Reklama

Kiedy Robert napisał do mnie po raz pierwszy, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić z radości. Po tylu latach samotności, związków, które rozpadały się szybciej, niż zdążyłam im uwierzyć, pojawił się ktoś, kto mówił mało, ale wszystko trafiało w punkt. Był ciepły, uważny, miał w sobie ten rodzaj spokoju, który koi. I jeszcze jedno – był ojcem. Samotnym ojcem dziesięcioletniej Julki.

Nie przestraszyło mnie to. Wręcz przeciwnie. Uznałam, że to znak. Może właśnie przy nich znajdę to, czego nigdy nie miałam – rodzinę. Taką zwyczajną. Z pizzą w piątki, kłótniami o zgaszone światło, wspólnym milczeniem po ciężkim dniu.

Z Julką spotkałam się dwa razy. Była nieufna. Wpatrzona w ojca jak w obrazek, do mnie odnosiła się z uprzejmym dystansem. Próbowałam ją zagadywać, uśmiechać się, proponowałam kino, gofry, spacer z psem. Robert powtarzał: „Ona cię polubi, tylko daj jej czas”. Wierzyłam mu. Albo chciałam wierzyć.

Zaproponował wyjazd w góry we trójkę, żeby się lepiej poznać, spędzić razem ferie. Dla mnie to była ogromna sprawa. Pakowałam się, jakbym szykowała się na nowy etap życia. Chciałam, żeby to się udało. Tak bardzo chciałam. Stałam przed lustrem i mówiłam do siebie szeptem:

– Nie schrzań tego, Magda. Tym razem musi się udać.

Próbowałam się zaprzyjaźnić

– Daleko jeszcze? – zapytałam cicho, choć znałam odpowiedź. Jechaliśmy już piątą godzinę.

Robert tylko się uśmiechnął i ścisnął moją dłoń. Julka milczała na tylnym siedzeniu z nosem przyklejonym do szyby. Raz po raz widziałam jej odbicie w lusterku – poważna, zamyślona, z tym swoim znanym mi już spojrzeniem: jakby była gdzieś daleko, w świecie, do którego nie mam dostępu.

– Może chcecie coś przekąsić? Mam kanapki – odezwałam się, odwracając głowę.

– Nie jestem głodna – odpowiedziała sucho Julka.

– Dzięki, kochanie, ja bym zjadł – Robert puścił do mnie oko.

Zatrzymaliśmy się na stacji. Gdy Robert tankował, próbowałam rozmowy. Podałam Julce butelkę wody, ona wzięła ją bez słowa.

– Masz fajną czapkę – powiedziałam po chwili ciszy.

Mama mi ją kupiła – rzuciła, nie patrząc na mnie.

Serce mi zadrżało. Wróciliśmy do auta, resztę drogi spędziliśmy w milczeniu. Kiedy dojechaliśmy do hotelu, było już ciemno. W lobby palił się kominek, pachniało drewnem i grzanym winem. Wzięliśmy klucz do apartamentu – był duży, z dwoma sypialniami i salonem.

Podczas kolacji Robert był czuły, szeptał mi do ucha, że cieszy się, że jesteśmy tu razem. Julka skubała pizzę i udawała, że nas nie słyszy. Wieczorem, gdy siedziałam w salonie, usłyszałam rozmowę zza drzwi:

– Tato... Wolałabym być z mamą – mówiła Julka szeptem.

– Kochanie... nie teraz, dobrze? – Robert brzmiał na zmęczonego.

Zamarłam.

Pojawiła się niby przypadkiem

Śniadanie jedliśmy w milczeniu. Julka zjadła tylko pół bułki i wróciła do pokoju. Robert próbował żartować, cmokał mnie w policzek, ale ja byłam jak zamrożona. Całą noc nie mogłam zasnąć. Wciąż słyszałam te słowa: „Wolałabym być z mamą”.

Po południu pojechaliśmy na stok. Julka pierwszy raz miała narty na nogach, instruktor był miły, a Robert robił zdjęcia z uśmiechem, jakiego dawno u niego nie widziałam. Starałam się włączyć, dopingować, krzyczeć „Brawo!”, kiedy udało jej się zjechać bez upadku. Nie reagowała. Patrzyła przeze mnie jak przez szybę.

Po dwóch godzinach wróciliśmy do hotelu. Miałam nadzieję, że wieczór spędzimy we trójkę – może planszówki, kakao, coś prostego. Robert poszedł na recepcję zapytać o jakieś atrakcje. Stałam z Julką przy windzie w niezręcznym milczeniu.

