Reklama

Mam na imię Halina i jestem emerytką. Moje życie zawsze było przewidywalne – praca w bibliotece, dom, dzieci, te same nawyki przez dekady. Wszystko się zmieniło, gdy mój mąż odszedł z inną. Z początku myślałam, że mój świat się zawalił i potrzebowałam sporo czasu, by poukładać sobie wszystko na nowo. Dziś dzieci są już dorosłe, jedno w Irlandii, drugie pod Krakowem. Dzwonią. Piszą. Czasem. Ale wiadomo, że mają swoje sprawy. A ja powoli przyzwyczajam się do życia w samotności. I pierwszy raz od... nie wiem kiedy – zrobiłam coś dla siebie. Postanowiłam pojechać do sanatorium, które poleciła mi znajoma. Pierwszy dzień był... poprawny. Pokój czysty, współlokatorka w porządku, choć cicha. W bufecie zupa, która nie wyglądała najlepiej, ale dało się zjeść. Rano miałam mieć gimnastykę na basenie. Kiedy pojawiłam się na miejscu, nie wiedziałam za bardzo, co ze sobą zrobić.

– Pani tu pierwszy raz?

Odwróciłam się. Mężczyzna, może trochę starszy ode mnie, uśmiechnął się ciepło.

– Tak i trochę nie mogę się odnaleźć – odpowiedziałam.

Potem będzie tylko lepiej, proszę mi wierzyć.

Uśmiechnął się. Tak zwyczajnie.

Wystarczała nam sama obecność

Weszłam do tej wody, choć nogi miałam miękkie jak makaron. Instruktorka rzuciła tylko: „Nowa? Proszę stanąć tam z tyłu”. Czułam się jak uczennica. Wkrótce dołączył do nas mężczyzna, którego poznałam chwilę wcześniej. Popatrzył w moją stronę, kiwnął głową, jakby chciał powiedzieć: „Nie bój się, jakoś to pójdzie”. Ćwiczenia nie były trudne. Zanurzało się ręce, unosiło nogi, robiło przysiady w wodzie, która z początku wydawała się chłodna, a potem nagle robiła się przyjemna. Obserwowałam innych kątem oka. Wszyscy wyglądali tak samo niezręcznie. Mężczyzna z boku rzucał co chwilę śmieszne komentarze.

– Instruktorce pewnie się wydaje, że trenuje mistrzów świata – mówił pod nosem.

A ja śmiałam się. Naprawdę się śmiałam. Po zajęciach chciałam gdzieś usiąść. Pod oknem w korytarzu była ławka. Usiadłam, owijając się szlafrokiem, i przez chwilę patrzyłam na swoje stopy w klapkach. Po chwili dosiadł się on.

– Józef – powiedział, wyciągając rękę.

– Halina – odpowiedziałam.

Uścisk miał pewny, ciepły. Nie spojrzał na mnie jak na starą babę po zajęciach rehabilitacyjnych. Siedzieliśmy obok siebie bez konieczności mówienia czegokolwiek. Wystarczała nam sama obecność.

Zawsze coś odkładałam na później

Na stołówkę zeszłam z oporem. Jedzenie w takich miejscach kojarzyło mi się z hałasem, zapachem gotowanej marchwi i stolikami z ceratą. Ale głód był silniejszy. Stanęłam w kolejce. Usiadłam przy wolnym stoliku przy oknie. I wtedy przyszedł Józef. Bez pytania, bez niezręcznego „czy wolne”, po prostu usiadł naprzeciwko mnie.

– Dzień dobry – powiedział, z tą swoją łagodną pewnością.

Skinęłam głową. Z początku jedliśmy w milczeniu. Patrzył przez okno, a ja od czasu do czasu zerkałam na jego twarz.

– Wczoraj byłem na wykładzie, jak dbać o plecy – odezwał się. – Zasnęła pani? Bo ja prawie.

Parsknęłam śmiechem. Od tego momentu jedliśmy razem codziennie. Rano gimnastyka, potem obiad, czasem wieczorne spacery, jeśli pogoda dopisywała. Wszystko po prostu się działo. Powoli, naturalnie. Zaczęliśmy się lepiej poznawać. Józef mówił niewiele, ale mówił tak, że chciało się go słuchać. O swojej pracy, o żonie, która zmarła kilka lat wcześniej.

– Byłem samotny, zanim odeszła – rzucił któregoś dnia. – Człowiek siedzi przy jednym stole i milczy, jakby już nikogo nie było.

Wiedziałam, o czym mówi. Mój mąż też od lat był nieobecny. Ciałem przy mnie, ale duszą gdzieś poza domem.

– Zawsze coś odkładałam na później – powiedziałam cicho. – Może już nie muszę.

Józef spojrzał na mnie spokojnie.

– Pierwszy raz od dawna... nie chcę wyjeżdżać – odpowiedział.

Zrobiło się cicho. Talerze na sąsiednich stołach brzęczały, sztućce uderzały o porcelanę. Ale ja słyszałam tylko jego słowa.

Nie miałam pojęcia, co dalej

Któregoś ranka, jeszcze przed zajęciami, spojrzałam na plan turnusu wywieszony przy recepcji. Tydzień. Został nam tydzień. Poczułam dziwny ścisk w żołądku, jakby coś zaczynało się wymykać spod kontroli. Nie miałam pojęcia, co dalej. Co się robi, gdy coś się zaczęło, ale nie wiadomo, czy to będzie miało ciąg dalszy? Józef zauważył, że coś jest nie tak, jeszcze zanim cokolwiek powiedziałam. Zawsze był uważny. Usiadł obok mnie w holu i podsunął kawę z automatu.

– Coś cię gryzie – rzucił.

– Turnus się kończy – odpowiedziałam. – I co? Wracam do siebie, ty do siebie? I udajemy, że nic się nie wydarzyło?

Nie patrzyłam mu w oczy. Przez chwilę nic nie powiedział. A potem położył mi rękę na ramieniu.

– Nie musimy tego kończyć – powiedział.

Spojrzałam na niego. Na jego twarzy malował się spokój.

– Czuję się tak, jakbym czekała na to całe życie – wyszeptałam cicho.

Uśmiechnął się lekko.

– To może warto o to zawalczyć – powiedział.

Nikt nam tego nie zabierze

Nie wróciłam do domu w dniu, w którym miałam wrócić. Zadzwoniłam do córki i powiedziałam, że zostaję jeszcze kilka dni. Nie wnikała. Zawsze była zajęta. Może to dobrze. Może gdyby zaczęła pytać, nie miałabym odwagi. Z Józefem wynajęliśmy pokój w pobliskim pensjonacie. Dni mijały inaczej. Wolniej. Rano chodziliśmy nad jezioro, potem wpadaliśmy do sanatoryjnej kawiarni, choć już nie mieliśmy obowiązkowych zajęć. Wieczorami siedzieliśmy na ławce przy schodach i rozmawialiśmy, a czasem milczeliśmy. W milczeniu Józefa było więcej czułości niż w setkach słów, które słyszałam przez całe życie.

Rozmawialiśmy godzinami. Opowiedziałam mu o swoim dzieciństwie. O tym, jak mama smażyła racuchy, kiedy padał deszcz, i o ojcu, który nigdy się nie śmiał. Mówiłam o książkach, które przeczytałam, i tych, które chciałam napisać, ale nigdy nie miałam odwagi. Józef słuchał. Bez oceniania. Jakby każda moja opowieść była ważna. Pewnej nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, aż w końcu wyszłam na balkon. Józef stał tam, z kubkiem herbaty w dłoni.

– Nie śpisz? – zapytał.

– Boję się, że to się zaraz skończy.

Popatrzył przed siebie.

– To będziemy mieli coś, co się zdarzyło naprawdę – powiedział. – I nikt nam tego nie zabierze.

Nie odpowiedziałam. Podeszłam do niego tak blisko, jak tylko mogłam.

Zobaczymy, co z tego będzie

Pakowałam walizkę w ciszy. Zamek się zacinał, jakby sam nie chciał się zamykać. Ubrania układałam powoli, starannie, chociaż nie miało to znaczenia. Nie chodziło przecież o bluzki i swetry. Chodziło o wszystko inne, czego nie dało się spakować – spojrzenia, słowa, spacery, ten dziwny spokój, który zagościł we mnie pierwszy raz od lat. Józef siedział przy stole, obracał w palcach klucz od pokoju. Nie pytał, nie poganiał. Tylko od czasu do czasu patrzył na mnie. Wiedział, że coś się we mnie rozgrywa. Odwróciłam się, złapałam za uchwyt walizki i powiedziałam:

– Jadę z tobą. Nie na zawsze. Nie z deklaracją. Ale na teraz. I zobaczymy, co z tego będzie.

Uśmiechnął się, wstał i wziął moją torbę. Tak po prostu. Jakbyśmy znali się całe życie. Zanim wyszliśmy, spojrzałam w lustro. Wreszcie zobaczyłam w nim kobietę, która przestała odkładać wszystko na potem.

Halina, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama