. Wiedziałam, że wszystko się może jeszcze zdarzyć.
Kilka dni później spotkaliśmy się na spacerze. Ustaliliśmy miejsce w parku. Stefan czekał już na ławce, z rękami schowanymi w kieszeniach płaszcza. Na mój widok wstał i zdjął czapkę, jakbyśmy byli bohaterami jakiegoś dawnego filmu.
– Myślałem, że się pani rozmyśli, pani Mario – powiedział.
– Już się rozmyśliłam, teraz tylko robię to, na co mam ochotę – odpowiedziałam i podeszłam bliżej.
Spacerowaliśmy długo, bez pośpiechu. Rozmawialiśmy o kwiatach, które wkrótce zaczną wychodzić, o dzieciach, które rzadko dzwonią, o bigosie z balu, który jednak był przesolony. I o tym, co by było, gdyby… Ale tak naprawdę nie musieliśmy mówić nic. Przerwy między zdaniami wypełniało zrozumienie.
Chciałam go spotkać
W drodze powrotnej Stefan zaproponował, że odprowadzi mnie pod blok. Zgodziłam się. Kiedy stanęliśmy przed moją klatką, przez chwilę milczeliśmy.
– Może kiedyś zaprosiłbym panią na zbożową kawę? – zapytał, trochę nieśmiało.
– Może ja zaproszę pana nawet dzisiaj – odpowiedziałam.
Kiedy weszliśmy do środka, poczułam się lekka. Miałam siwe włosy i zmarszczki w kącikach oczu, ale też miałam w sobie coś, czego nie czułam od lat – odwagę, by nie tłumaczyć się ze swoich pragnień.
Czułam dumę, bo wstydem byłoby nigdy już nie poczuć takiego ciepła, jakie przyniósł mi ten taniec. Tęsknota jest częścią miłości, ale miłość można spotkać nawet później, gdy jest się w takim wieku, że już nie wypada.
Maria, 66 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mróz był idealnym pretekstem, by się przytulić do szwagra. Potem już nie potrzebowaliśmy wymówek”
- „Wyjechałam do Niemiec opiekować się starszą panią. Za kilka euro zrobili ze mnie służącą i śmiecia”
- „Sąsiad pożyczył mi płyn do odmrażania szyb, a potem rozkochał w sobie. Zapomniałam, że mam męża”

