„Pojechałam z przyjaciółkami na ferie na Podhale. W mroźne zimowe wieczory grzałam się przy kominku i krzepkim góralu”
„Zaczęłam iść przed siebie, próbując znaleźć jakieś oznaczenia na drzewach, ale wszystko wyglądało tak samo. Biało i groźnie. I wtedy usłyszałam ostry, krótki gwizd. Odwróciłam się. Z mgły wyłoniła się sylwetka”.

Był szary, listopadowy czwartek, a ja siedziałam nad Excelem, który od trzech godzin zlewał mi się w jedną wielką plamę cyfr. Anka, moja przyjaciółka z działu marketingu, podeszła do mojego biurka, postawiła kubek z zimną kawą i powiedziała: „Jedziemy w góry”.
Potrzebowałam resetu
Nie musiała nic dodawać. Wiedziała, że jestem na skraju załamania nerwowego. Janek, mój „ideał”, z którym planowałam wziąć kredyt na trzydzieści lat, okazał się tchórzem, który zakończył nasz dwuletni związek SMS-em o treści „To chyba nie to, sorki”.
Dlatego tydzień później siedziałyśmy w aucie Moniki – trzeciej do kompletu, świeżo po rozwodzie i z misją „odzyskania kobiecości” – pędząc Zakopianką w stronę Kościeliska. Monika prowadziła, śpiewając na całe gardło hity Beaty Kozidrak, Anka sprawdzała trasę trekkingu, choć wiedziała, że nasza kondycja kończy się na biegu do autobusu, a ja patrzyłam przez okno na zmieniający się krajobraz i obiecywałam sobie jedno: zero facetów. Żadnych flirtów, żadnych spojrzeń, żadnych dramatów. Tylko ja, góry, oscypki i święty spokój.
Zarezerwowałyśmy pokój w starym, drewnianym domu na uboczu. Żaden tam luksusowy hotel ze spa. Chciałyśmy autentyczności. Opinie w internecie były entuzjastyczne. Dojechałyśmy późnym popołudniem. Dom był piękny – potężna, drewniana chałupa z rzeźbionymi balustradami, pachnąca żywicą i dymem z kominka. W drzwiach powitała nas drobna, energiczna kobiecina o czerwonych policzkach i uśmiechu, który od razu sprawiał, że człowiek czuł się jak u babci.
– Zziębnięte pewnie, co? Zaraz herbaty z prądem zrobię, wchodźcie, wchodźcie!
Wniosłyśmy lżejsze torby do środka, ale walizka Moniki ważyła tonę.
– Jezu, co ty tam masz? Cegły? – sapnęła Anka, próbując wciągnąć bagaż po schodach na ganek.
– Kosmetyki i buty na zmianę! – odparła Monika defensywnie.
Dosłownie oniemiałam
Wtedy usłyszałyśmy skrzypienie desek. Ciężkie, miarowe kroki. Odwróciłam się. Zza rogu domu wyszedł wysoki facet. Wyglądał jak ktoś, kto potrafi gołymi rękami zbudować dom, a potem obronić go przed niedźwiedziem.
– Zostawcie to – powiedział niskim, chropowatym głosem. To nie była prośba. To było stwierdzenie faktu.
Podszedł do nas. Jedną ręką chwycił walizkę Moniki, z którą my dwie walczyłyśmy od pięciu minut, i zarzucił ją sobie na ramię, jakby ważyła tyle co piórko.
– Jestem Zbyszek – rzucił krótko, patrząc na nas spod byka.
Spojrzał na moje miejskie adidasy, potem na moją cienką kurtkę, i kącik jego ust drgnął w czymś, co mogło być uśmiechem politowania.
– Piętro wyżej, pierwsze drzwi po prawej – mruknął i zniknął w czeluściach domu.
– O matko… – szepnęła Monika, wachlując się ręką. – Widziałyście te plecy?
Anka zachichotała.
– Sylwia, zamknij buzię, bo ci mucha wleci.
– Co? – ocknęłam się. – Dajcie spokój. Typowy gbur.
Obserwowałam go
Przez pierwsze dwa dni starałam się go unikać. Zresztą, on też nie szukał towarzystwa. Czasem widziałam go przez okno, jak rąbie drewno na podwórku. My zajmowałyśmy się sobą. Monika przeżywała kryzys egzystencjalny, płacząc, że jej były mąż to świnia. Anka próbowała nas wyciągnąć na szlak, a ja byłam mediatorem.
Czułam się dziwnie odcięta od rzeczywistości. Telefon zamilkł, zasięg był marny, a myśli o Janku powoli bladły, zastępowane przez obrazy ciemnych oczu Zbyszka. Trzeciego dnia zeszłam rano do kuchni wcześniej niż dziewczyny. Gospodyni nie było, za to przy stole siedział Zbyszek. Pił kawę i czytał jakąś książkę. Kiedy weszłam, zamknął ją szybko, jakby się wstydził.
– Cześć – powiedziałam. – Jest kawa?
Wstał bez słowa, sięgnął po kubek i nalał mi czarnego płynu z kawiarki.
– Proszę. Cukier w szafce. Mleka nie ma, krowy strajkują – powiedział.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Żartował? Podniósł wzrok i zobaczyłam iskierki rozbawienia w tych ciemnych oczach.
– Żartuję – dodał, wyjmując mleko z lodówki. – Wy z miasta to we wszystko uwierzycie. Że oscypki rosną na drzewach też?
Był arogancki
– Bardzo śmieszne – prychnęłam, ale kąciki ust same powędrowały mi w górę. – Nie jesteśmy takie głupie, na jakie wyglądamy.
– Nie powiedziałem, że jesteście głupie. Powiedziałem, że nieprzystosowane. Te twoje buty… – wskazał brodą na moje stopy. – W tym czymś skręcisz kostkę na pierwszym podejściu.
– Poradzę sobie – uniosłam się honorem. – To markowe buty trekkingowe.
– To są buty do chodzenia po Łazienkach Królewskich, a nie po Tatrach – skwitował. – Poczekaj.
Wyszedł do przedpokoju i wrócił z parą starych, skórzanych traperów.
– To buty mojej siostry. Ma podobną stopę. Weź je i nie dyskutuj – dodał, widząc, że otwieram usta. – Nie mam ochoty zwozić cię potem saniami ratunkowymi.
Wzięłam buty. Były ciepłe, solidne.
– Dziękuję – mruknęłam.
– Nie ma za co. Po prostu dbam o statystyki wypadków w gminie – mrugnął do mnie i wyszedł.
Stałam tam z tymi butami jak idiotka, czując, że moje policzki płoną.
Zgubiłam się
To, co wydarzyło się na szlaku, zmieniło wszystko. Monika w połowie drogi stwierdziła, że umiera i wraca. Anka, jako zapalona sportsmenka, popędziła przodem, żeby zrobić tętno. Zostałam sama, otoczona ciszą i majestatem gór. Buty od Zbyszka sprawowały się idealnie. Czułam się w nich pewnie.
Pogoda w górach zmienia się w mgnieniu oka. Kiedy wychodziłyśmy, świeciło słońce. Godzinę później nadciągnęły ciężkie chmury i zaczęła się zadymka. Śnieg sypał gęsto, zacierając ślady. Widoczność spadła do kilku metrów. Zatrzymałam się, czując narastającą panikę. Gdzie jest szlak? Gdzie Anka? Wyciągnęłam telefon – brak zasięgu.
– Świetnie, Sylwia, po prostu świetnie – powiedziałam do siebie, czując, jak zimno przenika przez kurtkę.
Zaczęłam iść przed siebie, próbując znaleźć jakieś oznaczenia na drzewach, ale wszystko wyglądało tak samo. Biało i groźnie. I wtedy usłyszałam ostry, krótki gwizd. Odwróciłam się. Z mgły wyłoniła się sylwetka. To był Zbyszek. Miał na sobie gruby kożuch i czapkę nasuniętą na oczy. Szedł pewnie, jakby śnieg był asfaltem.
– Mówiłem, że jesteście nieprzystosowane – powiedział, gdy podszedł bliżej, ale w jego głosie nie było już drwiny, raczej troska.
Odnalazł mnie
– Skąd się tu wziąłeś? Śledziłeś nas? – zapytałam, szczękając zębami.
– Wracałem z bacówki od kuzyna. Zobaczyłem twoją koleżankę, tę szybką, na dole. Powiedziała, że zostałaś z tyłu. Wiedziałem, że idzie halny i że się zgubisz.
Stanął blisko mnie, tak blisko, że jego ciało osłoniło mnie od wiatru.
– Zimno ci – stwierdził, zdejmując szalik i owijając go wokół mojej szyi. – Chodź – chwycił mnie za rękę. Jego dłoń była ogromna, moja ginęła w niej całkowicie. – Znam skrót. Za pół godziny będziemy w domu przy kominku.
Szliśmy w ciszy. On prowadził, ja starałam się dotrzymać mu kroku. Czułam się bezpiecznie. To było dziwne uczucie dla kogoś, kto zawsze musiał o wszystko dbać sam. Przy nim mogłam po prostu iść. Kiedy mgła nieco zelżała, zatrzymał się na małej polanie.
– Popatrz – wskazał ręką.
Chmury rozstąpiły się na moment, odsłaniając widok na ostre, poszarpane szczyty skąpane w granatowym mroku nadchodzącego wieczoru.
– To jest mój dom – powiedział cicho. – Nie ten drewniany budynek na dole. To. Te góry. Ludzie przyjeżdżają tu, robią zdjęcia, kupują chińskie pamiątki na Krupówkach i myślą, że widzieli Tatry. A one są żywe. Są surowe. Nie wybaczają błędów, ale dają wolność, jakiej nie znajdziesz nigdzie indziej.
Myślałam o nim
Spojrzałam na niego. Śnieg osiadł na jego rzęsach. Wyglądał w tym momencie tak pięknie i dziko, że zaparło mi dech.
– Dlaczego mi to mówisz? – zapytałam szeptem.
Spojrzał na mnie z góry. Jego wzrok był intensywny, przeszywający.
– Bo wydaje mi się, że ty też szukasz wolności. Tylko szukasz jej nie tam, gdzie trzeba.
Wieczorem w domu panowała inna atmosfera. Gospodarze zorganizowali małą posiadówkę. Przyszli sąsiedzi, pojawiły się skrzypce. Stół ugiął się pod ciężarem bigosu, chleba ze smalcem i karafek z domową cytrynówką. Monika, po dwóch kieliszkach, odzyskała humor i flirtowała z jakimś starym góralem, który opowiadał jej sprośne dowcipy. Anka klaskała w rytm muzyki. A Zbyszek grał.
Okazało się, że ten „prosty chłopak”, jak go na początku oceniłam, gra na skrzypcach tak, że dusza wyrywa się z ciała. Stał w rogu izby, przymknął oczy i wydobywał z instrumentu dźwięki, które były jednocześnie radosne i przeraźliwie smutne. Patrzyłam na jego dłonie – te same, które rąbały drewno i które wyciągnęły mnie z zamieci – jak z niezwykłą delikatnością przesuwają się po gryfie.
Wpadłam po uszy
Czułam na sobie jego wzrok, kiedy otwierał oczy. Siedziałam w kącie, z kubkiem herbaty, i czułam, jak rośnie we mnie napięcie, którego nie dało się już ignorować. To nie było zauroczenie nastolatki. To było przyciąganie dwóch magnesów. Kiedy skończyli grać, w izbie zrobiło się duszno. Potrzebowałam powietrza. Wymknęłam się na ganek. Noc była mroźna, niebo usiane gwiazdami tak gęsto, jak nigdy nie widzi się tego w mieście. Oparłam się o barierkę i odetchnęłam głęboko.
– Uciekasz? – usłyszałam za sobą.
Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, kto to. Zbyszek stanął obok mnie. Pachniał teraz też odrobinę dymem tytoniowym i alkoholem, ale wciąż dominował ten zapach lasu.
– Nie uciekam – odpowiedziałam. – Po prostu… za dużo emocji.
– W Warszawie nie macie takich emocji? – zapytał, opierając się łokciami o barierkę i patrząc w noc.
– W Warszawie emocje to stres, pośpiech i rozczarowanie – odparłam szczerze. – Tutaj wszystko jest prawdziwe. Aż boli.
Chciałam tego
Odwrócił się do mnie powoli.
– Boli? – powtórzył cicho.
– Boli, bo wiem, że za trzy dni muszę wrócić do pustego mieszkania, do pracy, której nie lubię, do życia, które nie ma smaku.
Zbyszek milczał przez chwilę. Potem zrobił krok w moją stronę. Był tak blisko, że czułam ciepło bijące od jego ciała.
– Nie musisz wracać do pustego życia – powiedział. – Czasami trzeba coś zostawić, żeby znaleźć coś nowego.
Spojrzałam mu w oczy. W świetle księżyca wydawały się czarne jak węgiel.
– O czym ty mówisz? – zapytałam, choć serce podpowiadało mi odpowiedź.
– O tym – szepnął.
Pochylił się. Czekałam na ten moment od chwili, gdy zobaczyłam go z walizką na schodach, choć nie chciałam się do tego przyznać. Kiedy jego usta dotknęły moich, świat przestał istnieć. Nie wiem, ile tak staliśmy. Minuty? Godziny? Czas w górach płynie inaczej.
– Sylwia… – wychrypiał. – Nie baw się mną. Ja nie jestem facetem z korporacji. Jak kocham, to na zabój. Jak nienawidzę, to do końca. Nie zaczynaj czegoś, czego nie jesteś w stanie unieść.
Po prostu zniknął
To było ostrzeżenie. Uczciwe, męskie ostrzeżenie.
– Nie bawię się – odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. I w tamtym momencie wiedziałam, że mówię prawdę.
Kolejne dwa dni były jak sen. Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Pokazał mi swoje góry – nie te ze szlaków turystycznych, ale te ukryte, dzikie. Zabierał mnie w miejsca, gdzie cisza dzwoniła w uszach. Okazało się, że ten „prosty góral” skończył architekturę w Krakowie, ale wrócił, bo nie potrafił żyć bez Tatr. Że czyta więcej książek w miesiąc niż ja w rok. Że ma plany, marzenia, ale są one zakorzenione tu, w ziemi.
Monika, początkowo sceptyczna, w końcu przyznała, że nigdy nie widziałam mnie tak szczęśliwej. Nawet z Jankiem na początku. Ale nadszedł dzień wyjazdu. Pakowanie walizek było jak wyrywanie sobie serca po kawałku. Zbyszek nie pomagał nam pakować. Zniknął rano. Bałam się, że stchórzył, że to był tylko romans, który dla niego nic nie znaczył.
Wsiadłyśmy do samochodu. Silnik warknął. Spojrzałam ostatni raz na drewniany dom. I wtedy go zobaczyłam. Stał przy bramie. Nie podszedł do okna, nie machał. Stał z rękami w kieszeniach i patrzył.
Chciałam wrócić
Poprosiłam Monikę, żeby się zatrzymała. Wyskoczyłam z auta i podbiegłam do niego.
– Myślałam, że się nie pożegnasz – powiedziałam, czując łzy pod powiekami.
– Nie lubię pożegnań – odparł twardo. – Wolę powitania.
Wyciągnął z kieszeni coś małego. Drewniany wisior, rzeźbiony w kształt szarotki. Prosty, surowy, piękny.
– Zrobiłem to wczoraj. Żebyś pamiętała, że tu pasujesz. Że góry na ciebie czekają.
Wcisnął mi go w dłoń i zamknął moją rękę w swojej.
– Wrócisz? – zapytał. Krótkie, ale ważące tonę.
– Wrócę – obiecałam. – Nie wiem kiedy, nie wiem jak to poukładać, ale wrócę.
Pocałował mnie w czoło, pchnął lekko w stronę samochodu i odwrócił się, odchodząc w stronę lasu. Nie obejrzał się ani razu. Twardy, dumny góral.
Minęły trzy miesiące. Siedziałam w swoim warszawskim biurze. Za oknem szaruga, telefony dzwonią, deadline’y gonią, ale na szyi mam drewnianą szarotkę. Kiedy jest mi źle, dotykam jej i czuję zapach żywicy. Janek próbował wrócić. Wyśmiałam go. Monika wreszcie zapisała się na terapię i przestała szukać ratunku w winie. Anka planuje kolejny wyjazd, tym razem w Bieszczady.
Zaczynam od nowa
A ja w ten weekend jadę do Zakopanego. Sama. Złożyłam wypowiedzenie w pracy. Mam oszczędności. Zbyszek mówił, że potrzebują kogoś do pomocy w prowadzeniu marketingu pensjonatu, chcą rozbudować ofertę o warsztaty stolarskie.
Wszyscy mówią, że zwariowałam. Że rzucam karierę dla „chłopa z gór”, że to się nie uda, że różnice kulturowe, że miłość nie przetrwa. Może mają rację. Może to błąd, ale kiedy zamykam oczy, widzę te ciemne oczy i czuję ten szorstki dotyk. Wiem jedno – wolę popełnić ten błąd i żałować, niż spędzić resztę życia, zastanawiając się „co by było, gdyby”.
Bo tam, na ganku, w mroźną noc, zrozumiałam, że dom to nie miejsce, gdzie płacisz czynsz. To miejsce, gdzie twoja dusza czuje się wolna. A moja dusza została tam, w drewnianej chałupie pod Giewontem, w ramionach chłopaka, który pachnie lasem.
Sylwia, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie cierpiałam mojej teściowej. Jednak, gdy teść poleciał za młodszą, od razu przyjęłam ją z otwartymi ramionami”
- „Zawsze trzymałam stronę syna, ale nie tym razem. Kiedy zdradził żonę, wstydziłam się spojrzeć synowej w twarz”
- „Pojechałem z ojcem na męski wypad w góry. Zamiast naprawić nasze relacje, wolał uganiać się za spódniczkami”

