„Pojechałem z ojcem na męski wypad w góry. Zamiast naprawić nasze relacje, wolał uganiać się za spódniczkami”
„Może dlatego teraz, gdy zaproponował wspólny tydzień w pensjonacie w Tatrach, powiedziałem „tak”. Może naiwnie uznałem, że to znak. Że jeszcze możemy coś naprawić. Zbudować coś z tych rozsypanych cegiełek. Nie jestem już dzieckiem. Nie potrzebuję ojca, który mówi mi, co robić. Ale czasem chciałbym, żeby po prostu... był. Żebyśmy byli razem. Czasem wystarczy tylko tyle”.

- Redakcja
Mam na imię Adam. Mam trzydzieści lat i właściwie nie powinienem już mieć złudzeń. Zwłaszcza jeśli chodzi o mojego ojca. A jednak, kiedy zadzwonił któregoś ponurego grudniowego wieczoru i zaproponował wyjazd w góry, poczułem w środku coś, co przypominało... nadzieję.
– Tydzień tylko, tak dla odmiany. Śnieg, czyste powietrze, trochę szaleństwa na stoku – rzucił w swoim stylu, lekko, jakbyśmy byli kumplami, którzy właśnie planują wypad na ferie.
Zaskoczyło mnie to. Paweł – bo tak ma na imię mój ojciec – zwykle był zbyt zajęty, zbyt rozkojarzony, zbyt... wszędzie indziej, żeby interesować się mną. Nasze rozmowy ograniczały się do corocznych życzeń urodzinowych i sporadycznych wiadomości. „Co tam?”, „Jak praca?”, „Zajęty jestem, oddzwonię później” – ten repertuar znam na pamięć. A mimo to, zgodziłem się. Wziąłem tydzień urlopu i zarezerwowałem bilety.
Pamiętam nasze pierwsze wyjazdy, kiedy jeszcze byłem dzieciakiem. Zjeżdżaliśmy razem na sankach, rzucaliśmy się śnieżkami i robiliśmy ognisko. Nie było ich wiele, ale wystarczyło, żebym zapamiętał. Czasem myślę, że to właśnie te nieliczne chwile uratowały we mnie jakiś obraz ojca, który nie był obcy.
Może dlatego teraz, gdy zaproponował wspólny tydzień w pensjonacie w Tatrach, powiedziałem „tak”. Może naiwnie uznałem, że to znak. Że jeszcze możemy coś naprawić. Zbudować coś z tych rozsypanych cegiełek. Nie jestem już dzieckiem. Nie potrzebuję ojca, który mówi mi, co robić. Ale czasem chciałbym, żeby po prostu... był. Żebyśmy byli razem. Czasem wystarczy tylko tyle.
Przecież to miały być nasze ferie
Nie rozmawialiśmy zbyt wiele w drodze. On prowadził, ja patrzyłem przez szybę. Dojechaliśmy późnym popołudniem. Pensjonat był stary, z drewnianymi schodami, które trzeszczały pod nogami, i korytarzami, w których zapach wosku do podłóg mieszał się z dymem z kominka. W recepcji stała kobieta w czerwonym swetrze i zbyt dużych okularach. Ojciec jak zwykle rozmawiał za mnie.
– Mieliśmy rezerwację dla dwóch osób.
Nie dodał, że przyjechał z synem. Dla niej mogłem być kolegą z pracy, przypadkowym towarzyszem podróży albo po prostu kimkolwiek. Zamiast się odezwać, po prostu stałem i patrzyłem, jak przegląda kartki rejestru.
W pokoju było chłodno. Otworzyłem okno i poczułem zapach mrozu. Góry pachną inaczej – ostro, jakby wszystko było wyostrzone, bardziej prawdziwe. Zdjąłem kurtkę i usiadłem na łóżku. Ojciec rozpakowywał się głośno, rzucając rzeczy na swoje łóżko.
Pierwsze dwa dni były prawie spokojne. Rano chodziliśmy na śniadania – klasyczny szwedzki stół, jajecznica, wędlina, chleb. Siedzieliśmy przy oknie. Paweł opowiadał o pracy, o jakimś kliencie, który go wyprowadził z równowagi, o tym, że myśli o zakupie motocykla na wiosnę. Przytakiwałem. Czasem rzucałem krótkie komentarze. Dla niego wystarczało, że go słucham. Nie pytał mnie o nic.
Po południu spacerowaliśmy. Szliśmy wzdłuż doliny, milcząc albo słuchając, jak ojciec zagaduje mijanych ludzi. Kiedyś był taki sam. Gadał z każdym. Ja wtedy milczałem, trzymałem się blisko niego i udawałem, że mnie to nie peszy. Teraz też nie mówiłem nic. Drugiego poranka siedzieliśmy już przy śniadaniu, gdy podeszła do nas kobieta. Miała kasztanowe włosy upięte niedbale w koczek. Stanęła przy naszym stole i zapytała, czy może się dosiąść, bo nie było wolnych miejsc.
– Oczywiście – odpowiedział ojciec z tym swoim tonem, który zdradzał, że nie tylko pozwala, ale wręcz zaprasza.
Usiadła. Przedstawiła się. Iza. Powiedziała, że przyjechała sama, że to taki jej sposób na odpoczynek. Ojciec z miejsca zaczął żartować. O jedzeniu, o pogodzie, o górach. Śmiała się. Zbyt głośno, jak na mój gust. Ale to nie miało znaczenia – bo w tamtym momencie już wiedziałem, że przepadł. Zostałem przy talerzu, odcięty. Ich rozmowa szybko przejęła rytm śniadania. On dopytywał o wszystko: skąd jest, czym się zajmuje, co sądzi o lokalnych przysmakach. Ja piłem herbatę. Kiedy Iza rzuciła jakieś wspomnienie o Włoszech, Paweł podchwycił to natychmiast i powiedział, że też kiedyś był.
Po południu ojciec zniknął. Powiedział tylko, że wychodzi na krótki spacer, może skoczy na herbatę do miasteczka. Miałem nie czekać. Wrócił późno. Nie zapytałem, gdzie był. On nie powiedział. Powiedział tylko: „Długo siedzieliśmy, ta Iza ma niesamowite historie”. Zostałem sam. W pokoju panowała cisza. Siedziałem przy oknie i patrzyłem na ośnieżone drzewa. Mój ojciec był gdzieś z kobietą, którą znał od trzech godzin. Nie miałem prawa być zły. To przecież jego życie. Ale przecież to miały być nasze ferie. Tydzień, w którym mieliśmy ze sobą porozmawiać. Chociaż raz.
Czułem się jak tło
Następnego dnia obudziłem się sam. Ojciec już wyszedł. Zostawił po sobie zapach wody kolońskiej i otwarte okno, przez które do pokoju wlewało się zimne powietrze. Chwilę leżałem nieruchomo, zanim wstałem. Spodziewałem się, że ten wyjazd nie będzie idealny, że nie wszystko pójdzie po mojej myśli. Ale nie sądziłem, że zniknie tak szybko. Zszedłem na śniadanie. W jadalni było tłoczno. Zająłem stolik w kącie i dopiero po chwili zobaczyłem ich – ojca i Izę – siedzieli przy innym stole. Blisko siebie. Rozmawiali. On się śmiał. Pokazywał coś jej na telefonie. Nawet nie zauważył, że wszedłem.
Zjadłem w pośpiechu, bez smaku. Nie podszedłem do nich. Nie miałem siły. Po śniadaniu wróciłem do pokoju i przez godzinę udawałem, że czytam. Potem ubrałem kurtkę i wyszedłem. Chodziłem bez celu, nogi prowadziły mnie same. Śnieg był ciężki, mokry. Mijałem ludzi z sankami, dzieci, pary z termosami w dłoniach. Czułem się jak tło. Jak widz, który przez przypadek wszedł na scenę nie swojej sztuki.
Popołudniu wróciłem do pensjonatu i poszedłem do kuchni. Pani z obsługi zaparzyła mi herbatę. Powiedziała coś o pogodzie, o tym, że jutro ma sypać. Uśmiechnąłem się, ale nie odpowiedziałem. Usiadłem przy stole i patrzyłem na parę unoszącą się z kubka. Ojciec nie wracał. Zacząłem robić rzeczy, których nikt nie robi na urlopie – przeglądałem stare zdjęcia w telefonie, te, których dawno nie oglądałem. Ja i on. Nad morzem. Na rowerze. Przy ognisku. Uśmiechnięci. A może raczej: ja uśmiechnięty, on obecny. Czasem wystarczyło, że był. Kiedy w końcu pojawił się w pokoju, nie pytałem, gdzie był. Rzucił tylko, że „byli na spacerze”. Odpowiedziałem krótko, że rozumiem. Wtedy spojrzał na mnie dziwnie, jakby czegoś się domyślił.
– Coś nie tak? – zapytał. Udawał, że to pytanie z troski, ale w jego głosie nie było ciepła. Raczej niecierpliwość.
– Nie. Wszystko w porządku – odpowiedziałem.
Na tym się skończyło. Wykąpał się i poszedł spać. Ja siedziałem przy oknie, z tym samym widokiem – świerki, śnieg, zamglone niebo. Cisza, której kiedyś pragnąłem, teraz przygniatała mnie jak ciężki koc. Kiedy wychodziliśmy rano z domu, powiedział: „To będzie dobry tydzień, zobaczysz”. A teraz nawet nie zapytał, co robiłem cały dzień. Wiedziałem, że nie miałem prawa oczekiwać czegokolwiek. Byłem dorosły. Miałem własne życie. Ale kiedy człowiek trzyma w sobie niedopowiedziane pragnienie od kilkunastu lat, trudno się go pozbyć tylko dlatego, że znów okazało się niepotrzebne.
Czy to naprawdę znowu się działo? Nawet kiedy zaprasza mnie sam, i tak wybiera kogoś innego. Powtarzał ten schemat z precyzją zegarka. Najpierw entuzjazm, potem nieobecność, potem cisza. A ja? Ja jak idiota wciąż czekałem, że tym razem będzie inaczej. Coraz częściej wychodziłem sam, coraz rzadziej się odzywałem. Przestałem mówić „dobranoc”, przestałem zadawać pytania. Nie dlatego, że się obraziłem. Po prostu nie widziałem sensu. Co miałem jeszcze usłyszeć? Że „fajnie się gada z Izą”? Że „mamy jeszcze czas, może wyskoczymy gdześ razem”? Wiedziałem, że nie wyskoczymy. Czułem, że tracę coś ostatniego, co mogliśmy jeszcze mieć.
Wiedziałem, że tak będzie
Nie wytrzymałem czwartego dnia. Cały ranek siedziałem w pokoju i czekałem. Nie dlatego, że mieliśmy jakieś plany – bo już ich nie mieliśmy – ale dlatego, że chciałem, żeby w końcu coś powiedział. Żeby spojrzał i zobaczył, że jestem tu z nim, a nie obok. Zszedł na śniadanie beze mnie. Wrócił w południe. Powiedział coś o fajnym szlaku, na który zabrali się z Izą. Niby zapytał, czy nie miałem ochoty, ale nawet nie dał mi czasu, żeby odpowiedzieć.
– To miały być ferie we dwóch – powiedziałem. Głos miałem spokojny, ale suchy jak drzazga.
Stanął w pół kroku. Przez sekundę udawał zaskoczenie, jakby nie wiedział, o czym mówię. Potem spuścił wzrok i usiadł na krześle przy oknie.
– Tak wyszło – rzucił, jakby to zamykało sprawę.
– Wiedziałem, że tak będzie – odpowiedziałem cicho.
Nie spojrzał na mnie. Wpatrywał się gdzieś za szybę, jakby nagle krajobraz zamarzniętych świerków był ważniejszy niż to, co próbowałem mu powiedzieć. Nie potrzebowałem wielkiej rozmowy. Nie oczekiwałem przeprosin. Chciałem tylko, żeby przyznał, że coś obiecał. Że zaprosił mnie tutaj, dał złudzenie, a potem uciekł. I że robi to od lat. Najpierw znikał z domu, potem z życia. Teraz znikał z wyjazdu, który miał być próbą naprawy. Milczeliśmy długo. W pokoju było duszno, mimo że okno było uchylone. On w końcu sięgnął po kurtkę.
– Wychodzisz? – zapytałem, chociaż znałem odpowiedź.
– Tylko na chwilę. Iza chce się zobaczyć – powiedział z obojętnością w głosie. Jakby nic się nie wydarzyło. Jakby nasza rozmowa była tylko drobną przeszkodą w planie dnia.
Kiedy zamknął za sobą drzwi, usiadłem na jego łóżku. Było rozgrzane, pachniało jego perfumami. Przez chwilę wpatrywałem się w miejsce, gdzie przed chwilą siedział. Nie miałem w sobie złości. Nie miałem siły jej czuć. W środku czułem coś dużo gorszego – coś, co przypominało rezygnację. Wiedziałem już, że to nasz ostatni wspólny wyjazd. Nie powiem tego na głos, bo wtedy musiałbym przyznać, jak bardzo mi zależało. A nie chciałem tego przyznać – nie jemu, nie sobie. Wolałem zostać z milczeniem. Nie miałem prawa się spodziewać niczego innego. Ale to nie znaczy, że nie bolało.
Po prostu chciałem być sam
Obudziłem się wcześnie, choć w nocy prawie nie spałem. Na zegarku była dopiero szósta, ale nie chciałem już leżeć. Wstałem, ubrałem się cicho, żeby go nie obudzić, i wyszedłem z pokoju. Na zewnątrz było jeszcze ciemno, śnieg skrzypiał pod butami. Poszedłem w stronę lasu, na ścieżkę, którą pierwszego dnia przeszliśmy razem. Wtedy mówił, że dobrze, że tu jesteśmy, że powinniśmy robić to częściej. Wtedy myślałem, że może naprawdę chce. Szlak był pusty. Drzewa przyprószone świeżym śniegiem, powietrze zimne, ale czyste. Szedłem powoli, nie śpiesząc się. Nie miałem dokąd iść. Po prostu chciałem być sam.
Nie czułem już złości. Nie było we mnie pretensji, ani rozczarowania. Tylko coś cichego, co przypominało pustkę. Taką, która nie boli gwałtownie, tylko sączy się powoli, dzień po dniu, aż człowiek przestaje zauważać, że coś w nim ubywa. Wspominałem nasze stare wyjazdy. Te kilka nielicznych momentów, które kiedyś wydawały się czymś ważnym. Jak wtedy, gdy zjechaliśmy razem z górki na jednym sankach i ojciec śmiał się, jakby znów był dzieckiem. Albo jak zgubiliśmy się na szlaku i przez godzinę krążyliśmy, zanim trafiliśmy z powrotem – i jak wtedy podał mi rękę, żebym nie poślizgnął się na oblodzonym kamieniu.
Pamiętałem to wszystko jak zdjęcia. Już bez kolorów. Jakby należały do kogoś innego. Teraz szedłem sam i wiedziałem, że nie będzie już takich momentów. Nie dlatego, że nie mogłyby się wydarzyć. Po prostu nikt już nie będzie próbował ich stworzyć. Na szczycie stanąłem i patrzyłem na dolinę. Miasteczko spało jeszcze, dachy bieliły się w porannym półmroku. Wyciągnąłem telefon. Zrobiłem zdjęcie, ale od razu je skasowałem. Nie chciałem żadnych pamiątek. Kiedy wróciłem do pensjonatu, jego nie było. Łóżko zaścielone, kurtka zabrana. Może był z Izą, może zszedł na śniadanie, może już nawet wyjechał – nie miało to znaczenia.
Zebrałem swoje rzeczy. Wsunąłem do kieszeni bilet powrotny, zamknąłem walizkę. Na stole w pokoju zostawiłem kartkę. „Dzięki za wyjazd. Wracam wcześniej.” Zamknąłem za sobą drzwi bez hałasu. W recepcji nikt mnie nie zatrzymywał. Nie odwracałem się, kiedy schodziłem po schodach.
Myślałem, że to wystarczy
Wróciłem do domu w środku tygodnia. W tramwaju nikt nie zwracał na mnie uwagi – zwyczajny dzień, zwyczajna twarz. W mieszkaniu było zimno. Nie włączałem ogrzewania przed wyjazdem, nie było potrzeby. Rzuciłem torbę w przedpokoju i przez dłuższą chwilę siedziałem w płaszczu przy stole, jakbym jeszcze nie zdecydował, czy naprawdę wróciłem. Przez kilka dni nie kontaktowałem się z ojcem. Nie napisał, nie zadzwonił. Też się nie odezwałem. Właściwie to było najprostsze – pozwolić, żeby wszystko się rozmyło. Zamiast emocji, tylko obojętność. Zamiast rozmowy, cisza.
Może to ja byłem naiwny. Może zawsze nim byłem. Chciałem relacji, która nie wymaga tłumaczenia, nie domaga się akceptacji warunków. Myślałem, że to wystarczy: być razem, rozmawiać, posłuchać się nawzajem. Ale może bliskość zawsze musi mieć jakiś warunek. Może on tego potrzebował – by ktoś go podziwiał, śmiał się z jego żartów, stawiał go w centrum. Ja chciałem go tylko widzieć. Nie podziwiać, nie oceniać. Być obok. I to najwyraźniej było za mało.
Przez tydzień omijałem szufladę w komodzie. Tam, gdzie trzymałem stare zdjęcia. W końcu któregoś dnia usiadłem i otworzyłem ją bez namysłu. Zacząłem wyciągać fotografie. Dzieciństwo, szkoła, wakacje. Wszystko to wyglądało teraz jak cudza przeszłość. Zatrzymałem jedno zdjęcie. Ja i on na sankach. Śnieg, zima, śmiech. Miałem może siedem lat. On wyglądał, jakby naprawdę się cieszył. Nie wiem, dlaczego je zostawiłem. Może jeszcze nie potrafiłem się całkiem odciąć.
Adam, 21 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pieniądze zawsze były dla nas ważniejsze niż bliskość. Nasz syn dorastał bez ciepła, bo my chcieliśmy żyć w luksusie”
- „Znalazłam tani domek w Beskidach na ferie. Choć dzieci liczyły na Alpy, ja po rozwodzie muszę liczyć każdy grosz”
- „Nie chciałam jechać na ferie w góry, ale dałam się namówić. Ktoś sprawił, że poczułam wiosnę w środku zimy”

