Reklama

Mam swoje zdanie na temat golonki, weselnych tańców i wujków w białych skarpetach do lakierków. I nie, nie jest to zdanie pochlebne. Warszawa mnie rozpuściła, owszem. Tu wszyscy mamy alergię na kicz.

Nazywam się Kinga. Mam dwadzieścia osiem lat, mieszkanie w starym bloku na Żoliborzu i zawód, który moja mama do dziś nazywa „robieniem kolorowych rzeczy w komputerze”. Pracuję w agencji kreatywnej – czyli mam dużo pomysłów, mało snu i kawę zamiast śniadania. Żyję szybko, a emocje okazuję rzadko i nie zawsze w przewidywalny sposób.

Z Bartkiem jesteśmy razem od roku i trzech miesięcy. Liczę dokładnie, bo w tym czasie nauczyłam się, że choć dzielą nas tylko dwie godziny drogi – to czasem jest to odległość nie do przeskoczenia. Bartek pochodzi z małej miejscowości gdzieś na wschodzie Polski. Mówi „na pole” i pije mleko prosto od krowy (no, może nie teraz, ale kiedyś). Jest lojalny wobec swojej rodziny, zakochany w gminnych imprezach i uważa, że grill na działce to najlepsza forma spędzania czasu.

I właśnie z tej miłości – jego do rodziny, mojej do niego – pojechałam z Bartkiem na bal karnawałowy w jego rodzinnych stronach. Wiejska sala, disco polo, pełne stoły i oceniające spojrzenia. Wiedziałam, że tam nie pasuję. Czułam to od pierwszej chwili, kiedy zatrzymaliśmy się samochodem przed gminną świetlicą i Bartek spojrzał na mnie z uśmiechem:

– Spokojnie, oni nie gryzą. Może tylko zapytają, czy w Warszawie też się jeszcze golonkę je.

Spojrzałam na swoje odbicie w bocznym lusterku. Koszula w paski, kolczyki z pchlego targu, tusz do rzęs, który zaczynał się buntować.

– Będę wyglądać jak przebieraniec – mruknęłam.

Bartek się zaśmiał i wysiadł z auta. Ja zostałam jeszcze chwilę. Próbowałam sobie przypomnieć, czemu to robię. A potem wyszłam, poprawiłam płaszcz i ruszyłam w stronę drzwi. Na bal, który zapamiętam na długo. I nie z powodów, które chciałabym pamiętać.

Nie pasowałam tam

Weszliśmy do środka i poczułam się tak, jakbym trafiła do innego świata. Wysokie sufity gminnej świetlicy odbijały hałas, podłoga kleiła się od lepkich śladów po napojach, a z głośników płynął bit, który znałam tylko z przypadkowych wesel. Już na progu powitał nas Wujek Stefan, mężczyzna z dużym brzuchem, czerwonym nosem i głośnym śmiechem. Uściskał Bartka tak, że prawie uniósł go w powietrze.

– O, przywiozłeś panienkę z Warszawki! – rzucił z uśmiechem. – Pewnie nie wie, co to golonka i kiszone!

Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i zawołał do kogoś przez całą salę. Podałam Bartkowi płaszcz, a on tylko wzruszył ramionami i powiedział:

– Chodź, usiądziemy przy naszym stole.

Nasz stół był jak z obrazka – półmiski pełne mięsa, śledzie w trzech wariantach, sałatki z majonezem, plastikowe tace z ciastem. Ludzie patrzyli z ciekawością. Starsze panie oceniały mnie wzrokiem pełnym niepewności, młodsze dziewczyny mierzyły wzrokiem mój strój i pewnie próbowały zgadnąć, ile kosztował.

Wśród nich siedziała kuzynka Sylwia. Wysoka, w obcisłej sukience, z doczepianymi rzęsami i paznokciami jak szpony. Gdy tylko mnie zobaczyła, przygładziła włosy i uśmiechnęła się sztucznie.

– To ty jesteś tą od Bartka? – zapytała.

– Tak – odpowiedziałam. – Miło cię poznać.

Usiadłam. Bartek zajął miejsce obok, a Wujek Stefan przysunął mi kieliszek.

– No to wypijmy za to, żeby się Warszawka dobrze bawiła! – krzyknął.

Nie zaprotestowałam, wypiłam. Po kilku toastach zaczęły się żarty.

– To wy tam w tej Warszawie to chyba tylko same te… latte pijecie? – zapytał wujek.

– Zdarza się – odpowiedziałam spokojnie. – Ale golonką nie pogardzę.

– Jak ją przeżyjesz, to jesteś nasza – dodał Bartek i się zaśmiał.

Nie zaśmiałam się z nim. Uśmiechnęłam się z grzeczności. W głowie rozbrzmiewała mi myśl: „czemu ja tu jestem?”. Bartkowi się podobało, że jestem inna. Ale nie powiedział ani słowa, gdy ktoś wbijał mi szpilę po szpili.

Czułam się jak rekwizyt. Dziewczyna „z miasta”, którą się przyprowadza, żeby pokazać, że się udało, że się wyrwało gdzieś dalej. A ja nie chciałam być nigdzie dalej. Chciałam być z nim, ale nie w tej sali, nie wśród tych spojrzeń.

Sylwia patrzyła na mnie z dystansem. Gdy myślała, że nie widzę, śledziła każdy mój ruch. Wyczuwałam w niej nie tylko ciekawość, ale też coś więcej – może zazdrość, a może po prostu niechęć. Miała w oczach coś ostrego.

Z każdą minutą coraz bardziej czułam, że nie pasuję tu ani strojem, ani głosem, ani podejściem do świata. Brzęk sztućców, gwar rozmów i przyśpiewki DJ-a mieszały się w jedno. Patrzyłam na Bartka, który gawędził z wujkami i śmiał się głośno. I wtedy zrozumiałam – on był u siebie. A ja byłam tylko gościem.

Nie chciałam tam wracać

Po kolejnej porcji flaków i jeszcze jednym toaście Bartek szturchnął mnie łokciem.

– Idziemy zatańczyć?

Chciałam odmówić. Wszystko we mnie krzyczało, żeby zostać przy stole, udawać zmęczenie, bóle głowy, cokolwiek. Ale spojrzenia już były skupione na mnie, ktoś szturchnął Sylwię, DJ zapowiedział „hita specjalnie dla zakochanych”. Wstałam grzecznie, bez entuzjazmu.

Parkiet był śliski i klejący, światła migały w rytmie utworu, którego nie znałam, ale którego bit wywoływał dreszcze – nie z ekscytacji, tylko z dyskomfortu. Bartek objął mnie w pasie, ruszył pewnie, jakby znał ten kawałek od dziecka. Ja próbowałam dopasować się do rytmu, do niego, do tej całej sytuacji, która przypominała dziwny sen, z którego nie umiem się obudzić.

– No, nie było tak źle – powiedział Bartek, kiedy utwór się skończył. – Uśmiechnij się trochę, serio, nie musisz robić z tego dramatu.

Odsunęłam się i spojrzałam mu w oczy. Nagle poczułam, że jest między nami jakaś ściana. Niewidzialna, ale twarda.

– Nie robię. Po prostu... nie chcę tu wracać. Nigdy.

Zamilkł. Nie spytał, dlaczego. Nie chwycił mnie za rękę. Nie próbował przekonać, że przesadzam. Stał obok, jakby nie wiedział, co powiedzieć. A ja poczułam, że to, co miało być chwilą wspólnego tańca, stało się czymś znacznie gorszym. Pęknięciem. Odsunięciem się na odległość, której nie da się zmierzyć w kilometrach.

– Zaraz wrócę – rzuciłam i ruszyłam w stronę łazienki.

W środku było zimno, cicho i obco. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Makijaż zaczynał się rozmazywać, oczy były zmęczone, usta zaciśnięte. Stałam tak przez chwilę i czułam, że coś się kończy. Coś, co miało być bliskością, a stało się grą pozorów. Miałam zatańczyć, dopasować się, pokazać, że jestem „fajna dziewczyna z miasta”, która potrafi się bawić. Ale nie byłam tą dziewczyną. I chyba nigdy nie byłam.

Zza drzwi dobiegał śmiech, muzyka, gwar. A ja wiedziałam, że już tam nie wrócę.

Czułam się przegrana

Wyszliśmy z sali jako jedni z pierwszych. Bartek nie mówił nic. Otworzył drzwi auta, wsiadł, odpalił silnik. W środku było cicho. Nie próbował włączyć radia, nie zapytał, czy mi zimno, czy nie chcę się zatrzymać. Jechaliśmy w milczeniu, przez ciemne drogi, przez pola, które wyglądały jak czarne morze. Co jakiś czas mijaliśmy inne samochody, a ich światła odbijały się od szyb i znikały tak samo szybko, jak się pojawiały.

Patrzyłam przez okno. Gdybyśmy nie znali się ponad rok, mogłabym pomyśleć, że to podróż z obcym człowiekiem. Ale to właśnie znajomość czyniła ją trudniejszą. Wiedziałam, że jest zły albo rozczarowany. Albo jedno i drugie. I wiedziałam, że nie powie tego na głos. Bo Bartek, kiedy coś czuje, to milknie.

Ja też nie mówiłam. Nie dlatego, że nie miałam nic do powiedzenia, ale dlatego, że każde słowo wydawało się nie na miejscu. Chciałam go zapytać, dlaczego nie stanął po mojej stronie przy stole. Dlaczego śmiał się z żartów wujka. Dlaczego patrzył na mnie z takim półuśmiechem, jakbym była jego trofeum. Ale wiedziałam, że on tego nie zrozumie. Że dla niego to było zwykłe świętowanie, rodzina, wiejska impreza.

Tylko że dla mnie nic w tym nie było zwykłe. Dla mnie to był test. I przegrałam go nie tylko ja. Pod koniec drogi Bartek w końcu się odezwał. Głos miał cichy, ale twardy.

– Wiesz co, to nie chodzi o golonkę. Ani o tańce.

– Wiem – odpowiedziałam.

– Tylko o to, że ty zawsze patrzysz z góry.

Odwróciłam się w jego stronę. Czułam, że to zdanie waży więcej niż cała rozmowa, której nie odbyliśmy.

– Może dlatego, że ty nigdy nie patrzysz w moją stronę – powiedziałam.

Zamilkł. Dojechaliśmy do jego domu. Zgasił silnik, ale nie wysiadł. Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, która była cięższa niż wszystko, co zostało wcześniej powiedziane.

Jesteśmy z innych światów

Wróciłam do mieszkania w niedzielę po południu. Tramwaj był pusty, na klatce schodowej pachniało gotowaną kapustą, sąsiadka z drugiego piętra wracała z kościoła i spojrzała na mnie z tym swoim uśmiechem, który nie pasował do niczego. Odpowiedziałam jej skinieniem głowy. Winda była jak zwykle zepsuta, więc weszłam na czwarte piętro pieszo. Zwalniałam krok z każdym stopniem.

W domu panowała cisza. Zimna i neutralna. Tak bardzo różna od tamtej – tej z samochodu. Tamta była duszna, lepka. Ta była jak chłodna woda. W przedpokoju rzuciłam torbę na podłogę i zsunęłam buty. Stały obok tych, które kupiłam specjalnie na ten bal – czarne, na niskim obcasie, wygodne, ale eleganckie. Miały być kompromisem między mną a światem Bartka. Teraz wydawały mi się głupie. Śmieszne.

W kuchni nalałam sobie herbaty. Bez cukru, bo od miesiąca próbowałam ograniczyć słodkie. Chciałam mieć nad czymś kontrolę. Włączyłam komputer, a tam już czekało powiadomienie. Ktoś oznaczył mnie na zdjęciu z balu, więc kliknęłam. Zdjęcie było przeciętne. Ja i Bartek podczas tańca, on uśmiechnięty, ja w połowie gestu, trochę rozmazana. Ktoś podpisał: „Nasza para z Warszawy”. Komentarze sypały się pod spodem.

„Bartek się dorobił modelki”. „Warszawa przyjechała do ludzi”. „Ale się dziewczyna wyrobiła, nie wygląda jakby z dużego miasta była”. Zamknęłam laptopa. Poczułam się jak eksponat. Coś, co przywiózł ze sobą, żeby się pochwalić. Nie partnerka, nie dziewczyna. Pamiątka z innego świata.

To nie ich wina. Ani nie moja. Po prostu jesteśmy z innych światów. Tak to właśnie brzmiało. Żadnego dramatyzmu, żadnej wielkiej tragedii. Tylko dwie osoby, które chciały się spotkać pośrodku, ale nie wiedziały, gdzie ten środek leży.

Obeszło się bez dramatu

Spotkaliśmy się kilka dni później. Bartek napisał, że będzie przejazdem, zapytał, czy możemy pogadać. Nie zaproponował kawiarni ani spaceru. Po prostu zapukał do moich drzwi i stanął w progu ze spojrzeniem, które znałam aż za dobrze. Usiedliśmy na kanapie, tej samej, na której wiele razy oglądaliśmy filmy, jedliśmy chińszczyznę z pudełek i zasypialiśmy ze zmęczenia. Teraz siedzieliśmy sztywno, każdy z własnym kubkiem herbaty, jakbyśmy byli gośćmi w obcym mieszkaniu.

– Nie chcę, żebyś się wstydziła mojej rodziny – powiedział po dłuższej chwili.

Pokiwałam głową, choć nie wiedziałam, czy to potwierdzenie, czy próba uprzedzenia, że zaraz powiem coś, co nie będzie mu się podobać.

– A ja nie chcę udawać, że się w niej odnajduję – odpowiedziałam.

Popatrzył na mnie uważnie, ale nie było w tym gniewu. Raczej zrozumienie, smutne i bezsilne.

– To co teraz?

– Chyba nic. Chyba tyle.

Nie płakaliśmy, nie kłóciliśmy się. Nie było dramatycznych deklaracji ani trzaśnięcia drzwiami. Tylko cisza i wzrok wbity w podłogę. Po chwili wstał, założył kurtkę. Otworzyłam mu drzwi. Przeszedł obok mnie bez słowa i wyszedł. Usłyszałam, jak schodzi po schodach – szybko, równo, pewnie. Tak, jakby szedł przed siebie, nie oglądając się za siebie.

Nie zatrzasnęłam drzwi od razu. Stałam jeszcze chwilę, patrząc w próżnię klatki schodowej. Czułam ulgę i żal, ale nie było w tym już gniewu.

Kinga, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama