„Poszłam do teściowej na imieniny, a ona wypominała nam każdy kęs kruchego ciasta. W końcu przestałam gryźć się w język”
„Stół uginał się od jedzenia: łosoś, sałatki, ciasta. Wszystko wyglądało cudnie. – Sama wszystko przygotowałam – oznajmiła teściowa. – W tych czasach to naprawdę wyczyn. Ceny takie, że człowiek się zastanawia dwa razy, zanim coś włoży do koszyka”.

Od sześciu lat byłam żoną Szymona i równie długo próbowałam przekonać samą siebie, że z jego mamą po prostu „trzeba umieć” się dogadać. Halina miała silny charakter i jeszcze silniejszą potrzebę bycia w centrum uwagi. Przy rodzinnych spotkaniach zawsze czułam się jak ktoś z zewnątrz – jak gość, który powinien być wdzięczny, że w ogóle pozwolono mu usiąść przy stole. Wreszcie jedne jej imieniny zmieniły wszystko.
Z imienin zrobiła spektakl
Do mieszkania teściowej weszliśmy punktualnie o siedemnastej. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast, jakby stała po drugiej stronie i nasłuchiwała kroków na klatce.
– No, wreszcie jesteście! – zawołała z przesadnym entuzjazmem. – Bałam się, że utknęliście gdzieś po drodze.
Uściskała Szymona dłużej niż mnie. Mnie objęła lekko, jakby z obowiązku. W przedpokoju pachniało już ciastem i perfumami, które zawsze kojarzyły mi się z oficjalnymi okazjami. W salonie stół uginał się od jedzenia. Łosoś ułożony w idealne spirale, sałatki w szklanych misach, ciasta równo pokrojone. Wszystko wyglądało jak z katalogu.
– Sama wszystko przygotowałam – oznajmiła głośno, gdy tylko zdjęliśmy płaszcze. – W tych czasach to naprawdę wyczyn. Ceny takie, że człowiek się zastanawia dwa razy, zanim coś włoży do koszyka.
Teść, Waldemar już siedział przy stole, poprawiając serwetkę na kolanach. Patrycja pomagała Halinie przynosić kolejne talerze. Wymieniliśmy krótkie uśmiechy. Wiedzieliśmy, że zaraz zacznie się przedstawienie. Kiedy wszyscy zasiedliśmy, Halina uniosła szklankę z kompotem.
– Dziękuję wam, że przyszliście. Mimo że wszystko drogie, nie żałowałam. Dla rodziny trzeba się poświęcić.
Słowo „poświęcić” wybrzmiało szczególnie mocno. Szymon ścisnął moją dłoń pod stołem. To był jego sposób na unikanie reakcji – jakby dotyk miał mnie uciszyć.
– Mamo, wszystko wygląda pięknie – powiedział spokojnie. – Naprawdę nie musiałaś aż tyle robić.
– A kto miał zrobić? – odpowiedziała szybko. – Dziś młodzi raczej wolą zamówić gotowe. Mało kto potrafi samodzielnie coś przygotować.
Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na mnie. Uśmiechnęłam się lekko, choć czułam, jak policzki zaczynają mnie palić. Podczas nakładania sałatki Halina kontynuowała:
– Ten łosoś kosztował majątek. Ale pomyślałam: trudno. Raz się żyje. Przynajmniej wiem, że nikt nie powie, że oszczędzam na gościach. Jedzcie, kochani!
Teść chrząknął cicho.
– Halina, najważniejsze, że jesteśmy razem – wtrącił pojednawczo.
– Oczywiście, że razem – odpowiedziała. – Tylko nie każdy wie, ile to kosztuje.
Szwagierka spuściła wzrok na talerz. Ja starałam się skupić na jedzeniu, choć każdy kęs stawał mi w gardle. Miałam wrażenie, że nie jem kolacji, tylko uczestniczę w wykazie rachunków.
W pewnym momencie Halina pochyliła się w moją stronę.
– Daria, ty to pewnie wiesz najlepiej, jak dziś trudno coś zorganizować, prawda? – zapytała z uprzejmym uśmiechem.
– Tak, my też staramy się planować wydatki – odpowiedziałam ostrożnie.
– No właśnie, planować – podchwyciła. – Trzeba umieć gospodarować. Nie każdemu to przychodzi naturalnie.
Szymon napiął się obok mnie. Wiedziałam, że słyszy to samo co ja, ale jak zwykle wybrał milczenie. Rozmowy przy stole toczyły się dalej, lecz pod powierzchnią czułam narastające napięcie. Każda kolejna uwaga o kosztach, o wysiłku, o poświęceniu była jak mały kamyk wrzucany do studni. Wciąż się uśmiechałam, ale w środku zaczynałam się zastanawiać, ile jeszcze jestem w stanie udźwignąć.
Była jak zdarta płyta
Im dłużej trwało przyjęcie, tym wyraźniej czułam, że to nie są zwykłe imieniny. To było rozliczenie – niewypowiedziane, ale odczuwalne przy każdym spojrzeniu teściowej w moją stronę. Kiedy podawała drugie danie, westchnęła demonstracyjnie.
– Cały wczorajszy dzień stałam w kuchni. Plecy mnie bolą, ale czego się nie robi dla rodziny – powiedziała, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Szymon odchrząknął.
– Mamo, przecież nikt cię nie zmuszał do takiego wysiłku.
– Oczywiście, że nie – odparła szybko. – Sama wiem, co należy zrobić. Niektórzy nie mają takiego poczucia obowiązku.
Patrycja podniosła wzrok znad talerza i przez sekundę spojrzała na mnie z czymś w rodzaju współczucia. Teść zaczął opowiadać o pracy, próbując zmienić temat, ale Halina wracała do swojego monologu jak do ulubionej melodii.
– W dzisiejszych czasach młodzi wolą odkładać na przyjemności niż na rodzinę – rzuciła mimochodem. – A ja zawsze najpierw myślałam o bliskich.
Wiedziałam, że to nie przypadek. Od kilku miesięcy odkładaliśmy pieniądze na wkład własny do mieszkania. Nie wspieraliśmy już tak często jego mamy drobnymi przelewami, prezentami czy zakupami, jak bywało wcześniej. Ona nigdy nie prosiła wprost, ale zawsze potrafiła tak opowiedzieć o swoich rachunkach, byśmy czuli się odpowiedzialni.
Poczułam, że serce bije mi szybciej.
– Mamo, nie przesadzaj – powiedział Szymon. – Każdy ma swoje wydatki.
Teściowa spojrzała na niego z udawaną łagodnością.
– Synku, ja tylko mówię, jak jest. Ty zawsze byłeś odpowiedzialny. Tego cię nauczyłam.
W tych słowach było coś, co mnie zabolało bardziej niż wcześniejsze aluzje. Jakby chciała zaznaczyć, że wszystko, co dobre w Szymonie, pochodzi wyłącznie od niej. Ja byłam dodatkiem.
Podczas krojenia tortu teściowa uniosła nóż i powiedziała półgłosem:
– Najgorsze jest to, że człowiek daje z siebie wszystko, a nie zawsze spotyka się to z wdzięcznością.
Zapadła cisza. Nikt nie zapytał, co ma na myśli. Nikt nie zaprzeczył. Milczenie rozlało się po pokoju jak gęsta mgła. Szymon spuścił wzrok. Patrzył w talerz, jakby nagle stał się najciekawszym obiektem w pomieszczeniu. Czułam, jak coś we mnie się kurczy. Nie przez słowa. Przez jego ciszę.
W tamtej chwili zrozumiałam, że najbardziej boli nie atak, ale brak obrony. Ja jestem sama przy stole, przy którym teoretycznie mam być częścią rodziny. Patrycja nagle odezwała się spokojnie:
– Mamo, myślę, że wszyscy doceniamy twoją pracę. Ale naprawdę najważniejsze jest to, że jesteśmy razem.
Ona uśmiechnęła się chłodno.
– Oczywiście, kochanie. Ja tylko mówię, jak jest.
Wiedziałam, że to jeszcze nie koniec. W jej głosie było napięcie, jakby czekała na odpowiedni moment, by powiedzieć coś więcej. Nie byłam pewna, czy dam radę dalej siedzieć cicho.
Przestałam się uśmiechać
Po torcie atmosfera zrobiła się sztucznie uprzejma. Rozmowy toczyły się w małych grupkach, ktoś chwalił sernik, ktoś inny pytał teścia o ogród. Halina zniknęła na chwilę w kuchni, a kiedy wróciła, niosła plastikowe pojemniki.
– To ja wam coś spakuję na wynos – oznajmiła stanowczo. – Szkoda, żeby się zmarnowało. Tyle pieniędzy poszło na te produkty.
Zaczęła nakładać porcje z rozmachem, jakby rozdawała nagrody. Kiedy podeszła do mnie, zatrzymała się na sekundę.
– Daria, weź trochę więcej sałatki. Wiem, że młodym teraz ciężko, wszystko takie drogie – powiedziała z uśmiechem, który nie sięgał oczu.
Poczułam, jak w salonie robi się duszno. Patrycja zamarła z kubkiem herbaty w dłoni. Szymon podniósł głowę.
– Mamo… – zaczął ostrzegawczo.
Ale teściowa już mówiła dalej.
– Ja przynajmniej wiem, że jak coś robię, to porządnie. Za swoje. Nie liczę na nikogo.
Wtedy coś we mnie się przełamało. Nie podniosłam głosu. Po prostu wstałam.
– Mamo – zaczęłam spokojnie, patrząc jej prosto w oczy – przyszliśmy tu, bo to twoje imieniny. Nie dlatego, że stół jest pełny ani dlatego, ile to kosztowało.
W pokoju zapadła cisza tak nagła, że aż usłyszałam tykanie zegara w kuchni.
– Nikt z nas nie przyszedł tu po jedzenie – dodałam. – A jeśli organizacja takiego przyjęcia jest dla ciebie ciężarem, możemy następnym razem podzielić się kosztami albo zrobić coś skromniejszego. Chodzi o spotkanie, nie o rachunki.
Teściowa stała nieruchomo z pojemnikiem w dłoni.
– Ja jałmużny nie potrzebuję – odpowiedziała chłodno.
– To nie jest jałmużna – odparłam. – To współodpowiedzialność. Jesteśmy rodziną.
Szymon patrzył na mnie tak, jakby widział mnie pierwszy raz. W jego oczach było zaskoczenie, ale też coś jeszcze – może ulga? Waldemar odchrząknął.
– Halinka, Daria ma trochę racji. My naprawdę jesteśmy tu dla ciebie, nie dla łososia.
Patrycja kiwnęła głową.
– Mamo, czasem mniej znaczy spokojniej.
Halina powoli odstawiła pojemnik na stół.
– Widzę, że wszyscy się dziś zmówili – powiedziała sztywno. – Dobrze. Następnym razem zrobię herbatę i ciastka. Może wtedy nikt nie będzie miał uwag.
– To nie o to chodzi – wtrącił wreszcie Szymon, już pewniejszym głosem. – Chodzi o to, żebyś nie wypominała nam kosztów. To jest nieprzyjemne.
Te słowa zawisły w powietrzu. Teściowa spojrzała na syna, jakby ją zdradził.
– Nie spodziewałam się tego po tobie – powiedziała cicho.
Goście zaczęli się żegnać szybciej niż zwykle. Uściski były krótkie, uśmiechy wymuszone. Kiedy wychodziliśmy, Halina podała mi rękę chłodno, bez spojrzenia. Na klatce schodowej poczułam, że drżą mi dłonie. Nie wiedziałam, czy zrobiłam dobrze. Wiedziałam tylko, że pierwszy raz od lat nie udawałam, że wszystko jest w porządku.
Nie zrobiłam nic złego
Do domu wracaliśmy w milczeniu. Szymon prowadził, patrząc przed siebie, jakby droga wymagała od niego nadzwyczajnej koncentracji. Ulice były prawie puste, latarnie rzucały na asfalt długie smugi światła. Czułam, że to milczenie jest gęstsze niż to przy stole u teściowej.
– Musiałaś to zrobić przy wszystkich? – zapytał w końcu, nie odrywając wzroku od drogi.
Westchnęłam.
– A kiedy miałam to zrobić? Znowu w cztery oczy, żeby potem usłyszeć, że przesadzam?
Zacisnął dłonie na kierownicy.
– Ona ma swoje lata. Jest wrażliwa.
– A ja? – spojrzałam na niego. – Ja nie mogę być wrażliwa?
Nie odpowiedział od razu. W samochodzie było słychać tylko cichy szum nawiewu.
– Wiesz, jaka jest – powiedział w końcu. – Zawsze wszystko bierze na siebie, a potem mówi o tym w taki sposób.
– To nie jest „taki sposób”. To są aluzje. Za każdym razem. Dziś po prostu pierwszy raz ktoś nazwał to głośno.
Zatrzymał się pod naszym blokiem i zgasił silnik. Przez chwilę siedzieliśmy w ciemności.
– Myślisz, że było mi łatwo? – zapytał ciszej. – To moja mama.
– A ja jestem twoją żoną – odpowiedziałam. – I od lat siedzę przy tym stole jak ktoś, kto powinien być wdzięczny za zaproszenie.
Tej nocy długo rozmawialiśmy. Bez podnoszenia głosu, bez dramatycznych gestów. Po raz pierwszy powiedziałam mu wprost, jak bardzo boli mnie jego milczenie. Każde spuszczone spojrzenie odbieram jak wybór – nie mnie.
Wszystkim wyszło to na dobre
Kilka dni później Halina zadzwoniła. Odebrał Szymon, ale włączył głośnik.
– Chciałam powiedzieć, że było mi przykro – zaczęła sztywno. – Nie spodziewałam się takiego… ataku.
Mąż spojrzał na mnie pytająco. Skinęłam głową, żeby mówił.
– Mamo, to nie był atak – powiedział spokojnie. – Po prostu nie chcemy słuchać uwag o pieniądzach za każdym razem.
W słuchawce zapadła cisza.
– Ja tylko chciałam, żebyście docenili mój wysiłek – odpowiedziała ciszej niż zwykle.
– Doceniamy – wtrąciłam. – Ale docenienie nie musi oznaczać poczucia winy.
To była pierwsza rozmowa, w której nie czułam się jak intruz. Teściowa nie przeprosiła wprost, ale jej ton był inny. Mniej pewny, bardziej ludzki.
Od tamtych imienin minęło kilka miesięcy. Spotykamy się rzadziej, w mniejszym gronie. Ostatnio zaprosiła nas na kawę i sernik.
– Tym razem bez wielkich przygotowań – powiedziała z lekkim uśmiechem. – Ma być spokojnie.
Tak było. Bez rachunków, bez podkreślania kosztów. Rozmowa nie była ciepła jak dawniej, ale była uczciwa. Nie wiem, czy Halina się zmieniła, czy po prostu zrozumiała, że nie będę już milczeć. Wiem za to, że Szymon następnym razem, gdy padła niewinna uwaga o „poświęceniu”, odpowiedział od razu:
– Mamo, nie musisz nam nic udowadniać.
Spojrzał wtedy na mnie i po raz pierwszy przy rodzinnym stole nie czułam się sama.
Daria, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na czas remontu mieszkania zamieszkaliśmy u teściów. Szybko wystawili nam słony rachunek za gościnę”
- „W Środę Popielcową podałam postny obiad rodzinie. Teściowa jak zwykle urządziła cyrk przy stole”
- „W Środę Popielcową wolałam robić remont, niż iść z teściową do kościoła. Dużo mnie to kosztowało”

