Reklama

Pakowałam naszą walizkę z drżeniem serca, które wcale nie wynikało z wieku, lecz z czystej, dziecięcej ekscytacji zmieszanej z poczuciem winy. Przez ostatnie trzy lata byliśmy z Tadeuszem bardziej instytucją opiekuńczą niż małżeństwem, a nasze imiona zastąpiły określenia „babcia” i „dziadek”. Ten wyjazd miał być naszą ucieczką do wolności, powrotem do czasów, gdy liczyliśmy się tylko my dwoje. Gdy wsiadaliśmy do pociągu, mąż uśmiechnął się do mnie tak promiennie, jakby zrzucił z barków tony ciężaru. Nie wiedziałam wtedy, że ten uśmiech będzie ostatnim obrazem, jaki zachowam pod powiekami na resztę moich samotnych nocy.

Decyzja, która ważyła tonę

Wszystko zaczęło się od niedzielnego obiadu. Przy stole siedziała nasza córka, Ewelina, jej mąż z nosem w telefonie oraz dwójka naszych wnuków: pięcioletni Kubuś i siedmioletnia Zosia. Hałas był nie do zniesienia. Dzieci biegały wokół stołu, a ja czułam pulsujący ból w skroni. Tadeusz siedział cicho, ale widziałam, jak drży mu ręka. Byliśmy skrajnie wyczerpani.

– Mamo, w przyszłym tygodniu muszę zostać dłużej w pracy, a Bartek wyjeżdża w delegację – rzuciła Ewelina, nie podnosząc wzroku znad talerza. – Weźmiecie dzieciaki od wtorku do piątku? I w weekend też by się przydało, bo chcieliśmy iść do kina.

Spojrzałam na Tadeusza. Jego siwe brwi ściągnęły się w jedną linię. To nie była prośba, lecz kolejne oczekiwanie. Od kiedy przeszliśmy na emeryturę, staliśmy się darmową siłą roboczą.

– Ewelinko – zaczęłam ostrożnie. – Właśnie mieliśmy wam powiedzieć. We wtorek wyjeżdżamy.

Zapadła cisza. Córka odstawiła szklankę z kompotem, jakby ważyła sto kilogramów.

– Jak to wyjeżdżacie? Gdzie? – zapytała z wyrzutem.

– Do sanatorium. Do Ciechocinka – odezwał się Tadeusz, a jego głos był zaskakująco stanowczy. – Dostaliśmy skierowanie miesiąc temu. Musimy odpocząć. Moje stawy nie dają mi spokoju, a matka ledwo chodzi przez ten kręgosłup.

– Ale teraz? – Ewelina rozłożyła ręce. – Przecież wiecie, że mam gorący okres w firmie. Nie możecie tego przełożyć? Co ja zrobię z dziećmi?

Poczułam ukłucie w sercu. Zawsze stawiałam potrzeby dzieci ponad swoimi i byłam gotowa ulec, ale wtedy mąż położył swoją ciepłą dłoń na mojej.

– Nie. Nie możemy. Jesteśmy twoimi rodzicami, nie twoimi pracownikami. Potrzebujemy odpoczynku. Dzieci mogą zostać z drugą babcią albo wynajmiesz opiekunkę. My wyjeżdżamy.

Nigdy nie widziałam go tak zdeterminowanego. Córka obraziła się śmiertelnie i wyszła bez deseru. Zostaliśmy sami w ciszy, która po raz pierwszy od dawna była pełna obietnicy, a nie pustki.

Walizka pełna nadziei

Przygotowania trwały dwa dni. Wyciągnęłam z szafy naszą starą, brązową walizkę. Tadeusz chodził po mieszkaniu i gwizdał pod nosem, z każdym złożonym swetrem odzyskując wigor.

– Halinko, weź tę niebieską sukienkę – powiedział, zaglądając do sypialni. – Tę, w której byliśmy na weselu u Ryśka. Wyglądasz w niej jak milion dolarów.

– Daj spokój, Tadziu, ona jest już za ciasna – machnęłam ręką, choć poczułam ciepło w sercu.

– Bzdura. Weź ją. Pójdziemy na dancing. Pamiętasz, jak tańczyliśmy w Krynicy dwadzieścia lat temu? Pokażemy tym kuracjuszom, jak to się robi.

Dancingi i spacery po tężniach stały się naszym celem. Tadeusz planował, że wreszcie przeczyta zaległe książki historyczne i że będziemy spacerować bez pośpiechu. Był jednak wątek, o którym milczeliśmy – zdrowie Tadeusza. Lekarz zalecał spokój, a opieka nad wnukami była tego zaprzeczeniem. Ten wyjazd był koniecznością ratowania tego, co nam zostało.

W dniu wyjazdu Ewelina zadzwoniła tylko na chwilę.

– Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić, podczas gdy ja będę stawać na głowie – rzuciła oschle.

– Dziękuję, córeczko. My też cię kochamy – odpowiedziałam spokojnie, nie pozwalając, by jej gorycz zepsuła nam ten dzień.

Podróż sentymentalna

Kiedy pociąg wtoczył się na stację, czułam się jak nastolatka uciekająca z domu. Tadeusz z trudem, ale i z dumą, wrzucił ciężką walizkę na półkę.

– Jeszcze mam krzepę, co? – mrugnął, ocierając pot z czoła.

– Masz, masz. Tylko siadaj już, nie męcz się – poprosiłam, wyciągając termos.

Naprzeciwko siedziała starsza kobieta z pieskiem.

– Państwo na wczasy? – zagadnęła życzliwie.

– Do sanatorium. Odpocząć od życia – odparł Tadeusz. – Żona mnie porwała.

– To wspaniale. Trzeba korzystać z każdej chwili – powiedziała kobieta. – Mój mąż zawsze mówił, że na odpoczynek przyjdzie czas. I wie pani co? Nie zdążył. Zostałam sama z Fafikiem.

Te słowa zawisły w powietrzu. Spojrzałam na Tadeusza. Patrzył przez okno na mijane lasy, zamyślony.

– O czym myślisz? – zapytałam cicho.

Odwrócił się, patrząc mi głęboko w oczy tym samym błękitnym spojrzeniem, w którym zakochałam się przed laty.

– Myślę o tym, że mieliśmy dobre życie, Halinko. Mimo wszystko. I że cieszę się, że tu jesteśmy. Tylko my. Bez krzyków, bez telefonów. Tylko ty i ja.

Jeszcze dużo przed nami, Tadziu – szepnęłam.

– Oczywiście. Całe dwa tygodnie w Ciechocinku – zaśmiał się.

Podróż minęła nam na wspominaniu starych czasów, budowy domu, dzieciństwa Eweliny. Rozmawialiśmy tak, jak w domu nie było już okazji. W pociągu czas płynął łaskawiej.

Nic nie przeczuwałam

Dojechaliśmy popołudniem. Pokój był skromny, ale czysty, z widokiem na park. Tadeusz otworzył okno.

Czujesz to powietrze? To jest życie! – zawołał.

Rozpakowaliśmy się. Mąż powiesił koszule z pedantyczną dokładnością, a ja wyjęłam tę nieszczęsną niebieską sukienkę.

– Jutro ją włożysz – zadecydował. – Jutro jest wieczorek zapoznawczy w kawiarni „Zdrojowa”. Pójdziemy.

Wieczorem, spacerując pod tężniami w nasyconym solanką powietrzu, czułam niesamowity spokój. Wyciszyłam telefon, ignorując potencjalne pretensje córki.

– Wiesz co? – powiedział nagle Tadeusz, zatrzymując się przy ławce. – Czuję się dziwnie lekko. Jakby mi ktoś odjął lat.

– To przez to powietrze. Usiądźmy na chwilę.

Obserwowaliśmy wiewiórkę czekającą na orzechy. Tadeusz sięgnął do kieszeni, ale była pusta.

– Jutro kupimy orzechy – obiecał. – Dla wnuków byśmy mieli pełne kieszenie cukierków, a dla wiewiórki nie mamy nic.

Zaśmialiśmy się szczerze i beztrosko. Zasnęliśmy trzymając się za ręce. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze spałam.

Czas się zatrzymał

Następny dzień był słoneczny. Po zabiegach poszliśmy na dłuższy spacer do parku zdrojowego. Mąż był w doskonałym humorze, z pasją opowiadał stare anegdoty.

– Halinko – powiedział, przystając przy fontannie. – Pamiętasz, jak ci obiecałem, że na starość kupimy sobie mały domek na wsi?

– Pamiętam, Tadziu. Ale przecież mamy nasze mieszkanie, jest nam dobrze.

– Wiem. Ale czasem myślę, że za mało ci dałem. Że za dużo pracowałem, a potem... potem te wnuki. Ciągle w biegu. Chciałbym ci jeszcze tyle pokazać.

– Przestań gadać głupstwa. Dałeś mi wszystko – ścisnęłam jego ramię.

Szliśmy dalej alejką dębów. Nagle Tadeusz zwolnił i chwycił się za mostek. Nie było krzyku ani upadku. Po prostu usiadł na ławce, bardzo powoli.

– Tadziu? – zapytałam z niepokojem, widząc jego nagłą bladość. – Źle się czujesz? Mam po kogoś pobiec?

Wyciągnęłam telefon i drżącymi palcami wybrałam numer ratunkowy. Kątem oka widziałam, jak próbuje mnie dotknąć, ale jego dłoń była ciężka i zimna.

– Kocham... – westchnął, a powietrze uszło z niego jak z przekłutego balonu.

Jego głowa opadła na oparcie. Wyglądał, jakby zasnął. Świat się nie zatrzymał, ludzie spacerowali dalej, ale mój świat rozpadł się w ułamku sekundy. Krzyczałam. Ta nić, łącząca nas przez czterdzieści lat, została zerwana. Tadeusz wsiadł do pociągu, na który ja nie miałam biletu.

Z sanatorium wróciłam sama

Pamiętam wszystko jak przez mgłę: karetkę, policję, formalności. Byłam tam ciałem, ale duchem szukałam jego ręki. Najtrudniejsza była rozmowa z córką.

– Mamo? Co znowu? – odebrała poirytowana Ewelina. – Właśnie kładę dzieci spać...

– Ewelina... – mój głos był obcy. – Tata nie żyje.

Po drugiej stronie zapadła ogłuszająca cisza, przerwana dźwiękiem upadającego telefonu i szlochem. Ten jeden raz nie miała pretensji. Zrozumiała. Wróciłam do pustego domu z tą samą walizką i niebieską sukienką, której nigdy nie założyłam. Ewelina przyjechała natychmiast, zapłakana i przerażona.

– Mamo, przepraszam... Tak bardzo przepraszam – szlochała, rzucając mi się na szyję. – Byłam taka egoistką. Myślałam, że macie czas, że tata jest niezniszczalny.

Głaskałam ją, nie czując gniewu, jedynie ogromną pustkę. Nasz „odpoczynek” trwał jedną dobę. Tadeusz czekał na wolność, a dostał ją w formie ostatecznej.

Pogrzeb zgromadził tłumy. Stałam nad grobem, a wnuki płakały, trzymając moją spódnicę. Zrozumiały, że dziadek już nie naprawi rowerka. Od tamtego dnia minęło pół roku. Ewelina zmieniła się – zatrudniła opiekunkę, rzadziej prosi o pomoc, częściej po prostu wpada na herbatę. Zrozumiała kruchość życia, ale cena tej lekcji była zbyt wysoka.

Często siadam w fotelu Tadeusza, zamykam oczy i wyobrażam sobie, że wciąż jesteśmy w pociągu. Że on siedzi naprzeciwko i mówi, że przed nami całe życie. Pojechaliśmy odpocząć od wnuków. I on odpoczął – od wszystkiego, na zawsze. A ja zostałam na peronie, czekając na swój pociąg. Wiem jedno – kiedy w końcu wsiądę do wagonu, on tam będzie. Zajmie mi miejsce przy oknie i powie: „Długo kazałaś na siebie czekać, Halinko”.

Halina, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama