Reklama

Mój plan na najbliższe dni był po prostu banalny: zamierzałam zaszyć się pod wełnianym kocem, celebrować ciszę i pochłaniać kolejne rozdziały ulubionego kryminału, zagryzając je domową szarlotką. Kiedy w piątkowy wieczór zajęta byłam parzeniem aromatycznego naparu z lipy, ciszę przerwał natarczywy dzwonek smartfona.

Nie potrafiłam odmówić

– Asiu, błagam, jesteś moją ostatnią deską ratunku. Jeśli mi nie pomożesz, to po prostu zapadnę się pod ziemię ze wstydu! Pomóż, proszę! – w słuchawce usłyszałam drżący głos Marty, który brzmiał tak dramatycznie, jakby ważyły się losy świata. – To kwestia życia i śmierci, a przynajmniej mojej kariery! – lamentowała bez opamiętania.

– Marta, weź głęboki oddech i wyłóż kawę na ławę, bo na razie słyszę tylko potok słów, z których nic nie wynika – starałam się zachować spokój, choć intuicja podpowiadała mi, że mój święty spokój właśnie legł w gruzach.

– Potrzebuję profesjonalnych ujęć detali gdańskiego Dworu Artusa na poniedziałek rano – wyrzuciła z siebie w końcu.

– Przecież to proste, wsiadaj w pociąg i rób, masz do tego oko.

– W tym sęk, że nie mogę się ruszyć z łóżka! Moja chrześnica „obdarowała” mnie ospą. Wyobrażasz sobie taką egzotykę w moim wieku? Wyglądam jak biedronka i ledwo żyję, a terminy w redakcji są nieubłagane. Tylko ty potrafisz uchwycić to światło, proszę, jedź tam za mnie…

Wzięła mnie pod włos. Nie miałam wyjścia, więc kupiłam bilet, spakowałam się i ruszyłam w kierunky Trójmiasta.

Miałam dość podróży

Siedząc w przedziale, który pamiętał chyba jeszcze czasy transformacji, gorzko żałowałam swojej empatii. Remonty na torach sprawiły, że skład wlókł się przez pola niczym zmęczony żółw, a nieszczelne okno sprawiało, że marzyłam o kombinezonie narciarskim zamiast lekkiego płaszcza. Nawet herbata z Warsu smakowała jak pomyje po płukaniu ścierki.

„Masz unikalne wyczucie kadru, nikt nie zrobi tego lepiej” – dźwięczały mi w uszach słodkie słówka Marty. Wiedziała dokładnie, w które struny uderzyć, bym spakowała aparat i ruszyła przez pół Polski. Obietnice dozgonnej wdzięczności i butelki markowego trunku wydawały mi się teraz marną pociechą wobec perspektywy spędzenia połowy dnia w pociągu-pułapce.

Gdy po niemal sześciu godzinach walki z grawitacją i chłodem skład wreszcie wtoczył się na peron w Gdańsku, poczułam ulgę. Nie walczyłam o miejsce w przejściu, pozwoliłam, by tłum pasażerów wypłynął na zewnątrz. Kiedy jednak postawiłam stopę na peronie, świat nagle zawirował. Zanim zdążyłam zareagować, silne ramiona oderwały mnie od ziemi, a ja wylądowałam w objęciach nieznajomego, który pachniał mrozem i cedrem.

Co tu się właściwie dzieje?

– Jesteś! Nareszcie dotarłaś, już myślałem, że los znowu spłata mi figla – usłyszałam głęboki, męski baryton, w którym pobrzmiewała nieukrywana euforia. – Bałem się, że w ostatniej chwili stchórzysz.

Usiłowałam wydostać się z tego niedźwiedziego uścisku, czując, jak krew uderza mi do głowy i wypływa na moje policzki..

– Proszę mnie natychmiast puścić! – wypaliłam, starając się brzmieć groźnie, mimo że moje stopy wciąż nie dotykały betonu. – To jakaś absurdalna pomyłka, nie znam pana!

– Ha, ten twój cięty język! – mężczyzna, zamiast mnie postawić, okręcił się ze mną wokół własnej osi. – Dokładnie tak cię sobie wyobrażałem.

Kiedy w końcu odzyskałam pion, mogłam przyjrzeć się napastnikowi. Stał przede mną człowiek, którego twarzy nie było w żadnym moim wspomnieniu. A przecież takiej aparycji się nie zapomina. Miał oczy o barwie wzburzonego Bałtyku, ciemny zarost i uśmiech, który mógłby kruszyć lodowce. Wyglądał jak postać wyjęta z filmu o podróżnikach, a nie jak ktoś, kogo mogłabym po prostu przeoczyć w swoim życiu.

Nie znałam tego faceta

– Kim pan, u licha, jest? – spytałam, choć w głębi duszy poczułam ukłucie żalu, że za chwilę ten czar pęknie, gdy tylko on zrozumie swój błąd. – Naprawdę, widzę pana pierwszy raz na oczy.

– Joasiu, nie baw się ze mną w te gierki, bo serce mi pęknie – odparł, a w jego spojrzeniu lśniły radosne iskry, które sugerowały, że bierze mój opór za doskonały żart.

Zdrętwiałam. Moje imię w jego ustach brzmiało tak naturalnie, jakby wypowiadał je codziennie. Czy to możliwe, bym przez stres związany z pracą dostała jakiejś luki w pamięci? On jednak patrzył na moją skonsternowaną minę z rosnącym rozbawieniem.

Dobra, rozumiem reguły gry! – zaśmiał się, prezentując rząd nienagannie białych zębów. – Skoro chcesz oficjalnego powitania, to niech tak będzie. Twój oddany listowny rozmówca, Gabriel, do usług.

Skłonił się nisko, niemal dotykając czapką peronu, traktując całą sytuację jako wstęp do romantycznej schadzki.

– Joanna… – wykrztusiłam, podając mu rękę, którą ujął z zaskakującą atencją i delikatnością.

– Wyglądasz na kompletnie przemarzniętą i głodną. Chodź, znam miejsce, gdzie serwują najlepszą gorącą czekoladę w całym Trójmieście.

Nie dając mi szansy na odmowę, przejął moją torbę z obiektywami i pewnym krokiem poprowadził w stronę wyjścia z dworca.

Tak to wymyśliła!

Niedługo potem siedzieliśmy w klimatycznej kawiarence, gdzie w powietrzu unosił się zapach palonych ziaren i cynamonu. Przede mną parował gęsty napój.

– Pamiętam, że uwielbiasz tę z odrobiną kardamonu i szczyptą soli morskiej – mruknął, obserwując moją reakcję z nieskrywaną satysfakcją.

– Skąd możesz o tym wiedzieć? – moje zdezorientowanie osiągnęło punkt krytyczny.

– Przecież sama mi to opisałaś w jednym z tych długich listów.

– O czym jeszcze ci rzekomo „pisałam”? – drążyłam temat, czując, że grunt pod nogami staje się coraz bardziej grząski.

– Asia, przestań, to nie czas na testy – zaśmiał się, ale po chwili spoważniał. – Przecież wymieniamy wiadomości od miesięcy. Nie masz pojęcia, ile dla mnie znaczyło, że w końcu odważyłaś się na ten przyjazd. Odkąd zobaczyłem twoją fotografię w tej błękitnej szmizjerce, nie mogłem przestać o tobie śnić. Na zdjęciu byłaś piękna, ale na żywo… na żywo odbierasz mowę.

W tym momencie poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Miałam tylko jedną taką fotografię. Zrobiła mi ją Marta latem, podczas weekendu na Mazurach. Nagle wszystkie puzzle zaczęły do siebie pasować z przerażającą precyzją. Nagłe błagania przyjaciółki, jej rzekoma choroba, „niezbędne” zdjęcia architektury, gdańskie korzenie jej narzeczonego…

Wszystko było ukartowane

– Gabriel, muszę ci coś powiedzieć i obawiam się, że to nie będzie miłe – zaczęłam szeptem. – Ja nigdy do ciebie nie napisałam ani jednego słowa…

– Co ty wygadujesz? – odstawił filiżankę tak gwałtownie, że napój zachlapał spodeczek. – Jak to: nie pisałaś? Więc z kim rozmawiałem przez pół roku?

– Wszystko wskazuje na to, że moja serdeczna przyjaciółka postanowiła pobawić się w swatkę bez mojej wiedzy. Padliśmy ofiarą misternie zaplanowanej intrygi. Przykro mi, naprawdę – poczułam, że pod powiekami pieką mnie łzy bezsilności i wstydu. – Ja o niczym nie miałam pojęcia. Zostałam tu wysłana pod pretekstem wykonania kilku zdjęć, których potrzebowała Marta.

Twarz Gabriela stężała. Widziałam, jak w jego oczach gaśnie blask, który jeszcze przed chwilą mnie fascynował. To uderzyło mnie mocniej, niż się spodziewałam. Polubiłam tego człowieka w ciągu tych kilkunastu minut, a teraz stałam przed perspektywą utraty czegoś, co nawet nie zdążyło się narodzić.

– Więc to wszystko było kłamtwem? Nieprawdą? – zapytał głosem pozbawionym emocji. – Te wszystkie zwierzenia, wspólne pasje, poczucie, że odnaleźliśmy się w tym chaosie… to tylko wymysł kogoś obcego?

– Nie potrafię powiedzieć, ile w tym było prawdy o mnie, a ile jej fantazji – odpowiedziałam szczerze. – Ale to, że jestem singielką, która boi się zaufać, jest akurat faktem…

Patrzył na mnie tak, jakby chciał prześwietlić moją duszę. W tej ciszy poczułam nagły impuls, by opowiedzieć mu o sobie – tym razem bez pośredników. O dzieciństwie spędzonym na rysowaniu po marginesach zeszytów, o lęku przed odrzuceniem, który paraliżował mnie w kontaktach z ludźmi, o miłości do starych kamienic i o tym, jak bardzo nienawidzę samotnych wieczorów, choć udaję, że jest inaczej.

Przestałam się gniewać

Mówiłam długo, aż zabrakło mi tchu, a kawa zupełnie wystygła. Gabriel słuchał w całkowitym skupieniu, nie przerywając mi ani jednym gestem.

– Mogłabyś tak mówić do rana, a ja i tak chciałbym więcej – powiedział w końcu, a w jego głosie znów pojawiło się to ciepłe drżenie. – Widzę, że jesteś wyczerpana tą podróżą i tym całym emocjonalnym rollercoasterem, który zafundowała ci przyjaciółka. Powiedz, gdzie masz zarezerwowany nocleg?

– Spokojnie, poradzę sobie – odparłam odruchowo, choć moje ciało błagało o odpoczynek. – Marta wynajęła mi apartament niedaleko starówki. Mam gdzieś tutaj adres.

Gabriel rzucił okiem na zmiętą kartkę z odręcznymi notatkami Marty.

– Odwiozę cię pod same drzwi, ale pod jednym warunkiem: gdy już się odświeżysz i odpoczniesz, pozwolisz, bym zabrał cię na prawdziwą kolację. Taką, na której się poznamy naprawdę, zapominając o tych sfałszowanych listach.

– Zgoda. Choć obawiam się, że ona mogła ci już zdradzić menu mojej wymarzonej uczty.

– To przekonamy się wieczorem, czy jej wywiad środowiskowy był rzetelny – mrugnął do mnie z tym swoim łobuzerskim wdziękiem, który sprawiał, że kolana mi miękły.

– Tylko że ja wciąż czuję się w niekomfortowo w całej sytuacji – westchnęłam. – Ty wiesz o mnie sporo, a ja o tobie nie wiem kompletnie nic.

– Mamy przed sobą całą wieczność, żeby to zmienić. O ile mi na to pozwolisz, Asiu… – zawiesił głos, a jego spojrzenie stało się tak intensywne, że aż zaparło mi dech. – Bo ja mam ogromną ochotę zacząć ten rozdział od nowa.

Chyba jestem jej wdzięczna

Gdy tylko zamknęły się za mną drzwi hotelowego pokoju, chwyciłam za telefon. Marta odebrała po drugim sygnale, choć słyszałam, że udaje osłabienie.

Nie miej do mnie żalu, proszę – zaczęła, zanim zdążyłam otworzyć usta.

– Czy ty masz w ogóle masz pojęcie co ty najlepszego zrobiłaś? To było skrajnie nieodpowiedzialne i upokarzające! Jak mogłaś mi to zrobic?

Starałam się brzmieć surowo, ale w lustrze widziałam swoje rozpromienione oczy, których nie potrafiłam oszukać.

– Przestań udawać, przecież słyszę, że nie chcesz mnie udusić. Gabriel to niesamowity facet, a ty jesteś moją bratnią duszą. Musiałam was jakoś zetknąć, bo oboje tkwiliście w tych swoich skorupach.

– Ale nie w taki sposób, Marta! Czułam się jak jakiś wybrakowany towar, który do niczego się nie nadaje.

– Inaczej byś nie pojechała, dobrze o tym wiesz – tłumaczyła się z rozbrajającą szczerością. – Na każde zdanie o poznawaniu kogoś nowego reagujesz alergicznie. A Gabriel po kilku miłosnych katastrofach też nie chciał słyszeć o swataniu. Musiałam was postawić przed faktem dokonanym, żebyście nie mieli czasu na ucieczkę.

Wieczorna randka była jak sen. Spacerowaliśmy wzdłuż Motławy, a Gabriel, który okazał się pasjonatem renowacji zabytków, opowiadał mi historie ukryte w murach gdańskich kamienic. Czułam się przy nim tak bezpiecznie, jakbyśmy znali się od lat, a nie od kilku godzin. Gdy dotarliśmy pod Dwór Artusa – ten sam, który miał być tylko pretekstem mojej wizyty – poprosiliśmy kogoś o pamiątkową fotkę. Na zdjęciu widać dwoje ludzi, którzy patrzą na siebie z niedowierzaniem i rodzącym się uczuciem, a w tle majaczą światła nocnego miasta.

Wysłałam to zdjęcie Marcie z krótkim komunikatem:

Zadanie wykonane. Czy wciąż potrzebujesz tych detali architektonicznych, czy twoja intryga osiągnęła już cel?.

W odpowiedzi dostałam tylko serduszko i wiadomość:

Zapomnij o pracy i ciesz się chwilą. Ten widok, który mi przysłałaś, jest wart więcej niż jakakolwiek sesja zdjęciowa. Nie dziękuj. Do usług kochana!

Asia, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama