Reklama

Gdyby ktoś mnie zapytał, czy jestem szczęśliwa w małżeństwie, odpowiedziałabym, że tak. Bez chwili zawahania. Jakbym recytowała dobrze wyuczoną odpowiedź, która miała wystarczyć: mnie, jemu, światu. Przecież nie mamy powodów do narzekań, prawda? Mieszkamy w trzypokojowym mieszkaniu na spokojnym osiedlu. Spłacamy kredyt na czas, mamy psa, który szczeka na sąsiadów i śpi nam w nogach. Od dwunastu lat jesteśmy razem. Robert pracuje w finansach, wraca późno. Ja zdalnie — z salonu, z kuchni, czasem z łóżka. Niby razem, ale jakby coraz bardziej osobno.

Nie mamy dzieci. Tłumaczyliśmy to racjonalnie: że praca, że brak przestrzeni, że teraz nie czas. Prawda była jednak taka, że on nie chciał, a ja nie umiałam się sprzeciwić. Tak samo jak z walentynkami — to też była jego narracja. „Komercyjne bzdury” mówił. „Miłość pokazuje się codziennie”. Więc nie kupowaliśmy prezentów, nie chodziliśmy na kolacje. I choć czasem chciałam inaczej, śmiałam się razem z nim z serduszek w witrynach.

Aż w styczniu, robiąc porządki w szufladzie z dokumentami, znalazłam rachunek. Z hotelu. Pokój dla dwóch osób. Data: 14 lutego, zeszły rok. Miał być wtedy w delegacji. Pamiętam dobrze, bo zamówiłam sushi i wypiłam kieliszek wina, siedząc samotnie na kanapie. A on spał wtedy z kimś innym.

Spojrzałam na Roberta

— Ej, Robert… — zaczęłam niby od niechcenia, przysuwając się do niego na kanapie. — A pamiętasz, co robiłeś czternastego lutego… w zeszłym roku?

Zawiesił się. Dosłownie. Zatrzymał widelec w połowie drogi do ust i spojrzał na mnie z takim wyrazem twarzy, jakby musiał właśnie przeliczyć wszystkie dni z zeszłego roku od początku.

— W lutym…? W zeszłym roku? — Zmarszczył brwi. — Chyba byłem wtedy w delegacji. W Poznaniu chyba. Dlaczego pytasz?

— Tak sobie. — Uśmiechnęłam się lekko. — Coś mi się przypomniało. My wtedy walentynek nie obchodziliśmy, nie?

— No przecież nigdy nie obchodzimy. — Roześmiał się nerwowo. — Wiesz, że to nie moje klimaty. Kwiatki i czekoladki… Serio pytasz?

Wzruszyłam ramionami. Nie powiedziałam ani słowa o rachunku, który znalazłam dzień wcześniej. Leżał teraz w mojej szufladzie pod bielizną, złożony na cztery części. Hotel w centrum miasta. Pokój dwuosobowy. 14 lutego. Czułam, jak coś zaczyna we mnie pękać. Jakby jedna cegiełka po drugiej wypadała z muru, który budowałam latami. Przypomniałam sobie, że Justyna, moja najlepsza przyjaciółka, ta, która mieszka teraz z nami „na chwilę”, wtedy też była dziwnie nieuchwytna. Powiedziała, że musi się wyrwać, „odpocząć od miasta”. Wróciła po dwóch dniach, opalona, zadowolona, z nowym lakierem na paznokciach.

Spojrzałam na Roberta. Jadł już dalej, jakby nic się nie stało. A ja zaczęłam łączyć kropki.

Położyłam przed nią rachunek

— Justyna, a ty co robiłaś czternastego lutego zeszłego roku? — zapytałam niby mimochodem, kiedy wieczorem siedziałyśmy razem w kuchni. Robiłam herbatę, ona przeglądała coś w telefonie, owinięta moim domowym kocem. Wyglądała jak u siebie.

— W lutym? — Uniosła brwi, ale nie spojrzała mi w oczy. — Oj, nie wiem… To wtedy był chyba weekend, nie? Pewnie byłam u siostry. Albo… nie, czekaj. Może z Martą z liceum? Mówiła, że się rozwodzi… Może wtedy się spotkałyśmy?

— Nie, to był wtorek — przerwałam spokojnie. — Mówiłaś, że pojechałaś wtedy na dwa dni za miasto. Że musiałaś się przewietrzyć. Pamiętam, bo zostałam wtedy sama z psem i kłopotliwą dostawą mebli.

Justyna zamilkła. Podniosła wzrok i na chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Widziałam, jak coś w niej drgnęło. Złość? Strach?

— No dobra, może faktycznie gdzieś pojechałam. Już nie pamiętam dokładnie. Ewelina, o co ci właściwie chodzi?

Położyłam przed nią rachunek, powoli, jak w tanim serialu. Hotel w centrum. Pokój dwuosobowy. Data — 14 lutego.

— Robert był wtedy rzekomo w delegacji. Ale ten hotel jest pięć kilometrów stąd. Nie był tam sam, Justyna.

Zbladła. Usta zacisnęły się w cienką linię. Próbowała coś powiedzieć, ale głos jej się załamał.

— To… to nie tak… — szepnęła.

— Nie? — przerwałam znów. — To jak?

Odpowiedziała mi cisza. Tylko czajnik zaczął syczeć, jakby chciał zagłuszyć tę scenę. A coś wewnątrz mnie zaczęło się walić. Bo to nie była tylko zdrada. To była zdrada pod moim własnym dachem. Od miesięcy.

Nikt się nie odezwał

Myśleli, że wyszłam z psem. Tak jak zwykle po osiemnastej. Zostawiłam nawet smycz na wieszaku, buty przy drzwiach, na wypadek, gdyby zaglądali. Ale tego dnia miałam inny plan.
Siedziałam cicho w pokoju gościnnym, tuż za lekko uchylonymi drzwiami. Serce waliło mi jak oszalałe. Gdy usłyszałam, że Robert zszedł z góry i zagadał do Justyny w kuchni, dosłownie przestałam oddychać.

— Nie powinniśmy wtedy iść do tego hotelu… — powiedziała Justyna cicho.

— Myślałem, że się nie wyda. Że to już koniec — odparł Robert bez emocji. Jakby mówił o przeterminowanym jogurcie.

— A jeśli ona wie? — spytała drżąco.

— Wtedy wszystko się posypie — odpowiedział.

Weszłam. Powoli. Bez słowa. Justyna aż się wzdrygnęła, a Robert odwrócił się błyskawicznie. Twarz miał białą jak ściana. W ręce trzymał kubek, który zadrżał mu lekko. Nikt się nie odezwał.
Podeszłam do stołu. Wyciągnęłam z tylnej kieszeni złożony na czworo rachunek i rzuciłam go obok koszyka z mandarynkami.

— Wiem — powiedziałam tylko.

Justyna zrobiła krok w tył, jakby ktoś ją spoliczkował. Robert otworzył usta, ale nie zdążył nic powiedzieć. Wyszłam z kuchni bez słowa i zamknęłam się w łazience. Zsunęłam się na zimne kafelki i zaczęłam się trząść. Czułam w ustach metaliczny smak. Jakby pękła mi w środku jakaś niewidzialna żyła.

Nie miałam planu

— Wynoś się. Już — powiedziałam, gdy wyszłam z łazienki. Głos miałam dziwnie spokojny, jakby to nie działo się naprawdę. Jakbym grała w jakimś filmie.

Justyna siedziała przy stole, cała zapłakana. Robert stał przy oknie, z założonymi rękami, jakby nie wiedział, co zrobić z ciałem.

— Ewelina, proszę… — zaczęła Justyna, ale przerwałam jej ruchem ręki.

Nie chcę nic słyszeć. To był tylko jeden raz, tak? Przypadek? Błąd? — rzuciłam w jej stronę z pogardą. — Spałaś z moim mężem. W hotelu. W walentynki. A potem przyszłaś tutaj i rozsiadłaś się na mojej kanapie jak bohaterka, której życie się zawaliło.

— Byłam w rozsypce… wtedy… — szepnęła, obejmując się ramionami. — Robert był jedyną osobą, która mnie wtedy wspierała…

— O, na pewno cię wspierał. Nawet wiem jak.

Robert w końcu się odezwał. Spokojnie, bez krzyku, jak zwykle:

— Nie wiem, co się wtedy stało. To był błąd. Nie planowałem tego. Po prostu… to się wydarzyło.

Spojrzałam na niego, jakby był obcym człowiekiem.

— Tyle lat powtarzałeś, że walentynki to komercyjna bzdura. Że nie potrzebujemy kwiatków i kolacji. A potem zabierasz moją przyjaciółkę do hotelu dokładnie tego dnia? Mówiłeś mi, że wtedy byłeś w delegacji.

— Wiem — wyszeptał.

— To nie błąd. To decyzja. Twoja.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie

Minęły trzy dni. Trzy dni ciszy, telefonów od mamy, esemesów od Justyny, których nie przeczytałam. Trzy dni, odkąd Robert wyprowadził się do wynajętego mieszkania „na chwilę”. Zabrał tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Zostawił marynarki, swoje ulubione kubki, książki o inwestowaniu. Jakby naprawdę myślał, że wróci.

W niedzielę przyszedł. Punktualnie o siedemnastej. Jakbyśmy mieli zaplanowane spotkanie w kalendarzu Google.

— Mogę? — zapytał cicho, stojąc w progu.

Kiwnęłam głową. Usiedliśmy naprzeciwko siebie. On przy stole, ja na kanapie. Nasz pies, jak na złość, podszedł do niego i położył łeb na jego kolanach. Zdrajca.

— Ewelina… Przyszedłem, bo muszę ci powiedzieć, że… że to nie miało znaczenia. To, co się stało. To był impuls. Głupota. Nic nie planowałem.

Milczałam.

— Ty i ja… my mamy wspólne życie. Dom. Lata. Nie chcę tego stracić.

— Robert — przerwałam mu. — Gdybyś mnie nie znał, też byś tak mówił. Naprawdę? Gdybyś nie został przyłapany… co by było? Nadal wracałbyś do domu, całował mnie w czoło i udawał, że jesteś ponad „kwiatki i kolacje”?

Nie odpowiedział.

— No właśnie — westchnęłam. — Ty nie chcesz tego stracić. Ale ja już to straciłam.

Patrzył na mnie długo. Bez słów. Może szukał we mnie tej Eweliny sprzed tygodnia. Tej, która potrafiła zignorować wszystko, byle było cicho i stabilnie. Ale jej już nie było.

Coś się we mnie zamknęło

Jest cicho. Robert wyprowadził się na dobre, choć mówi, że to „na czas przemyślenia wszystkiego”. Justyna już dawno się zwinęła — spakowała się w godzinę, zostawiła tylko szczotkę do włosów i jakiś stary sweter, którego nawet nie chcę dotykać. Mieszkanie stało się większe. I zimniejsze.

Rano parzę kawę dla jednej osoby. Włączam komputer, ale nie mogę się skupić. Spaceruję z psem, zaglądam do sklepów, ale wszystko wydaje się jakby za szybą. Trochę jakbym nadal czekała, aż to wszystko okaże się jakimś żartem. Może miałam sen? Może po prostu coś źle zrozumiałam? Tylko ten rachunek w szufladzie przypomina mi, że nie. Nie zmyśliłam sobie tego. Nie wyolbrzymiłam.

Nie wiem, czy to koniec małżeństwa. Nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Ale wiem, że to już nie początek. Coś się we mnie zamknęło. Coś pękło, czego nie da się skleić dobrymi intencjami i herbatą w kubku z napisem „kocham cię codziennie”. Zastanawiam się, ile jeszcze kobiet mówi sobie, że to nic. Że „to tylko raz”. Że można zapomnieć, udawać. Może i można. Ale ja nie mogę. Nie po tym. Nie obchodziliśmy walentynek, bo Robert twierdził, że to głupie święto. Że miłość okazuje się na co dzień. Tylko że on je obchodził, ale nie ze mną.

Ewelina, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama