„Pojechaliśmy na ferie ze znajomymi, żeby wyszło taniej. Żadne pieniądze nie były warte tego, przez co przeszliśmy”
„Kulminacja nastąpiła trzeciego dnia. Mieliśmy ustalone, że gotujemy na zmianę. Dziś wypadała kolej Oli i Filipa. Byliśmy głodni po całym dniu – Robert i ja uciekliśmy sami na stok. Wróciliśmy, spodziewając się zapachu jedzenia. W kuchni było pusto”.

To miał być tydzień jak z marzeń – drewniana chatka w środku zaśnieżonego lasu, trzaskający ogień w kominku i my: dwie pary, które znają się od studiów. To ja wpadłam na ten pomysł. Był listopadowy wieczór, deszcz zacinał o szyby naszego warszawskiego mieszkania, a ja siedziałam przed laptopem, czując, jak stres ostatnich miesięcy ściska mi żołądek.
Marzyłam o wyjeździe
Robert, mój mąż, pracował w drugim pokoju. Mijaliśmy się w drzwiach jak współlokatorzy, a nie małżeństwo z pięcioletnim stażem. Potrzebowaliśmy resetu. Potrzebowaliśmy ciszy. Wtedy trafiłam na tę ofertę domku na wynajem. Zdjęcia zapierały dech w piersiach: surowe drewno, ogromne przeszklenia z widokiem na Tatry, prywatna balia z gorącą wodą na tarasie. Cena była zaporowa, nie będę ukrywać. To była kwota, za którą można by polecieć na tydzień all-inclusive do Turcji, ale marzyłam o skrzypiącym śniegu i planszówkach przy kominku.
– A może zabierzemy Olę i Filipa? – powiedziałam do męża. – Jeśli podzielimy koszty na cztery, wyjdzie całkiem rozsądnie. Poza tym dawno się nie widzieliśmy tak na dłużej, tylko przelotem na kawie.
Robert spojrzał na mnie znad okularów. W jego oczach widziałam wahanie.
– Jesteś pewna? Filip ostatnio zrobił się… specyficzny.
– Daj spokój, miał gorszy okres – machnęłam ręką, desperacko pragnąc zrealizować swoją wizję idealnych ferii. – W górach, na luzie, bez pracy, będzie inny. Zobaczysz, będzie jak za dawnych lat na studiach.
Miałam złe przeczucia
Droga w góry to zawsze loteria, ale tamtego dnia pogoda postanowiła nas przetestować. Śnieżyca stulecia. Robert prowadził nasze auto, Ola i Filip siedzieli z tyłu. Już po pierwszej godzinie jazdy poczułam, jak gęstnieje atmosfera.
– Czy w tym samochodzie nie da się ustawić normalnej temperatury? – jęknęła Ola, wachlując się teatralnie dłonią. – Raz jest ukrop, raz lodownia. Sylwia, tobie nie jest duszno?
– Jest okej. Mamy ustawione 21 stopni – odpowiedziałam spokojnie, patrząc na drogę.
– No nie wiem, u nas w aucie klimatyzacja działa jakoś bardziej intuicyjnie – wtrącił Filip, nie odrywając wzroku od telefonu.
Zacisnęłam zęby. Filip zawsze musiał podkreślić, że ich samochód, ich mieszkanie, ich ekspres do kawy są lepsze. Kiedyś to ignorowałam, zrzucając to na karb jego ambicji, ale teraz, zamknięta z nimi w blaszanej puszce na sześć godzin, czułam irytację. Prawdziwy dramat zaczął się jednak na ostatnim odcinku. GPS poprowadził nas stromą, nieodśnieżoną drogą. Domek był położony na uboczu – dokładnie tak, jak chciałam – ale dojazd wymagał skupienia.
– Gdzie ty nas wywiozłaś? – rzuciła Ola z pretensją w głosie, gdy koła zabuksowały na lodzie. – Mieliśmy mieszkać w kurorcie, a to jest jakieś zadupie.
– W ofercie było napisane: „cisza i spokój, z dala od zgiełku”. O to nam chodziło – próbowałam się bronić, czując narastające ciepło na policzkach.
Ciągle marudzili
– Tobie o to chodziło – poprawił mnie Filip. – My myśleliśmy, że to będzie cywilizowane miejsce, a nie chatka pustelnika. Jak my stąd wyjedziemy na kolację? Robert, uważaj na te dziury, bo urwiesz zawieszenie, chociaż w tym modelu to i tak pewnie wszystko klekocze.
Robert nic nie powiedział, ale wymieniliśmy spojrzenia. W jego oczach wyczytałam ciche: „A nie mówiłem?”. Kiedy dotarliśmy na miejsce, widok był magiczny. Domek wyglądał lepiej niż na zdjęciach. Wielkie bale drewna, oświetlony ganek, dookoła tylko las i góry. Czysta magia. Wbiegłam do środka pierwsza, chcąc zarazić ich entuzjazmem.
– Patrzcie! Mamy kominek, a tam w rogu stoi wielka choinka! – wołałam.
Ola weszła do środka w swoich drogich butach na koturnie, rozejrzała się krytycznym wzrokiem i zamiast zachwytu, usłyszałam westchnienie.
– Ciasno – skwitowała. – Na zdjęciach salon wydawał się większy. I czuć tu… nie wiem, wilgocią?
– To drewno. Naturalny zapach drewna – Robert starał się być miły, wnosząc ich walizki, bo Filip uznał, że musi najpierw sprawdzić zasięg.
– Zero kresek – oznajmił tryumfalnie Filip, wchodząc do środka i nie zdejmując kurtki. – Sylwia, mówiłaś, że jest WiFi.
– Jest, hasło leży na stoliku.
– Ale to jest jakieś satelitarne łącze, pewnie ping będzie tragiczny. Ja muszę sprawdzać maile, nie mogę być odcięty od świata. Płacimy za to fortunę, a standard jak w PRL-u.
Ustępowaliśmy im
Podział pokoi był kolejnym aktem dramatu. Były dwie sypialnie na górze. Identyczne. Obie z widokiem, obie z łazienkami, ale Ola weszła do tej po prawej, zmarszczyła nos i stwierdziła:
– Tu jest gorsze światło. I materac wydaje się miękki. Filip ma problemy z kręgosłupem, musimy wziąć tamten drugi.
– Ale my już tam położyliśmy rzeczy… – zaczęłam, ale Robert chwycił mnie za rękę.
– Zostaw, kochanie. Przeniesiemy się. Niech mają.
Przenieśliśmy się. Nie o to chodziło, kto gdzie śpi. Chodziło o zasadę. O brak słowa „dziękuję”, o to roszczeniowe podejście, jakbyśmy byli ich obsługą hotelową, a nie przyjaciółmi, z którymi dzielą koszty po połowie. Choć, jak się miało okazać, z tym dzieleniem kosztów też nie było tak kolorowo.
Następnego ranka wstałam wcześniej. Chciałam naprawić atmosferę. Pojechałam z Robertem do lokalnej piekarni, kupiłam świeże bułki, oscypki, regionalne dżemy. Zrobiłam jajecznicę na maśle, zaparzyłam kawę. Gdy Ola i Filip zeszli na dół koło jedenastej, stół był zastawiony.
– O, śniadanie – mruknął Filip, drapiąc się po brzuchu. Usiadł i od razu sięgnął po telefon. – WiFi nadal muli.
Chcieliśmy być mili
Ola usiadła naprzeciwko mnie, wpatrując się w talerz z jajecznicą.
– To z cebulą? – zapytała z obrzydzeniem.
– Tak, trochę podsmażyłam szalotkę dla smaku.
– Ja nie jem cebuli rano, bo potem ciężko mi na żołądku. Filip też nie powinien. Mogliście zapytać. A ta kawa? To z ekspresu?
– Tak.
– Kwaśna jakaś. Pewnie tania arabika. My pijemy tylko specialty, przywieźliśmy swoje ziarna, ale widzę, że ten ekspres nie ma młynka żarnowego, więc strach tam cokolwiek wsypać.
Poczułam, jak kawałek bułki staje mi w gardle. Robert kopnął mnie lekko pod stołem, dając znak, żebym odpuściła, ale we mnie się gotowało. Zrobiłam zakupy za własne pieniądze, wstałam o ósmej, a słyszę tylko narzekanie na jakość ziaren?
Reszta dnia była koszmarem. Spacer? Za zimno, wieje, a poza tym Ola nie ma odpowiednich butów na taki głęboki śnieg. Narty? Stoki nieprzygotowane, muldy, a karnety to zdzierstwo. Zostaliśmy więc w domu. Oni siedzieli na kanapie z nosami w telefonach, głośno komentując posty na Facebooku, a ja i Robert próbowaliśmy czytać książki, udając, że świetnie się bawimy.
Miarka się przebrała
– Słuchajcie – zaproponował Robert po południu. – Mamy tę balię na tarasie. Woda nagrzana, widok na góry, otwieramy wino?
– W takiej wodzie to się lęgną bakterie – skrzywiła się Ola. – Ktoś to w ogóle dezynfekował po poprzednich gościach? Ja bym nie ryzykowała infekcji intymnej na takim zadupiu.
Wtedy Robert wyszedł. Po prostu wstał, ubrał kurtkę i wyszedł na mróz rąbać drewno, choć mieliśmy go pod dostatkiem. Kulminacja nastąpiła trzeciego dnia. Mieliśmy ustalone, że gotujemy na zmianę. Dziś wypadała kolej Oli i Filipa. Byliśmy głodni po całym dniu – Robert i ja uciekliśmy sami na stok, zostawiając ich w domku, to były jedyne cztery godziny szczęścia. Wróciliśmy, spodziewając się zapachu jedzenia. W kuchni było pusto.
– O, jesteście – rzucił Filip z kanapy. – Nie chciało nam się gotować. Ten aneks kuchenny jest niefunkcjonalny, patelnie są porysowane. Rakotwórcze. Zamówmy coś.
– Okej… – westchnęłam, padając ze zmęczenia. – Co zamawiamy?
– No właśnie problem w tym, że tu nic nie dowozi – powiedziała Ola z wyrzutem, jakby to była moja wina. – Sprawdzaliśmy i pustka. Musicie pojechać do miasta po jakieś jedzenie.
Pomiatali nami
Nie „pojedźmy”, nie „my pojedziemy”. Musicie.
– My jesteśmy padnięci po nartach – powiedział Robert twardo. – To wasza kolej na organizację kolacji.
– Ale Robert, ty masz auto, a Filip napił się już piwa – odparła Ola z rozbrajającą szczerością. – Poza tym my pilnowaliśmy domu cały dzień.
Robert roześmiał się. Był to śmiech, od którego przeszły mnie ciarki. Zimny, pozbawiony wesołości.
– Pilnowaliście domu? Przed czym? Przed sarnami? – zapytał.
– Nie bądź chamski – obruszył się Filip. – Umówiliśmy się na wspólny wyjazd, a wy znikacie na pół dnia, zostawiając nas samych na tym odludziu. To nie jest towarzyskie.
Wtedy nie wytrzymałam. Wstałam z fotela, czując, jak drżą mi ręce.
– Nie jest towarzyskie?! – mój głos poszybował o oktawę wyżej. – Od trzech dni nie robicie nic innego, tylko narzekacie! Na dom, na pogodę, na jedzenie, na kawę, na drogę, na nas! Wydałam na ten dom kupę kasy, chciałam, żeby było miło, a czuję się jak wasza zakładniczka! Nic wam nie pasuje! Jeśli jest tak źle, to dlaczego po prostu nie wyjedziecie?!
Nie wytrzymałam
Zapadła cisza, w której słychać tylko trzeszczenie drewna w kominku. Ola zrobiła wielkie oczy, a jej dolna warga zaczęła drżeć.
– Ja… nie wiedziałam, że jesteś taka niestabilna emocjonalnie – szepnęła, patrząc na mnie jak na wariatkę. – My po prostu jesteśmy szczerzy. Jesteśmy przyjaciółmi, myślałam, że możemy sobie mówić o standardach. Nie wiedziałam, że bierzesz wszystko tak do siebie.
To był cios poniżej pasa. Klasyczne odwracanie kota ogonem. Wtedy zrozumiałam, że nie ma sensu dyskutować. Oni żyli w swojej bańce, w której im się wszystko należało, a świat miał obowiązek spełniać ich wyśrubowane, arystokratyczne oczekiwania.
– Nie jestem niestabilna. Mam po prostu dość – powiedziałam cicho i poszłam do sypialni.
Reszta wyjazdu to była agonia. Osobne śniadania, mijanie się bez słowa w korytarzu. Oni ostentacyjnie siedzieli w swoim pokoju lub wychodzili na krótkie spacery, gdy my byliśmy w salonie. Atmosfera była tak toksyczna, że powietrze w domku wydawało się cięższe. Ale najgorsze miało dopiero nadejść przy rozliczeniu. Ostatniego dnia, gdy pakowaliśmy się do wyjazdu, położyłam na stole kartkę z wyliczeniami.
– Domek opłaciliśmy z góry. Tu są paragony za jedzenie i drewno do kominka, które dokupiliśmy. Podzieliłam to na pół.
Oszukali nas
Filip wziął kartkę, założył okulary i zaczął analizować każdą pozycję jak audytor w Urzędzie Skarbowym.
– Czekaj, czekaj. Tu jest paragon za zakupy z pierwszego dnia. Jajka, szynka, sery… My prawie tego nie jedliśmy. Oli nie smakowała szynka, a jajecznicy nie tknęliśmy przez cebulę. Dlaczego mamy za to płacić połowę?
– Żartujesz sobie teraz? – zapytał Robert, stając obok mnie. Był już spakowany i widziałam, że ledwo panuje nad sobą.
– Nie żartuję. Zasady to zasady. Płacimy za to, co skonsumowaliśmy. I drewno… Paliliście głównie wy wieczorami, jak my siedzieliśmy u siebie w pokoju bojąc się wyjść do salonu przez fochy Sylwii. Myślę, że powinniśmy zapłacić 30% za drewno.
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Facet, który jeździ nowym Audi, który chwali się premiami w korporacji, kłócił się o 50 złotych za drewno i kostkę sera, po tym jak zrujnował nam urlop.
– Wiecie co? – Robert zabrał mu kartkę z ręki, zgniótł ją w kulkę i rzucił w stronę kominka. – Nie płaćcie nic. Za domek też nie oddawajcie tej drugiej raty. Bierzcie te swoje walizki i wynoście się stąd. Serio. Nie chcę od was ani grosza, bo te pieniądze by mnie parzyły.
Nie chcę ich znać
– Robert, nie przesadzaj, chcemy się rozliczyć uczciwie, ale… – zaczęła Ola.
– Wynocha! – krzyknął Robert tak głośno, że aż podskoczyłam. Nigdy wcześniej go takiego nie widziałam.
Zostaliśmy w domku jeszcze przez kilka godzin, choć doba hotelowa się kończyła. Siedzieliśmy na tarasie, owinięci w koce, pijąc resztkę kawy. Patrzyliśmy na Giewont.
– Straciliśmy 2000 złotych, które mieli nam oddać – powiedział cicho Robert.
– Wiem – odparłam, opierając głowę na jego ramieniu. – Ale wiesz co? To była niska cena za dowiedzenie się, kim oni naprawdę są. Wyobraź sobie, że pojechalibyśmy z nimi na dwa tygodnie do Włoch latem, tak jak planowaliśmy.
Robert parsknął śmiechem.
– Chyba bym ich zrzucił z Wezuwiusza.
Od tamtego czasu nie rozmawialiśmy z Olą i Filipem. Ola napisała mi tylko jednego SMS-a: „Przykro mi, że tak to wyszło, ale myślę, że musicie popracować nad swoją gościnnością i panowaniem nad nerwami. Prześlę wam 500 zł za naszą część jedzenia, bo honor mi nie pozwala być dłużną, choć uważam, że to niesprawiedliwe”. Nigdy nie odpisałam. Pieniądze przyszły, ale odesłałam je z powrotem.
Sylwia, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Kiedy mąż mnie zdradził, chciałam go zostawić. To dzięki teściowej zrozumiałam, że to głupi pomysł”
- „Nie oswoiłam się jeszcze ze śmiercią męża, a teściowa już snuje plany na przyszłość. Tego się po niej nie spodziewałam”
- „Mąż nie chciał dać córce na studniówkę, bo dla niego to zbytek. Poświęciłam coś cennego, by mogła zatańczyć poloneza”