– A może byśmy dzisiaj… – zaczęłam.

Nie mam ochoty – ucięła.

Zamknęłam usta, próbując się nie rozpłakać. Nagle wtedy ją zobaczyłam. Kobieta w długim, beżowym płaszczu, z ciemnymi włosami spiętymi w kok, niosąca torbę podróżną. Julka się rozpromieniła.

Mama?! – zawołała i ruszyła do niej biegiem.

Stałam jak wmurowana. Robert zatrzymał się przy niej. Zaskoczony, ale spokojny.

– Aneta... Co ty tu robisz?

Co za przypadek – uśmiechnęła się chłodno. – Rezerwowałam ten hotel już dwa miesiące temu.

Wieczorem Robert zniknął. Zeszłam do baru i zobaczyłam ich razem. Siedzieli przy stoliku, pochylając się do siebie nad filiżankami herbaty. Śmiali się. Recepcjonistka, która przyniosła mi dodatkowy ręcznik, zapytała mimochodem:

– To państwa znajoma? Pani Aneta poprosiła o pokój obok waszego apartamentu.

Wróciłam do pokoju i zamknęłam drzwi. Ręce mi się trzęsły.

Sielanka się skończyła

Rano obudziłam się sama. Robert zostawił wiadomość na kartce: „Poszedłem po kawę”. Po kawę? O siódmej rano, po drugiej stronie hotelu? Zeszłam na śniadanie. Julka siedziała już przy stole. Obok niej – Aneta. Uśmiechnięta, swobodna, jakby to był jej rodzinny urlop. Robert dosiadł się do nich chwilę później, a ja – ja zostałam z boku, przy osobnym stoliku, z talerzem, którego nie dotknęłam.

– Może pójdziemy dzisiaj razem na sanki? – zapytała Julka.

– Zobaczymy, kochanie – powiedział Robert, zerkając na Anetę. A ona skinęła głową, jakby to od niej zależało.

W południe wróciłam do pokoju. Robert nawet nie zapytał, gdzie byłam. Powiedział, że wyskoczy tylko na chwilę do sklepu. Nie wrócił przez kilka godzin. Nie odbierał telefonu. Leżałam w łóżku i wpatrywałam się w sufit, czując, jak coś we mnie powoli gaśnie. Zaufanie, nadzieja, wiara, że jestem częścią tego wyjazdu.

Kiedy wreszcie wrócił, był chłodny, jakby zmęczony.

– Gdzie byłeś? – zapytałam cicho.

Musiałem porozmawiać z Anetą. Sprawy Julki...

– Przez cztery godziny?

– Magda... Nie rób scen, proszę. To trudne dla wszystkich.

– Dla wszystkich? – powtórzyłam. – Chyba tylko dla mnie.

– Nie chcę kłótni. Naprawdę się staram – powiedział i poszedł do łazienki.

Zostałam w pokoju, trzymając telefon w dłoni, jakby miało mi to coś dać. Julka nie odzywała się przez cały wieczór. Potem słyszałam, jak Aneta śmiała się z Robertem w holu, czekając, aż Julka zaśnie. Czułam się jak cień. Intruz. Niewidzialna.

Po prostu zniknął

Obudził mnie dziwny chłód. Rozejrzałam się po pokoju – miejsce obok w łóżku było puste, walizka Roberta zniknęła. Na poduszce leżała kartka. Chwyciłam ją z drżącymi rękami. „Muszę wyjechać z Anetą i Julką. Przepraszam”. Zamarłam. Słowo po słowie wbijało mi się w ciało jak igły. Przepraszam? Po prostu przepraszam? Bez wyjaśnienia, bez rozmowy, bez słowa o mnie? Zerwałam się, wciąż w piżamie, i wybiegłam na korytarz. Puste przestrzenie, cisza. Wzięłam szlafrok i zbiegłam do recepcji.

– Przepraszam, państwo z apartamentu 212... Robert z córką i... z tą drugą panią. Czy oni...

Recepcjonistka spojrzała na mnie ze współczuciem.

Wymeldowali się dzisiaj o siódmej. Powiedzieli, że muszą wracać wcześniej do domu.

– Razem?

– Tak. Wyszli razem. Proszę się nie martwić, ten pan opłacił już cały pobyt.

Nie pamiętam, jak wróciłam do pokoju. Zsunęłam się po ścianie i usiadłam na podłodze. Próbowałam do niego dzwonić. Raz, drugi, trzeci. W końcu odezwała się poczta głosowa.

– Robert... – zaczęłam, ale głos mi się załamał. – Co ty robisz? Dlaczego? Odezwij się, proszę...

Nie wiedziałam, co gorsze – to, że odszedł, czy to, że nawet nie miał odwagi mi spojrzeć w oczy. Leżałam na podłodze w piżamie z głową wtuloną w kolana. Minęła godzina, potem kolejna. Pustka. Cisza. Niedowierzanie. Tak wygląda koniec. Nie dramatycznie. Nie z krzykiem. Tylko z jednym słowem na kartce: „Przepraszam.”

Pozbyłam się złudzeń

Wyszłam z hotelu bez planu. Bez śniadania, bez makijażu, bez celu. Śnieg topniał na chodnikach, pod nogami chlupała breja. Miasteczko było ciche, jakby cały świat jeszcze spał, tylko ja nie mogłam już zmrużyć oka. Szłam przed siebie, mijając sklepiki z pamiątkami, zamknięte jeszcze bary, oszronione witryny. Czułam, jak wiatr smaga mnie w twarz, ale nie chciałam wracać. Nie miałam gdzie wracać.

W końcu weszłam do małego baru z czerwonym szyldem. W środku pachniało grzanym winem i cynamonem. Usiadłam przy oknie. Poprosiłam o grzańca, ledwo pociągnęłam łyk. Do stolika obok dosiadła się kobieta – może trochę starsza ode mnie, z czerwonymi policzkami i zmęczonymi oczami.

– Zmarzła pani? – zapytała.

– Trochę – odparłam.

Mężczyzna? – dodała po chwili.

Zerknęłam na nią zdziwiona.

– Bo jak kobieta patrzy przez szybę takim wzrokiem... to albo została porzucona, albo zdradzona. Albo jedno i drugie.

Uśmiechnęłam się gorzko.

– Chciałam tylko stworzyć rodzinę.

Każda z nas tego chce – powiedziała cicho. – Ja też kiedyś wierzyłam, że wystarczy się postarać. Że jak się kocha mocniej, to wystarczy za dwoje.

Siedziałyśmy w milczeniu. Potem wstałam.

– Dziękuję.

– Za co?

– Za to, że nie zapytała pani o szczegóły.

Wracając do hotelu, spojrzałam w niebo. Przestało padać. Pakowałam się powoli, składam swój świat do walizki. Tym razem naprawdę bez złudzeń.

Ignorowałam to zbyt długo

Wróciłam do domu późno wieczorem. Cicho, ostrożnie, jakby ktoś tu jeszcze miał być. Choć przecież wiedziałam, że nikt nie czekał. Włączyłam światło w salonie. Zasłony zostały niezasunięte, kubek po kawie nadal stał przy zlewie. Zegar tykał głośniej niż zwykle. Usiadłam na kanapie i wyjęłam telefon.

Przejrzałam wiadomości od Roberta. Te pierwsze – pełne czułości, uważne, z pytaniami „Jak się dziś czujesz?”, „Kiedy się znów zobaczymy?”. Potem coraz rzadsze, krótsze, zdawkowe. Wtedy tłumaczyłam to zmęczeniem, pracą, dzieckiem. Teraz widzę – on już od dawna się oddalał. A ja patrzyłam, jak to się dzieje, i milczałam, bo tak bardzo nie chciałam zostać sama.

Nie płakałam. Nie miałam już na to siły. Siedziałam tylko i słuchałam, jak mi się w środku układa się cicha, spokojna pustka. Ten wyjazd miał wszystko naprawić. Rozpocząć nowy etap. A był tylko końcem czegoś, co nawet porządnie się nie zaczęło.

Zamknęłam oczy. Przypomniałam sobie moment, gdy Julka wołała „Mama!” i biegła do niej z tym uśmiechem, którego nigdy nie dała mnie. Przypomniałam sobie Roberta, który nie powiedział ani słowa, gdy Aneta zamieszkała ścianę obok. Przypomniałam sobie ten liścik. Jedno zdanie, które miało wystarczyć. Ja już nie chcę nikomu wystarczać. Nie chcę walczyć o miejsce przy czyimś boku. Może nie wiem jeszcze, kim chcę być. Już nie będę czekać, aż ktoś mnie wybierze.

Magdalena, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama