Reklama

Pakując walizki, wierzyłam, że ten wyjazd będzie dla nas oddechem po trudnym roku. Czekały spacery, cisza i rozmowy bez pośpiechu. Już w pociągu zrozumiałam jednak, że to były tylko moje marzenia. Każdy kilometr przybliżał nas do miejsca, w którym zamiast spokoju miały wybrzmieć pretensje, westchnienia i słowa, których nie chciałam słuchać, a od których nie dało się uciec.

Wystawił mnie na próbę

Już od samego rana czułam lekkie napięcie, ale zrzucałam to na brak snu. Stałam w przedpokoju z kurtką przerzuconą przez ramię, gdy mąż po raz trzeci sprawdzał, czy na pewno wziął wszystkie dokumenty.

– Przecież mówiłam wczoraj, że wszystko spakowałeś – westchnęłam, próbując zachować spokój.

A jak czegoś zabraknie? Zawsze potem jest: „czemu nie sprawdziłeś” – mruknął, nie podnosząc wzroku.

Już wtedy poczułam ukłucie rozczarowania. Miałam nadzieję, że ten wyjazd coś w nas odblokuje, że przestaniemy krążyć wokół tych tematów. W pociągu usiadłam przy oknie. Krajobraz powoli się zmieniał.

Duszno tu – odezwał się po chwili.

– To się powachluj – odpowiedziałam.

– Tak to się mogę zmęczyć.

Nie odpowiedziałam. Przez następne kilkadziesiąt minut słuchałam o niewygodnym siedzeniu, zbyt głośnych rozmowach innych pasażerów i o tym, że herbata z termosu „smakuje inaczej niż w domu”. Każda uwaga była drobna, ale razem tworzyły ciężar, który osiadał mi na ramionach. Kiedy dotarliśmy na miejsce, budynek sanatorium wydał mi się przyjazny. Jasna elewacja, kwiaty w donicach, ławki w cieniu drzew. Uśmiechnęłam się mimowolnie.

– Ładnie tu – powiedziałam.

Zobaczymy, jak w środku – odpowiedział z rezerwą.

W recepcji pani podała nam klucze i plan dnia. Zanim zdążyłam zapytać o godziny zabiegów, mąż już kręcił głową.

– Za późno te zajęcia. I czemu kolacja tak wcześnie?

W pokoju usiadłam na łóżku i spojrzałam na balkon. Drzewa szumiały cicho, jakby zapraszały do wyjścia.

– Może pójdziemy się przejść? – zaproponowałam.

Jestem zmęczony po podróży – usłyszałam w odpowiedzi.

Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że ten wyjazd może nie być odpoczynkiem, lecz próbą mojej cierpliwości. I że jeśli od razu nie postawię granic, reszta dni upłynie pod znakiem cudzych narzekań, a nie mojego spokoju.

Byłam na niego zła

Poranek obudził mnie delikatnym światłem wpadającym przez zasłony. Przez krótką chwilę leżałam bez ruchu, słuchając odgłosów z zewnątrz: kroków na korytarzu, dalekich rozmów, ptaków za oknem. Pomyślałam, że może jednak się myliłam, że wystarczy dać temu miejscu szansę. Odwróciłam się w stronę męża.

– Słyszałeś? Jak tu spokojnie – szepnęłam.

– Spokojnie? Ktoś cały czas trzaskał drzwiami – odburknął, naciągając kołdrę na głowę.

Wstałam sama. W łazience spojrzałam na swoje odbicie i próbowałam się uśmiechnąć. W jadalni pachniało świeżym pieczywem. Usiadłam przy stoliku, a po chwili dołączył do mnie mąż, wyraźnie niezadowolony.

– Znowu twaróg. Wszędzie to samo – powiedział, odsuwając talerz.

– Przecież są też inne rzeczy – wskazałam na bufet.

– Ale ja nie mam ochoty chodzić i się prosić.

Jedliśmy w milczeniu. Obserwowałam innych ludzi: rozmawiali, śmiali się, planowali dzień. Poczułam ukłucie zazdrości, które szybko zamieniło się w złość. Po śniadaniu zaproponowałam spacer po parku.

– Ruch jest ważny – dodałam ostrożnie.

Nie będziesz mi mówiła, co mam robić – odpowiedział. – Poza tym ławki pewnie niewygodne.

Poszłam sama. Ścieżki wiły się między drzewami, a ja z każdym krokiem czułam, jak napięcie powoli ze mnie schodzi. Kiedy wróciłam, mąż siedział na łóżku.

– Wiesz, że te zabiegi są krótsze, niż myślałem? – zaczął bez powitania.

– Może to dobrze. Będziemy mieć więcej czasu dla siebie – spróbowałam.

– Czas? Na co? Na siedzenie w pokoju?

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałam przyznać. Zrozumiałam, że dla niego ten wyjazd był tylko kolejnym obowiązkiem, a dla mnie ostatnią nadzieją na wspólne chwile. Wieczorem siedzieliśmy na balkonie w ciszy, która nie była już kojąca, lecz ciężka. I wiedziałam, że to dopiero początek.

Było mi wstyd

Trzeci dzień zaczął się od drobnej sprzeczki o coś zupełnie błahego. O to, że zasłony były za bardzo odsunięte i słońce świeciło prosto w oczy. I wtedy coś we mnie pękło. Po porannych zajęciach spotkaliśmy się w holu. W ręku trzymałam kubek z ciepłym napojem, a mąż kręcił się niespokojnie.

– Wszystko tu jest takie powolne – zaczął. – Człowiek tylko czeka.

– Może właśnie o to chodzi – odpowiedziałam. – Żeby się zatrzymać.

– Ty zawsze lubiłaś takie bzdury – rzucił, patrząc w bok.

Zabolało. Nie dlatego, że powiedział coś nowego, ale dlatego, że uświadomiłam sobie, jak bardzo się oddaliliśmy. Poszliśmy na obiad. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, a ja nagle poczułam, że jeśli teraz nie powiem tego, co we mnie siedzi, to już nie powiem nigdy.

Czy ty w ogóle chcesz tu być? – zapytałam cicho.

Podniósł wzrok, zaskoczony.

A mam wybór? Ty nalegałaś.

To zdanie było jak zimny prysznic. Odłożyłam sztućce.

– Nalegałam, bo myślałam, że nam to pomoże. Że przestaniemy tylko narzekać na wszystko dookoła.

Czyli to moja wina, że nie potrafię się zachwycać ławką i drzewem? – uniósł głos.

Kilka osób spojrzało w naszą stronę. Spuściłam wzrok, czując wstyd i złość jednocześnie.

– Nie o to chodzi – powiedziałam już spokojniej. – Chodzi o to, że ja tu próbuję oderwać się od rzeczywistości, a ty co chwilę na wszystko narzekasz.

Wstał gwałtownie.

– Idę do pokoju.

Zostałam sama przy stole. Dłonie mi drżały, ale jednocześnie poczułam ulgę. Po raz pierwszy od dawna powiedziałam wprost, co myślę o jego zachowaniu. Po południu nie wróciłam od razu do pokoju. Usiadłam w parku, patrząc na ludzi, którzy potrafili być razem bez ciągłego oceniania świata. Wieczorem, gdy wróciłam, mąż siedział na balkonie. Milczeliśmy długo.

– Może… może faktycznie za dużo narzekam – powiedział w końcu, nie patrząc na mnie.

Nie odpowiedziałam od razu. Wiedziałam, że jedno zdanie nie zmieni wszystkiego, ale było jak małe pęknięcie w murze, który między nami wyrósł.

Próbował mnie przeprosić

Następnego ranka obudziłam się przed mężem. Przez chwilę patrzyłam na jego plecy. I wtedy postanowiłam, że nie będę się do niego dopasowywać. Ubierałam się powoli, bez pośpiechu.

Idę na spacer przed śniadaniem – powiedziałam cicho, bardziej informując, niż pytając.

– Sama? – mruknął zaspanym głosem.

– Tak. Wrócę później.

Nie zaprotestował. Park o tej porze był prawie pusty. Usiadłam na ławce i po raz pierwszy od dawna pomyślałam nie o tym, co on powie, ale o tym, czego ja potrzebuję. I poczułam, że to uczucie jest zaskakująco dobre. Kiedy wróciłam, mąż już czekał na mnie w jadalni. Zobaczył mnie i uniósł brwi.

Nie wiedziałem, że tak długo cię nie będzie.

– Ja też nie – odpowiedziałam szczerze.

Jedliśmy w ciszy. Bez komentarzy, bez westchnień. Po śniadaniu to on pierwszy się odezwał.

– Może… pokażesz mi tę trasę w parku? – zapytał niepewnie.

Spojrzałam na niego uważnie.

– Jeśli będziesz chciał iść i nie narzekać – odpowiedziałam.

Pokiwał głową. Szliśmy obok siebie, nie spiesząc się. Milczenie było inne niż wcześniej. Nie ciążyło. W pewnym momencie zatrzymał się przy stawie.

– W domu ciągle się denerwuję – powiedział nagle. – A tu... chcę, żeby było inaczej.

Nie była to wielka deklaracja ani przeprosiny, ale coś we mnie zmiękło. Zrozumiałam, że on też jest zagubiony, tylko wyraża to w sposób, który mnie rani. Resztę dnia spędziliśmy osobno, ale bez pretensji. I po raz pierwszy od przyjazdu pomyślałam, że ten wyjazd może mnie czegoś nauczyć. Nawet jeśli nie będzie łatwo.

Myślałam, że wybuchnie

Piątego dnia obudziłam się z dziwnym spokojem. Jakby we mnie samej coś się poukładało, niezależnie od tego, co zrobi mąż. Przy śniadaniu znów pojawiło się lekkie niezadowolenie, tym razem dotyczące kawy.

Słaba jakaś – mruknął, mieszając łyżeczką.

Podniosłam na niego wzrok.

Możesz jej nie pić – powiedziałam spokojnie. – Albo zrobić sobie herbatę.

Zatrzymał rękę w pół ruchu. Przez chwilę myślałam, że wybuchnie, ale tylko wzruszył ramionami.

Masz rację.

To jedno zdanie miało większą wagę niż wszystkie wcześniejsze rozmowy. Później każdy z nas poszedł w swoją stronę. Ja na zajęcia ruchowe, on na konsultację. Po południu spotkaliśmy się przypadkiem w parku.

Idziesz na ten wieczorny koncert? – zapytał.

– Tak. Nawet jeśli ty nie pójdziesz – odpowiedziałam bez wahania.

Skinął głową.

– Zawsze myślałem, że jak ponarzekam, to mi ulży – powiedział cicho. – A chyba tylko wszystko psułem.

– Mój nastrój na pewno – odpowiedziałam szczerze.

Nie obraził się. Przyjął to z godnością. Zrozumiałam wtedy, że granice, które zaczęłam stawiać, są nie tylko dla mnie, ale i dla niego. Bez nich oboje tkwiliśmy w tym samym schemacie. Wieczorem w pokoju usiedliśmy naprzeciwko siebie.

– Nie obiecuję, że nagle będę inny – powiedział.

– Ja też nie obiecuję, że będę wszystko znosić – odpowiedziałam.

Uśmiechnął się lekko. I choć wiedziałam, że po powrocie do domu znów pojawią się stare nawyki, poczułam, że coś się zmieniło. We mnie na pewno.

Zrobiło mi się lżej na sercu

Ostatniego dnia pakowaliśmy się w ciszy. Jakby każde z nas myślało o czymś innym, ale już bez potrzeby komentowania wszystkiego na głos. W drodze na dworzec szliśmy obok siebie. Nie trzymaliśmy się za ręce, ale też nikt nie przyspieszał kroku, żeby być pierwszy. W pociągu usiadłam znów przy oknie. Tym razem nie po to, żeby uciec myślami, tylko żeby je uporządkować. Mąż spojrzał na krajobraz i westchnął.

– Dziwne miejsce – powiedział po chwili. – Myślałem, że będzie gorzej.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

– Ja myślałam, że będzie łatwiej – odpowiedziałam.

Skinął głową, jakby to rozumiał. Nie dopytywał. I to było nowe. Wróciliśmy do domu z tym samym bagażem, ale ja czułam, że w środku niosę coś innego. Świadomość, że nie muszę brać na siebie jego nastrojów. Liczyłam, że ten wyjazd go zmieni. A on przede wszystkim zmienił mnie. I choć wiem, że przed nami jeszcze wiele trudnych rozmów, pierwszy raz od dawna czuję, że mam prawo do własnego szczęścia. Nawet jeśli on czasem znów zacznie narzekać.

Halina, 76 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama