„Pojechaliśmy na ferie z teściową i od razu chciałam wracać. Jej narzekanie dało mi się bardziej we znaki niż chłód”
„Marzyłam o spokojnych spacerach, o dzieciach rzucających się śniegiem i o wieczorach z herbatą, kiedy wreszcie nikt niczego ode mnie nie chce. Kochałam Łukasza, ale przy jego matce zawsze czułam się jak uczennica pod tablicą. Mimo to zgodziłam się na wspólne ferie. Wmawiałam sobie, że tydzień wystarczy, by stworzyć piękne wspomnienia. Nie przewidziałam, że wrócę z zupełnie inną decyzją”.

- Redakcja
Zima miała być naszą ucieczką. Marzyłam o spokojnych spacerach, o dzieciach rzucających się śniegiem i o wieczorach z herbatą, kiedy wreszcie nikt niczego ode mnie nie chce. Kochałam Łukasza, ale przy jego matce zawsze czułam się jak uczennica pod tablicą. Mimo to zgodziłam się na wspólne ferie. Wmawiałam sobie, że tydzień wystarczy, by stworzyć piękne wspomnienia. Nie przewidziałam, że wrócę z zupełnie inną decyzją.
To tylko kilka dni
Pierwszy dzień ferii przywitał nas ostrym wiatrem i śniegiem, który skrzypiał pod butami. Córka aż piszczała z zachwytu.
– Mamo, zobacz! Ale tu jest super. – krzyknęła, ciągnąc mnie za rękaw.
Syn już biegł w stronę domku, a Łukasz śmiał się, próbując go dogonić. Przez chwilę naprawdę uwierzyłam, że to będzie dobry tydzień. Apartament był jasny, z pięknym widokiem. W środku pachniało świeżością. Postawiłam torby w przedpokoju i odetchnęłam.
– No, całkiem przyzwoicie – oceniła Wiesława, zdejmując rękawiczki. – Chociaż ta łazienka jakaś ciasna. I łóżko chyba za niskie. Już czuję moje plecy.
Uśmiechnęłam się uprzejmie.
– To tylko kilka dni, mamo – wtrącił Łukasz. – Najważniejsze, że widok jest piękny.
– Widokiem człowiek się nie wyśpi – odpowiedziała sucho.
Rozpakowywałam dziecięce kurtki i czapki, gdy usłyszałam za plecami:
– Inga, naprawdę wzięłaś tylko te cienkie rękawiczki dla Marysi? Przecież tu jest zimniej niż w mieście.
– Ma też grubsze, są w drugiej torbie – odparłam, starając się, by mój głos brzmiał spokojnie.
– Ja bym jednak ubrała ją cieplej.
Poczułam, jak napina mi się kark. Zawsze to samo. Zawsze sugestia, że robię coś nie tak. Że jestem niewystarczająca. Zaproponowałam, żebyśmy się przeszli po okolicy.
– Może najpierw odpocznijmy – westchnęła Wiesława, siadając na kanapie. – Podróż mnie zmęczyła. Wy idźcie, ja zostanę.
Łukasz spojrzał na mnie pytająco.
– To chodźmy w trójkę – powiedziałam, choć w środku liczyłam na rodzinne zdjęcie w komplecie.
Wmawiałam sobie, że to drobiazgi
Wracaliśmy zmarznięci, ale szczęśliwi.
– Szkoda, że nie poszłaś – powiedział syn. – Było super!
– Ach, kochanie, babcia już nie ma tyle siły co wy – odparła z czułym uśmiechem, po czym spojrzała na mnie. – A kolacja? Co planujesz?
Zamarłam. Nawet nie zdążyłam zdjąć butów.
– Myślałam o makaronie z warzywami.
– Makaron? Na kolację? – uniosła brwi. – Po takim spacerze na dworze to tylko porządna, ciepła zupa.
Łukasz roześmiał się lekko.
– Mamo, jesteśmy na feriach.
– No właśnie – odpowiedziała znacząco.
Przy kuchence stałam sama. Słyszałam z salonu ich rozmowę i śmiech. Wmawiałam sobie, że to drobiazgi. Że nie warto reagować. Że przecież przyjechaliśmy tu po coś więcej niż sprzeczki o makaron. Wieczorem, gdy dzieci już spały, usiadłam obok Łukasza.
– Czuję się, jakbym była na egzaminie – powiedziałam cicho. – Każdy mój ruch jest komentowany.
– Inga, przesadzasz – westchnął. – Mama po prostu mówi, co myśli. Ona już tak ma.
– A ja? – spojrzałam na niego. – Ja też taka mam być? Milczeć?
Nie odpowiedział od razu. Wzruszył ramionami.
– To tylko kilka dni.
Te słowa zabrzmiały jak wyrok. Kilka dni bycia ocenianą. Kilka dni udawania, że nic mnie nie dotyka. Patrzyłam przez okno na czarne morze. Fale rozbijały się o brzeg z uporem, jakby nie zamierzały się cofnąć. Poczułam, że we mnie też coś zaczyna napierać.
Przyjechałam odpocząć
Drugiego dnia obudziłam się pierwsza. W apartamencie panowała cisza, tylko kaloryfer cicho stukał. Włożyłam sweter i poszłam do kuchni. Przy stole już siedziała teściowa.
– Dopiero wstałaś? – spojrzała na zegarek. – Ja w twoim wieku potrafiłam wstać przed świtem i wszystko zrobić, zanim dzieci otworzyły oczy.
– Jesteśmy na feriach. To jedyne dni, kiedy nie muszę się zrywać – odparłam, czując, jak się we mnie gotuje.
Postanowiłam usmażyć naleśniki. Przy śniadaniu teściowa cały czas podkreślała, że są za grube.
– Prawdziwy naleśnik powinien być cienki jak serwetka, a ten to wygląda jak omlet - powiedziała.
Udawałam, że to mnie nie rusza. Po śniadaniu wszyscy wyszli na dwór. Ja zostałam „na chwilę”, żeby ogarnąć naczynia. Chwila zamieniła się w godzinę. Potem w kolejną. Wstawiłam pranie. W międzyczasie wyskoczyłam do sklepu po pieczywo i warzywa. Gdy wróciłam, Wiesława siedziała na kanapie.
– Szkoda, że nie poszłaś. Świeże powietrze jednak dobrze wpływa na samopoczucie.
Spojrzałam na torby z zakupami w moich rękach.
– Ktoś musiał zrobić obiad.
– Ach, nie trzeba było się tak poświęcać. My byśmy coś przekąsili – odpowiedziała, jakby to była moja fanaberia.
W kuchni czułam się jak w domu, ale bez prawa do odpoczynku. Kroiłam warzywa, mieszając w garnku, a z salonu dobiegały śmiechy. Łukasz opowiadał coś dzieciom, a Wiesława poprawiała go w szczegółach, jakby znała każdą historię lepiej. Wieczorem zaproponowałam:
– Może jutro mama przygotowałaby dla odmiany posiłek? Ja bym mogła trochę pobyć z dziećmi.
Zapadła cisza.
– Mam już swoje lata. Przyjechałam odpocząć. – powiedziała Wiesława chłodnym tonem.
– My też – wyrwało mi się ciszej, niż planowałam.
Łukasz odchrząknął.
– Inga, daj spokój.
Znów to samo zdanie. Jakby moje zmęczenie było czymś nieistotnym, jak drobna niedogodność, którą należy przemilczeć. Tej nocy długo patrzyłam w sufit. Przyjechałam tu nieco odetchnąć, a czułam się jak pracownik na zmianie bez końca. Najgorsze było to, że Łukasz zdawał się nie dostrzegać, ile mnie to kosztuje. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. I kolejnego. Zamiast spacerów – lista zakupów. Zamiast kawy z widokiem – rozwieszanie mokrych rękawiczek nad kaloryferem.
– Inga, dzieci znowu mają brudne spodnie – usłyszałam któregoś popołudnia. – Trzeba było wziąć więcej par.
Zacisnęłam dłonie na koszu z praniem.
– Wzięłam wystarczająco. Po prostu codziennie bawią się na śniegu.
– Kiedyś matki były bardziej przewidujące – padło w odpowiedzi.
To zdanie zabolało mocniej, niż chciałam przyznać. Poczułam, że z każdą godziną kurczę się w sobie. Jakbym była przezroczysta – potrzebna do działania, ale niewidzialna jako człowiek. Góry za oknem były piękne. Patrzyłam na nie, mieszając zupę, i myślałam, że przyjechałam tu po wspomnienia. A zamiast tego zbierałam w sobie coś ciężkiego, co powoli zaczynało mnie przygniatać.
Nie róbmy z tego afery
W połowie wyjazdu obudziłam się z uczuciem, że jeśli tego dnia czegoś nie zmienię, wrócę do domu jeszcze bardziej zmęczona niż przed wyjazdem. Tego poranka nie pobiegłam od razu do kuchni. Usiadłam przy stole z kubkiem herbaty i czekałam, aż reszta wstanie. Pierwsza pojawiła się Wiesława.
– Nie ma śniadania? – zapytała, rozglądając się po blacie.
– W lodówce są rzeczy na kanapki, mamy płatki. Może mama sobie coś sama zrobić – odpowiedziałam spokojnie.
Spojrzała na mnie, jakbym zaproponowała coś zupełnie niestosownego.
– Inga, naprawdę uważasz, że będę stała przy kuchence w ferie?
– Ja stoję codziennie – wyrwało mi się.
Do kuchni wszedł Łukasz, zaspany, z potarganymi włosami.
– Co się dzieje?
– Twoja żona chyba ma do mnie pretensje, że odpoczywam – oznajmiła jego matka z chłodnym uśmiechem.
– Nie mam pretensji – wtrąciłam szybko. – Chcę tylko, żebyśmy wszyscy trochę się zaangażowali.
Łukasz westchnął.
– Inga, to naprawdę nie jest wielki problem. Zrobimy dziś śniadanie razem, dobrze? Nie róbmy z tego afery.
Znowu to samo. Słowo „afera” zawisło między nami jak oskarżenie. Jakbym przesadzała. Jakbym wymyślała problem.
Zawsze zostaję sama z jej słowami
Tego dnia wyszli beze mnie na długi spacer. Zostałam w apartamencie z praniem i obiadem do przygotowania. Kroiłam marchewkę, gdy dotarło do mnie, że sama się w to wpakowałam. Chciałam być idealna. Chciałam, żeby Wiesława choć raz powiedziała: „Dziękuję, dobrze to zorganizowałaś”. Czekałam na to zdanie jak dziecko na pochwałę. A ona tylko rzuciła:
– Jakaś niedogotowana ta marchewka.
Wieczorem spróbowałam porozmawiać z mężem.
– Potrzebuję, żebyś choć raz stanął po mojej stronie – powiedziałam, kiedy byliśmy sami w sypialni.
– Jestem obok ciebie – odparł, ale brzmiał niepewnie.
– Nie czuję tego. Kiedy ona mnie krytykuje, milczysz.
– Bo nie chcę konfliktu. To moja mama.
– A ja jestem twoją żoną.
Zapadła cisza. Ciężka, gęsta. Patrzył w podłogę, jakby szukał tam odpowiedzi. Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Wspominałam wcześniejsze święta, niedziele, drobne uwagi, które wtedy puszczałam mimo uszu. Teraz układały się w ciąg. Zrozumiałam, że problemem nie jest tylko Wiesława. Problemem jest to, że zawsze zostaję sama z jej słowami. Przyjechałam tu po spokój, a znalazłam coś innego – świadomość, że jeśli sama nie wyznaczę granic, nikt ich za mnie nie wyznaczy. Czułam, że coś we mnie dojrzewa. Jeszcze ciche, jeszcze bez słów. Ale już nie do zatrzymania.
To dopiero początek zmian
Podróż do domu była cicha. Dzieci zasnęły po godzinie, zmęczone pakowaniem i emocjami. Kiedy weszliśmy do mieszkania, poczułam ulgę. Zaczęłam rozpakowywać walizki. Łukasz stanął w drzwiach sypialni.
– Chcesz porozmawiać?
Spojrzałam na niego spokojnie.
– Chciałabym, abyś chociaż raz był dla mnie wsparciem.
– Następnym razem… – powtórzył niepewnie.
– Nie będzie następnego wspólnego wyjazdu w takim składzie – powiedziałam jasno. – Nie kosztem mojego spokoju.
Patrzył na mnie długo. Jakby dopiero teraz widział, że nie żartuję.
– To stawiasz mnie przed wyborem?
– Nie. Stawiam granicę.
Nie wiedziałam jeszcze, jak potoczy się nasze małżeństwo. Wiedziałam jedno – nie pozwolę, by ktoś podważał moją wartość, a mój mąż milczał. Ferie miały nas scalić. Zamiast tego pokazały, jak wiele trzeba naprawić. Ale pierwszy raz od dawna czułam, że zrobiłam coś dla siebie. I że to dopiero początek zmian.
Inga, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój konflikt z teściową narastał latami. Chciała mnie ustawić do pionu, ale zapomniała, kto rozdaje karty w tym domu”
- „Pożyczyliśmy od teściów pieniądze na remont i teraz żałuję. Myślą, że skoro dali kasę, mogą wtrącać się we wszystko”
- „Każdy obiad z teściową przy stole odbija mi się czkawką. Mam już po dziurki w nosie jej uwag odnośnie mojego małżeństwa”

