Reklama

Zawsze uważałem, że rodzina to rzecz święta. Że nic nie daje tyle siły, co poczucie, że ma się dla kogo żyć. Żona mi to powtarzała przez całe życie: że najważniejsze to trzymać się razem, dbać o siebie, słuchać. I choć już od kilku lat jestem sam, to jej słowa często kołaczą mi w głowie. Zwłaszcza gdy siedzę przy stole i liczę, czy jeszcze się opłaca gotować obiad dla jednej osoby, czy lepiej zrobić kanapkę.

Wnuki… no właśnie. Kiedyś przyjeżdżały do nas na wakacje, na święta, krzyczały po całym domu, rozrzucały zabawki, a ja udawałem, że mnie to denerwuje, choć w rzeczywistości nie było dla mnie nic piękniejszego. Potem wyrosły, zrobiły się ciche, zamknięte. Gdy wpadają teraz na chwilę z synową i synem, to tylko po to, żeby chwilę posiedzieć przy herbacie i zniknąć. A że niby mają dużo nauki, dużo spraw, coś ważnego w telefonie. No to pomyślałem sobie – ferie. Ja, oni, góry. Bez matek, bez ojców, bez pośpiechu. I będzie jak dawniej. Przecież ja się jeszcze potrafię bawić. Potrafię ich rozśmieszyć. Znajdziemy wspólny język. Nareszcie porozmawiamy. Chociaż przez tydzień. Tak przynajmniej myślałem, kiedy rezerwowałem pensjonat w górach.

Nie tego się spodziewałem

Śnieg skrzypiał pod butami, a ja co chwilę się odwracałem, sprawdzając, czy moje dwa wielkie szczęścia – Kacper i Oliwia – nadążają. Szli jak za karę. Każde z nosem w telefonie, wpatrzeni w ekran, potykali się o własne nogi.

– Nie moglibyście na chwilę odłożyć telefony? – rzuciłem, nie kryjąc zniecierpliwienia.

– Zaraz, tylko sprawdzę jedną rzecz – mruknął Kacper, nie podnosząc wzroku.

– Moment – dodała Oliwia i zrobiła sobie selfie z tłem ośnieżonej choinki.

Zatrzymałem się i odetchnąłem głęboko. Gdzieś tam za mną sypał puch, drzewa wyglądały jak z bajki, a ja poczułem się jak bohater zupełnie innego filmu.

– Przyjechaliśmy w góry, żebyście siedzieli z nosami w telefonach? – zapytałem, unosząc głos.

Ale o co ci chodzi? – wzruszył ramionami Kacper.

– Ciało jest, ale dusza przepadła w czeluściach internetu – burknąłem. – Widzicie te saneczki przy wejściu? Kupiłem je specjalnie dla was. Myślałem, że pojeździmy, pośmiejemy się…

Oliwia spojrzała na mnie i uśmiechnęła się słabo:

– Dziadku, to takie… dziecinne.

– Dziecinne? To znaczy, że jak się ma 16 lat, to już nie można się pośmiać z dziadkiem?

Milczeli. Kacper tylko wsadził ręce do kieszeni i wzruszył ramionami. A ja poczułem, że będzie trudniej, niż sądziłem.

Miałem nadzieję

Po południu postanowiłem ich zaskoczyć. W jadalni pensjonatu zapytałem właściciela o jakieś atrakcje. Polecił kulig – konie, pochodnie, gorąca herbata w termosach. Brzmiało jak coś, co mogłoby wreszcie wyciągnąć ich z tego wirtualnego świata.

– Dzieciaki, mam dla was niespodziankę – oznajmiłem przy kolacji.

– Tylko nie mów, że zapisałeś nas na warsztaty robienia aniołków z masy solnej – jęknął Kacper.

– Jeszcze lepiej – kulig. Jutro po południu. Prawdziwe konie, śnieg, pochodnie. Klimat jak z filmu.

Kulig? Serio? – Oliwia spojrzała na mnie tak, jakbym zaproponował lepienie pierogów o czwartej rano.

– Serio. I to nie żart.

– Dziadku, a nie można po prostu... odpocząć w pokoju? – zapytał Kacper, nawet nie próbując udawać entuzjazmu.

Odpoczywać będziecie na starość. Teraz się żyje. I jedzie na kulig – postawiłem sprawę jasno.

Oliwia westchnęła przeciągle.

– A chociaż będzie można zrobić zdjęcia?

Jak telefon ci nie zamarznie.

Zamilkli. Wróciłem do herbaty, próbując ukryć satysfakcję. Może nie skakali z radości, ale przynajmniej nie odmówili. Łudziłem się, że to może być przełom.

Miałem mieszane uczucia

Na kulig ruszyliśmy po południu. Konie parskały, sanki trzeszczały, a śnieg sypał jak z bajki. Ja w czapce z pomponem, dzieciaki w puchówkach z markowymi logo. Kacper nawet nie zdjął słuchawek z uszu.

– Chociaż udawaj, że cię to cieszy – szturchnąłem go łokciem.

– Słucham muzyki – burknął.

– A ja myślałem, że to natura gra tu główną rolę.

– Daj spokój, dziadku.

Oliwia wyjęła telefon i zaczęła nagrywać filmik.

– Jesteśmy na kuligu. Totalny survival – parsknęła śmiechem i machnęła do kamery.

Nie wiedziałem, czy się cieszyć, że w ogóle coś ją ruszyło, czy płakać, że nawet koni nie potrafią obejrzeć bez filtra. Próbowaliśmy rozmawiać. Opowiadałem im, jak jako dzieciak jeździłem na workach po gnoju, bo sanek nie było. Że wtedy to była zabawa – stłuczone kolana, przemoczone buty i najprawdziwszy śmiech.

– Dziadku, może nie było sanek, ale pewnie też nie było obowiązków – wtrącił się Kacper. – Teraz to tylko szkoła, korki, zajęcia. I tysiąc oczekiwań.

– I dlatego siedzisz całe dnie w telefonie?

– Bo przynajmniej tam nikt mnie nie rozlicza z ocen.

Oliwia przytaknęła cicho. Spojrzałem na nich i po raz pierwszy poczułem, że za tym ekranem może faktycznie coś się kryje. Coś, czego ja może nie rozumiem.

Znalazłem na nich sposób

Wieczorem usiedliśmy razem w saloniku. Ja z książką, oni – oczywiście – z telefonami. Przez chwilę było cicho. Tylko ogień trzaskał w kominku. I wtedy coś mnie tknęło.

– A może zagramy w coś? – zapytałem, odkładając książkę. – Mam tu szachy, karty, nawet chińczyka...

– Chińczyk? – Kacper uniósł brwi. – Nie jesteśmy w podstawówce.

– No to może szachy? W końcu muszę was ograć, zanim mi się pamięć całkiem rozleci.

– Ja zagram – odezwała się Oliwia zaskakująco szybko. – Ale tylko jedną rundę. I ostrzegam, umiem w to grać.

Rozłożyłem szachownicę i ustawiłem pionki. Kacper podszedł bliżej.

Serio chcesz grać? – zapytał siostrę.

– A co, boisz się, że przegrasz?

– No to gramy wszyscy. Niech będzie turniej!

Usiedliśmy razem jak za starych czasów. Graliśmy rundę za rundą. Śmialiśmy się z własnych błędów, kłóciliśmy o zasady, a ja po cichu dziękowałem losowi, że jeszcze nie zapomnieli, jak to jest być po prostu razem.

– Patrz, dziadek kombinuje! – zaśmiał się Kacper, patrząc na moją zbójecką roszadę.

– A widzisz, młody, dziadek może i stary, ale jeszcze potrafi zaskoczyć.

Przez chwilę nie było ekranów. Byliśmy tylko my. I szachy.

Zaskoczyła mnie

Następnego dnia zrobiliśmy coś naprawdę szalonego – poszliśmy na spacer bez telefonów. Zaproponowałem zakład: kto pierwszy sięgnie po komórkę, ten zmywa naczynia przez resztę pobytu.

– Dziadku, ty chyba chcesz nas pogrzebać żywcem – jęknął Kacper, oddając mi swój telefon z miną skazańca.

– A ty chcesz mnie pogrzebać pod stertą talerzy? – odparłem i schowałem komórki do plecaka. – No to ruszamy.

Szliśmy w ciszy, jakby każdy bał się odezwać, żeby nie złamać jakiegoś niewidzialnego kodu. Dopiero po dziesięciu minutach odezwała się Oliwia.

– Te drzewa tu wyglądają jak z horroru. Brakuje tylko jakiegoś ducha z siekierą.

– Albo wilka – dorzucił Kacper. – Takiego, co ma telefon i szuka Wi-Fi.

Roześmialiśmy się. W końcu. Szliśmy dalej, mijając polany, sarny, parę saneczkarzy. I wtedy Oliwia zamilkła, po chwili zapytała:

– Dziadku, a ty nie czujesz się samotny?

Zaskoczyła mnie. Na chwilę zamarłem.

– Czasem tak. Zwłaszcza jak dzwonię, a nikt nie odbiera. – Spojrzałem na nich wymownie. – Ale teraz? Teraz czuję się jak za dawnych lat.

Kacper podrapał się po głowie.

– Może... moglibyśmy częściej do ciebie wpadać. Tak bez okazji. I bez telefonów.

– Jak się nauczycie parzyć herbatę bez przypalania czajnika, to jesteście zaproszeni co tydzień.

– Dziadek... przecież czajnik jest elektryczny – parsknęła Oliwia.

– Właśnie dlatego nie macie wymówki.

Szliśmy dalej, razem.

Wykonałem dobrą robotę

W dniu wyjazdu nie musiałem ich budzić. Sami zeszli na śniadanie – w dresach, z rozwichrzonymi włosami, ale bez telefonów w dłoniach. Usiedli przy stole, jakby to było zupełnie normalne. I może właśnie o to mi chodziło. O te „normalne” chwile.

– Spakowani? – zapytałem, dolewając im herbaty.

– Prawie – powiedział Kacper. – W sumie... szkoda, że to już koniec.

– No patrz, jeszcze dwa dni temu marzyłeś, żeby wracać do Wi-Fi – przypomniałem mu z przekąsem.

– No i co? Ludzie się zmieniają – wzruszył ramionami i sięgnął po bułkę.

Oliwia spojrzała na mnie i powiedziała:

– Dziękujemy, dziadku. Serio. Na początku myślałam, że to będzie najnudniejszy tydzień świata. A teraz… trochę mi żal.

– To się nazywa starość. Zaczynacie doceniać spacery i ciszę – mruknąłem, ale w duchu aż się zagotowałem ze wzruszenia.

Kiedy pakowaliśmy samochód, Kacper wyjął telefon z plecaka, spojrzał na niego i… schował z powrotem.

Coś nie tak? – zapytałem.

– Nie, po prostu... może jeszcze nie teraz.

Oliwia za to wsunęła mi do kieszeni mały kartonik, na którym napisała „To był najlepszy tydzień w życiu. Dzięki, dziadku”.

W samochodzie długo jechaliśmy w milczeniu, ale ja się uśmiechałem. Bo może nie udało mi się ich oderwać od wirtualnego świata na stałe, ale może zasiałem coś, co kiedyś zakwitnie. I to mi wystarczy.

Witold, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama