„Poświęcę pierścionek po mamie, by kupić synowi wymarzone narty. W końcu czego się nie robi z miłości”
„Tej nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam obok Adasia i słuchałam, jak oddycha przez sen. Czasem coś mamrotał, czasem się uśmiechał. Pewnie zjeżdżał właśnie po jakiejś wymarzonej trasie, z kijkami w dłoniach, w kasku, który sam sobie narysował na papierze. Wstałam cicho i wyszłam do kuchni. Zaparzyłam herbatę, ale tylko po to, żeby mieć czym zająć ręce”.

Choć mam trzydzieści osiem lat, czuję się, jakbym miała z dziesięć więcej. Pewnie to przez zmęczenie. Od kiedy zostałam sama z Adasiem, życie to jedna niekończąca się lista rzeczy do zrobienia i rachunków do zapłacenia. Pracuję na pół etatu w sklepie spożywczym, resztę dnia poświęcam synowi — gotuję, odrabiam z nim lekcje, staram się być i mamą, i tatą w jednym. Nie narzekam. To znaczy, może czasem, po cichu, do siebie. Albo kiedy zasnę przy stole, z głową na zeszytach Adasia. Ale ogólnie? Nie, nie narzekam. Po prostu tak wygląda nasze życie. Prosto, skromnie, bez szaleństw. Każdy grosz się liczy. Rachunki? Są płacone na ostatnią chwilę. Ubrania? Mogę brać tylko z darów albo z lumpeksu. Jedzenie? Tanie, sycące i „na dwa dni”.
Mam w domu jedną rzecz, której nigdy nie oddałam, nawet w najcięższych chwilach. Leży w szufladzie w serwetce — pierścionek po mojej mamie. Taki stary, złoty, trochę już porysowany. Dostała go od mojego taty na dwudzieste urodziny. Gdy mama umarła, obiecałam sobie, że go nie sprzedam. Że zawsze będzie ze mną. Ostatnia rzecz, jaka mi po niej została. Adaś ma siedem lat i marzy o nartach. Nie takich plastikowych z marketu, a prawdziwych. Codziennie o nich mówi. Rysuje je, wycina z papieru, skleja z patyczków po lodach. Wymyśla trasy, robi znaki narciarskie z tektury. Ostatnio, gdy byliśmy na spacerze, podszedł do stromej górki i powiedział:
— Mamo, patrz! Tu by się fajnie zjeżdżało, nie?
A ja tylko się uśmiechnęłam. Bo co miałam powiedzieć? Że kosztują tyle, co cały nasz budżet na jedzenie na miesiąc? Że nawet używanych nie kupię, bo nie mam z czego?
Siedzimy przy kolacji. Adaś macha nogami, na talerzu ma kluski z serem.
— Mamo? A może... może pod choinkę by się udało?
Znowu te jego oczy. Duże, brązowe, ufne. Patrzy na mnie, jakby wszystko było możliwe.
— Adaś, nie mamy na to teraz pieniędzy…
— Ale choćby używane. Ale prawdziwe… Proszę…
Przytakuję tylko i głaszczę go po głowie. Uśmiecham się, żeby nie zobaczył, że w oczach zbierają mi się łzy. On zasypia tego wieczoru, trzymając w rękach swoje patyczkowe narty. A ja siedzę przy kuchennym stole i patrzę na zamkniętą szufladę. Tam leży pierścionek. Ostatnia rzecz, której nigdy nie chciałam się pozbyć. Ale może czasem… miłość do dziecka wymaga poświęceń, których się wcześniej nie przewidziało?
Zacisnęłam pięść
Tej nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam obok Adasia i słuchałam, jak oddycha przez sen. Czasem coś mamrotał, czasem się uśmiechał. Pewnie zjeżdżał właśnie po jakiejś wymarzonej trasie, z kijkami w dłoniach, w kasku, który sam sobie narysował na papierze. Wstałam cicho i wyszłam do kuchni. Zaparzyłam herbatę, ale tylko po to, żeby mieć czym zająć ręce. Usiadłam przy stole i patrzyłam przed siebie. Przez chwilę myślałam, że może przesadzam. Że to tylko zachcianka. Że siedmiolatek zapomni. Ale zaraz potem przypomniałam sobie jego wzrok. Taki, w którym jest tylko marzenie. I oczekiwanie, że mama potrafi wszystko.
Podniosłam się i otworzyłam szufladę. Był tam. Owinięty w kawałek haftowanej serwetki. Wzięłam go do ręki. Znałam go na pamięć. Znałam jego ciężar, wiedziałam, jak słońce odbija się od jego cienkiej obrączki. Mama nosiła go całe życie. Mówiła, że to jedyne, co dostała od taty, czego nie zamienił na wódkę. Tylko ten jeden raz pomyślał o niej. Usiadłam z pierścionkiem w dłoni i rozmawiałam sama ze sobą. Cicho, ale wyraźnie.
— To tylko rzecz… tylko złoto — powiedziałam na głos, jakby to miało mi dodać odwagi.
Zaraz potem przyszło inne zdanie, wypowiedziane szeptem:
— To mama… to jedyne, co mi po niej zostało.
Zacisnęłam pięść, jakby chciałam go schować przed całym światem, ale już wiedziałam, że decyzja zapadła. Zrobię to. Zastawię, nie sprzedam. Odbiorę za miesiąc. Może. Owinęłam pierścionek z powrotem w serwetkę i odłożyłam na blat. Nie płakałam. Nie było we mnie już miejsca na łzy. Była tylko decyzja. Mocna, cicha, nieodwracalna.
Podałam pierścionek
Wyszłam z domu z samego rana. Adaś jeszcze spał. Zostawiłam mu kartkę z serduszkiem i śniadanie na blacie. W kieszeni kurtki miałam pierścionek. Nie patrzyłam na niego. Nie chciałam się rozmyślić. Szłam szybko, nie zerkając na wystawy ani ludzi. Było zimno, mróz szczypał w twarz, ale ja go nie czułam. Cała wrzałam od środka. Weszłam do lombardu, zanim zdążyłam się rozmyślić. W środku pachniało kurzem i metalem. Za ladą siedział chłopak w bluzie z kapturem, młody, obojętny. Spojrzał na mnie znad telefonu.
— Sprzedaż czy zastaw? — zapytał bez emocji.
— Zastaw. Tylko zastaw. To rodzinne — odpowiedziałam zbyt szybko, zbyt nerwowo.
Podniósł wzrok i uważnie mi się przyjrzał.
— Dobrze. Mamy tu coś… z sentymentalną wartością, co?
Skinęłam głową. Bałam się odezwać. Podałam pierścionek. Rozwinął serwetkę, obejrzał uważnie, zważył.
— Niecałe sto. Wycena uczciwa. Termin trzydzieści dni. Później przechodzi na nas.
Chciałam powiedzieć coś jeszcze. Poprosić, żeby go nie sprzedawał za szybko, żeby poczekał, ale zrozumiałam, że to bez sensu. Wzięłam pieniądze i kwitek, schowałam do torebki. Pojechałam autobusem na drugi koniec miasta. Przez szybę wypatrywałam sklepu, który widziałam wcześniej w ogłoszeniu. „Sprzedam: narty dziecięce, używane, stan dobry”. Weszłam do środka, w powietrzu unosił się zapach smaru i starego drewna. W kącie, oparta o ścianę, leżała para nart. Białe, z zadrapaniami, ale całe.
— Te? — zapytałam sprzedawcę.
— Tak. Buty w zestawie. Dla chłopca?
— Tak.
— To się ucieszy.
Nie odpowiedziałam. Zapłaciłam i poprosiłam, żeby zawinął w coś, co nie wygląda na prezent. Owinął wszystko w stary koc i podał mi pakunek.
— Dziękuję — powiedziałam, ale nawet nie spojrzałam mu w oczy.
Wróciłam do domu z nartami pod pachą. W środku czułam pustkę i coś jeszcze. Coś jak ulga, ale niepełna. Coś, co zostawia ślad na dnie serca.
Ostrożnie rozwinął koc
Paczka leżała pod choinką, owinięta w szary koc. Nawet nie udawałam, że to prezent z prawdziwego zdarzenia. Nie miałam papieru, nie miałam wstążki, nie miałam siły na udawanie. Kiedy Adaś rano zbiegł do pokoju i zobaczył ten pakunek, przez chwilę tylko patrzył.
— Co to jest? — zapytał szeptem, jakby bał się zapeszyć.
— Sprawdź — powiedziałam i usiadłam na kanapie.
Ostrożnie rozwinął koc. Kiedy zobaczył narty, zamrugał szybko, jakby nie dowierzał. Potem położył ręce na plastikowych wiązaniach i zapytał:
— Mamo, one są prawdziwe?! To moje? Naprawdę?
Kiwnęłam głową.
— Twoje, kochanie.
Rzucił się na mnie, objął za szyję, potem znowu wrócił do nart, przymierzył buty, popatrzył na kijki.
— Zobaczysz, będę najlepszy na całej górce!
Zaciskałam dłonie na kolanach, mocno, za mocno. Czułam, że brakuje mi powietrza, ale uśmiechałam się do niego.
— Już jesteś — powiedziałam przez ściśnięte gardło.
Jeszcze tego samego dnia poszliśmy na górkę. Adaś niósł narty jak największy skarb. Na górze nie chciał pomocy, sam próbował je wpiąć, sam próbował zjechać. Najpierw się przewrócił. I drugi raz. I trzeci. Ale za każdym razem wstawał z śmiechem.
— Mamo, patrz! Zobacz, teraz! Patrz!
W końcu zjechał. Krótko, krzywo, ale zjechał. I wtedy krzyknął z całych sił:
— Mamo, patrz! Umiem!
Zakręciło mi się w głowie. Nie z zimna ani z wyczerpania — od tego krzyku, od tej radości. Usiadłam na ławce i patrzyłam na mojego syna, który wjeżdżał z powrotem na górę. Nie przestawał się uśmiechać. Nie miałam już pierścionka, ale on miał narty. I ten jeden moment, w którym poczuł, że może wszystko.
Zacięłam się
Wieczorem Adaś zasnął szybciej niż zwykle. Po tylu zjazdach padł bez słowa. Przykryłam go kocem, a on przyciągnął do siebie jeden z kijków, jakby to był pluszowy miś. Leżał z uśmiechem na twarzy, a ja wiedziałam, że śni o śniegu, o górce, o tym, jak krzyczy „umiem” na całe gardło. Zeszłam do kuchni. Usiadłam przy stole i po raz pierwszy tego dnia zrobiło się cicho. Za cicho. Narty stały oparte o ścianę, jeszcze mokre od śniegu. W ich cieniu przypomniała mi się szuflada. Ta, której nie zamknęłam. Zebrałam się i otworzyłam ją. Była pusta. Oparłam głowę o blat.
— Mamo, wybacz – szepnęłam. — Wiem, że nie chciałabyś... — Zacięłam się. Głos mi się załamał. — Ale czy nie zrobiłabyś tego samego dla mnie?
W kuchni pachniało chłodem, a z zewnątrz dobiegał śmiech dzieci, które jeszcze zjeżdżały na sankach. Inne matki wołały je na kolację. Ja siedziałam sama, w tej ciszy, w której było wszystko: miłość, duma, ból i strach. Nie wiedziałam, czy uda mi się odkupić pierścionek. Nie wiedziałam, czy za miesiąc będę miała czym zapłacić za czynsz. Ale dziś wieczorem mój syn zasnął szczęśliwy. A ja żegnałam się z ostatnim kawałkiem przeszłości, który mnie trzymał przy wspomnieniu. Zrobiłam to.
Adaś był szczęśliwy
Usiadłam na brzegu łóżka i spojrzałam na Adasia. Spał spokojnie, wtulony w poduszkę, z ręką zaciśniętą na kijku, jakby trzymał się snu, który nie miał prawa się spełnić, a jednak się spełnił. Przesunęłam mu kosmyk włosów z czoła i odsunęłam koc, który zsunął mu się z ramienia. Poczułam coś, czego nie umiem nazwać. Może dumę, może zmęczenie albo strach. Wiedziałam, że zrobiłam wszystko, co mogłam. Oddałam coś, czego nie chciałam się pozbyć nigdy. Dla jednego dnia, jednej chwili, jednego krzyku: „Umiem!”.
Wróciłam do kuchni i usiadłam przy stole. Obok leżał telefon. Przypomniałam sobie, że koleżanka z pracy dzwoniła kilka razy. Oddzwoniłam.
— Cześć. Słuchaj, wszystko w porządku? — zapytała.
— Tak, tak. Wszystko dobrze.
— I co, kupiłaś mu coś?
— Narty. Używane. Ale prawdziwe.
— I co powiedział?
Zamknęłam oczy. Wrócił do mnie ten krzyk z górki. Ten śmiech. Te wyciągnięte ramiona. Spojrzałam na swoje dłonie, puste już od dawna.
— Krzyknął: „Mamo, umiem!” A ja… po prostu się uśmiechnęłam.
Po rozmowie siedziałam jeszcze długo. Myślałam o mamie, o pierścionku, o miesiącu, który nadchodził. Może uda się go odkupić, a... może nie. Może wpadnę w długi, może będę musiała coś jeszcze sprzedać. Ale dziś nie miałam siły się tym przejmować. Bo dziś, chociaż przez kilka godzin, Adaś był szczęśliwy. Patrzył w niebo, zjeżdżał na nartach, śmiał się tak, jak dzieci powinny się śmiać. A ja, choć wszystko mnie bolało, byłam tam z nim. I to musi mi wystarczyć.
Mariola, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie oswoiłam się jeszcze ze śmiercią męża, a teściowa już snuje plany na przyszłość. Tego się po niej nie spodziewałam”
- „Mąż nie chciał dać córce na studniówkę, bo dla niego to zbytek. Poświęciłam coś cennego, by mogła zatańczyć poloneza”
- „Wykupiłem wakacje 2026 już w styczniu. Żona się wściekła, bo miała całkiem inne plany na to lato i to beze mnie”

