„Pojechałam z dziećmi w góry, by skorzystać z życia. Nie podejrzewałam, że coś może mnie przyprawić o szybsze bicie serca”
„Obok mnie usiadł mężczyzna. Był może w moim wieku, może trochę starszy. Pachniał śniegiem i drewnem, miał na policzkach rumieńce od mrozu i delikatnie zmrużone oczy, jakby przed chwilą też patrzył przez okno”.

Ostatnio coraz częściej łapałam się na tym, że życie przecieka mi przez palce. Codzienność była jak kasza manna: nijaka, rozlazła i zupełnie bez smaku. Wstawałam rano, budziłam dzieci, szykowałam śniadanie, odwoziłam je do szkoły i przedszkola, potem były praca, zakupy, zmywanie, pranie, odrabianie lekcji, kąpiel, bajka na dobranoc. I znów cisza. Ta cisza, która powinna dawać ukojenie, a tylko bolała.
Czasem siadałam na brzegu łóżka i pytałam siebie w myślach: „Czy to już? Czy to ma być całe moje życie?”. Zawsze sobie odpowiadałam, że teraz trzeba zacisnąć zęby. Dla dzieci, dla spokoju i dla normalności. Nie miałam nikogo. Ojciec dzieci dawno zniknął z naszego życia — najpierw fizycznie, potem emocjonalnie. Jakoś to przetrwałam. Ale od tamtej pory nie umiałam już nikomu zaufać. Ani innym, ani sobie.
Dlatego, gdy przyszła zima, a dzieci błagały o wyjazd w góry, zgodziłam się. Nie dlatego, że mnie było stać, bo nie było czy dlatego, że miałam na to ochotę. Raczej dlatego, że potrzebowałam ucieczki od tej rutyny. A przy okazji od siebie samej. Miałam tylko jedno marzenie: by posiedzieć z kubkiem herbaty i popatrzeć przez okno na śnieg. Żeby dzieci się wyszalały na stoku, a ja żebym mogła przez chwilę… nic nie czuć. Nie musieć. Nie musieć być matką, pracownicą, księgową, kucharką, terapeutką. Chciałam na chwilę zniknąć.
Pojechaliśmy w to samo miejsce, gdzie wiele lat temu byliśmy razem z ojcem dzieci. Wtedy było dużo śmiechu, kulig, narty, wieczory przy kominku. Dobrze, że przynajmniej śnieg był ten sam. Tak samo cichy, biały i może, choć tego nie mówiłam nikomu, czułam, że ten wyjazd nie będzie jak każdy inny. Ale nie spodziewałam się, że coś się we mnie obudzi.
Obok mnie usiadł mężczyzna
Tamtego dnia dzieci były zachwycone. Rzuciły się na stok z takim zapałem, jakby jeździły tu co tydzień, a nie pierwszy raz od zeszłej zimy. Ja usiadłam w kącie schroniska, zamówiłam kawę i w końcu, przez kilka minut, nie robiłam nic. Patrzyłam przez okno na biały stok i obserwowałam dwie czapki: czerwoną i niebieską, poruszające się wśród innych. Moje dzieci. Gdy któreś upadło, wstrzymywałam oddech, ale zaraz wstawało i jechało dalej. Czułam wtedy coś w rodzaju ulgi. Nie przyznawałam się do tego nawet przed sobą, ale naprawdę liczyłam na chwilę spokoju.
Obok mnie usiadł mężczyzna. Był może w moim wieku, może trochę starszy. Pachniał śniegiem i drewnem, miał na policzkach rumieńce od mrozu i delikatnie zmrużone oczy, jakby przed chwilą też patrzył przez okno.
— Też czekasz na swoje? — zapytał po chwili ciszy.
— Tak. Marzę o chwili ciszy, ale ciągle zerkam, czy się nie przewrócili — odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od stoku.
— Ja też. I ciągle mam wrażenie, że zaraz coś się wydarzy — uśmiechnął się lekko.
Spojrzałam na niego. Miał łagodne rysy, przyjemny głos. Nie silił się na nic. Po prostu usiadł i zaczął rozmowę, jakbyśmy się znali.
— Pamiętam, jak sam się uczyłem jeździć — powiedział, popijając herbatę. — Więcej leżałem niż jechałem.
— Moje są już bardziej odważne niż ja kiedykolwiek byłam — mruknęłam. — Ale i tak co chwilę mi serce skacze mi do gardła, kiedy jadą za szybko.
— Mam dwójkę — powiedział. — Dziś pierwszy raz nie bałem się zostawić ich na chwilę samych. Postanowiłem usiąść i sprawdzić, czy jeszcze potrafię siedzieć.
Zaśmiałam się. To był ten rodzaj rozmowy, który nie wymagał niczego. Nic do udowodnienia, żadnych historii do opowiedzenia. Tylko słowa między dwojgiem ludzi, którzy, choć się nie znają, dokładnie wiedzą, jak to jest być tym dorosłym, który patrzy, czeka i trochę tęskni za czymś, czego sam do końca nie rozumie. Powiedział, że ma na imię Paweł. Przedstawiłam się i ja. Potem rozmowa popłynęła dalej: o dzieciach, o nartach, o tym, że śnieg jest w tym roku naprawdę wyjątkowy. Mówił cicho, jakby nie chciał zakłócać tego zimowego spokoju. Było w nim coś ciepłego. Ale nie czułam niepokoju, raczej coś jak ostrożne zaciekawienie.
Wróciłam do pokoju z dziećmi kilka godzin później. One zasypiały od razu, z uśmiechami na twarzach i różem na policzkach. A ja leżałam w ciemności i myślałam o tamtej rozmowie. O jego spokojnym tonie, lekkim uśmiechu. Miły. Ale przecież to tylko rozmowa w schronisku. Nic więcej.
To tylko ferie
Następnego dnia spotkaliśmy się znowu. Tym razem już nie przypadkiem: nasze dzieci trafiły do tej samej grupy na zajęciach z instruktorem. Moje od razu zaczęły zagadywać do jego dzieci. Śmiały się, porównywały kaski i rękawiczki, próbowały, która para nart szybsza. Paweł podszedł, gdy pomagałam młodszemu zapiąć buty. Kucnął obok, poprawił zamek swojej córce i spojrzał na mnie porozumiewawczo.
— Chyba znaleźli sobie towarzystwo — powiedział.
— Szybciej niż ja — uśmiechnęłam się.
Wyszliśmy razem na stok. Dzieci zjeżdżały, a my staliśmy z boku, raz po raz wyciągając ręce do kogoś, kto się przewrócił albo zgubił kijek. Kilka razy nasze dłonie się zetknęły, kiedy równocześnie sięgaliśmy po tę samą czapkę. Śmialiśmy się przy tym jak starzy znajomi. W południe dzieci same zaproponowały wspólny obiad. Usiadły przy jednym stole, a my, trochę niezręcznie, obok siebie. Początek był cichy: każde z nas rozglądało się, czy nie przeszkadza temu drugiemu. Ale szybko wszystko stało się naturalne. Złożyliśmy zamówienie razem, podzieliliśmy się naleśnikami i kawą.
— Twoje dzieci mają niezłą energię. Ale moje wreszcie się rozruszały — powiedział Paweł, odkładając widelec.
— Bo jak są razem, to mogą wszystko. I chyba my też — odpowiedziałam bez namysłu, dopiero po chwili słysząc, jak to zabrzmiało.
Popatrzył na mnie, nie z kpiną, tylko z taką delikatnością, że nagle zrobiło mi się głupio. Spojrzałam na swoje dłonie i zaczęłam udawać, że szukam czegoś w torebce. Po powrocie do pensjonatu dzieci od razu ustaliły, że po kolacji zagrają razem w planszówki. Nie protestowałam. Cieszyło mnie, że są szczęśliwe, że mają towarzystwo, że nie siedzą przyklejone do ekranów. Wieczorem, kiedy usiedliśmy z Pawłem w korytarzu przy automacie z herbatą, rozmawialiśmy już swobodnie. O tym, gdzie pracujemy, jak wygląda nasze życie, co nas najbardziej męczy.
Wiedziałam, że ten wyjazd zaczyna nabierać innego kształtu. Było w tym coś lekkiego, coś, co dawało mi oddech. Ale przypomniałam sobie: to tylko ferie. On wróci do swojego życia, ja do swojego. I tak miało zostać.
Nikt tego nie zaplanował
W salonie pensjonatu było ciepło, pachniało drewnem i cynamonem. Kominek trzaskał równym rytmem, jakby ktoś specjalnie pilnował, by ogień palił się tak samo od rana do nocy. Dzieci bawiły się kilka pokoi dalej: słyszałam ich śmiechy, dźwięki przesuwanych pionków i rozmowy, których nie próbowałam już nawet podsłuchiwać. Byli szczęśliwi. To wystarczało. Paweł siedział w fotelu naprzeciwko. W rękach trzymał kubek, ale wyglądało na to, że dawno zapomniał o herbacie. Wpatrywał się w ogień.
— Dobrze tu — powiedział cicho, jakby do siebie.
— Dobrze — przytaknęłam.
Nie było we mnie napięcia. Po raz pierwszy od dawna czułam się w pełni obecna. Nie analizowałam każdego słowa, nie szukałam sensu w gestach. Po prostu siedziałam z kimś, kto był obok. Bez oczekiwań.
— Rozstałem się z żoną dwa lata temu — powiedział nagle. — Z początku było piekło. Mieszkanie podzielone na dwie strony, dziecko raz tu, raz tam, wszystko w pośpiechu. Teraz… staram się poukładać wszystko na nowo.
Milczałam chwilę, nie wiedząc, czy mogę zapytać więcej. Ale on kontynuował:
— Byłem pewien, że dam radę. Przecież nie byłem pierwszym, któremu się posypało. Ale samotność potrafi człowieka przytłoczyć szybciej, niż się wydaje.
— Znam to — odezwałam się cicho. — Też udaję, że wszystko gra. Pracuję, zajmuję się dziećmi, trzymam wszystko w ryzach. Ale czasem… chciałabym się po prostu do kogoś przytulić. Nie tłumaczyć, nie rozmawiać. Po prostu być z kimś, kto rozumie.
Nie odpowiedział, ale po chwili zobaczyłam, jak jego dłoń zaciska się mocniej na kubku. I jak patrzy na mnie inaczej. Spokojnie, bez nachalności. Jakby widział mnie nie przez to, co mówię, ale przez to, co trzymam w sobie i czego nigdy nie wypowiadam. Usiedliśmy bliżej. Nikt tego nie zaplanował, nie ustalał. Po prostu nasze fotele jakoś się zbliżyły, a potem ramiona przypadkiem dotknęły się na podłokietniku. Czułam jego obecność. I coś jeszcze: coś cichego, trudnego do zdefiniowania. Coś, co mówiło: nie jesteś sama.
Tamtej nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam z otwartymi oczami, słuchając spokojnego oddechu dzieci. Przypominałam sobie jego głos, słowa, spojrzenia. I czułam się… spokojna. A jednocześnie bałam się, że ten spokój może coś we mnie obudzić. Coś, co od lat spało.
Poczułam jego dłoń
Dzieci zasnęły szybciej niż zwykle. Były zmęczone, wybiegane, przepełnione wrażeniami. Ucałowałam ich rozgrzane od snu policzki i cicho zamknęłam drzwi. Na korytarzu czekał Paweł. Nie umawialiśmy się. Po prostu wyszłam i on tam był.
— Chodźmy — powiedział cicho. — Śnieg właśnie przestał padać.
Założyłam kurtkę i czapkę. Wyszliśmy na zewnątrz, w ciemność rozświetloną tylko światłem latarni i odbiciem śniegu. Świat był cichy, bezpieczny. Idąc przez las, nie rozmawialiśmy od razu. Oddychaliśmy głęboko, powoli. Jakby wszystko, co miało być powiedziane, jeszcze nie miało swojego miejsca.
— Czasem myślę, że jestem już stara — powiedziałam w końcu, nie patrząc na niego. — Nie w sensie wieku, ale tak wewnętrznie. Jakbym już przeżyła wszystko, co miało się wydarzyć. I teraz to tylko reszta.
— Rozumiem — odpowiedział po dłuższej chwili. — Ale wiesz… ja też tak miałem. A jednak jesteśmy tu. I chyba żadne z nas nie przyszło tylko popatrzeć na drzewa.
Zatrzymaliśmy się na niewielkiej polanie. Śnieg leżał równą warstwą, a z góry wisiały nad nami ciężkie gałęzie. Czułam się jak w zamkniętym świecie, do którego nikt inny nie miał dostępu.
— Nie wiem, czy to dobry pomysł — powiedziałam nagle, nieco zbyt głośno. — Wszystko dzieje się tak szybko…
— Wcale nie — odpowiedział. — Od dawna nie czułem się tak spokojny. Z tobą wszystko jest… ciche.
Poczułam jego dłoń. Była ciepła, pewna, nieśpieszna. Przez moment myślałam, że to tylko przypadek, ale nie cofnął jej. Zostawił na mojej. A ja… nie zabrałam swojej. Staliśmy tak dłużej, niż trzeba było. Nie mówiliśmy już nic. I może właśnie to miało największy sens. Kiedy wracaliśmy, nie puszczał mojej ręki. Palce miałam lekko zmarznięte, ale nie chciałam jej wyciągać. W głowie kołatała się tylko jedna myśl: nie chcę, żeby to się kończyło.
Nie chciałam się łudzić
Ostatni dzień ferii był zbyt cichy. Dzieci chodziły jakby wolniej, nie śmiały się tak głośno, jak przez cały tydzień. Widać było, że nie chcą wyjeżdżać. Spakowaliśmy się rano, wrzuciliśmy torby do bagażnika i jeszcze ostatni raz usiedliśmy w holu pensjonatu. Paweł i jego dzieci byli gotowi chwilę przed nami. Jego syn podszedł do mojej córki i wręczył jej breloczek. Uśmiechnęła się, ale miała oczy pełne łez. Mój starszy syn przytulił się do Pawła na pożegnanie, zupełnie jakby znał go od lat.
Stałam z boku, trzymając kurtkę i szalik. Nie wiedziałam, co powinnam powiedzieć. W mojej głowie kotłowało się zbyt wiele.
— Obiecuję, że się odezwę — powiedział Paweł, podchodząc do mnie.
— Obiecuj tylko, jeśli naprawdę chcesz — odpowiedziałam. — Ja już nie chcę kolejnych rozczarowań.
Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę. Nie całował, nie przytulał. Po prostu spojrzał tak, że miałam ochotę odwrócić wzrok. Bo czułam, jak bardzo nie chcę, żeby to był koniec. I jak bardzo nie mogłam mu tego powiedzieć. Pojechaliśmy późniejszym pociągiem. Dzieci rozmawiały cicho, przeglądały zdjęcia, wspominały. A ja patrzyłam przez okno na znikające w oddali drzewa, na białe pola, na świat, który wracał do tej samej szarości co przed wyjazdem.
Pamiętałam jego dłonie, które trzymały mnie tamtej nocy w lesie, jego uśmiech przy kominku, jego ciszę, która była bardziej znacząca niż wiele słów. Ale wiedziałam też, że to były tylko ferie. I że każde z nas wraca teraz do swojego życia. Do swoich obowiązków. Do swoich ścian. Nie miałam pewności, co będzie dalej. Nie chciałam się łudzić. Ale coś się we mnie zmieniło. Coś się obudziło. Nie wiedziałam jeszcze co, ale już czułam, że nie jestem dokładnie tą samą kobietą, która wyjeżdżała tydzień temu.
Katarzyna, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nowy Rok 2026 zaczęłam od złożenia pozwu rozwodowego. Od 30 lat mąż traktuje mnie jak służącą, a ja mam dość”
- „Zawsze miałam pod górkę z teściową, ale prawdziwa tragedia nastała, gdy urodziłam jej wnuka. Wtedy przeszła samą siebie”
- „Pozazdrościłam wnuczce zimowej frajdy na lodowisku. Skończyłoby się upadkiem, gdyby nie silne ręce pewnego emeryta”

